Prysznic w plackarcie. List z Kolei Transsyberyjskiej

Autor "Imperium" pisał, że godziny w transsyberyjskim składzie wydłużają się jak zegary na obrazach Salvadora Dalego. Czyżby się nudził? Ja miałem poważny problem ze znalezieniem wolnej chwili...

Płackarta w języku rosyjskim oznacza rodzaj wagonu w pociągach dalekobieżnych, najtańszego, najniższej klasy. Wewnątrz nie ma ścian oddzielających przedział od korytarza, którego właściwie nie ma - jest jedynie wąskie przejście, wzdłuż którego również znajdują się łóżka. Jadąc płackartą , podróżny czuje się jak na scenie, w otwartym wagonie poza nim jest prawie 50 osób. Ale pasażerom rosyjskich pociągów to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, płackartnyj biliet pozwala dużo zaoszczędzić, np. z Moskwy do Ałdanu w południowej Jakucji (ok. 8000 km) można dojechać za jedyne 400 złotych! Wybierając się kolejny raz w tamte strony, bez wahania zdecydowałem się na płackartę . Inna rzecz, że taka podróż zabiera prawie tydzień...

Pociąg Moskwa - Tynda rusza z Dworca Kazańskiego w południe. Za kilka godzin będziemy w obwodzie nowogrodzkim, wieczorem w Republice Czuwaszja, a nocą w Tatarstanie. Następnego dnia Ural, a dalej już tylko bezmiar Syberii.

Wagon, do którego właśnie wsiadłem, wydaje się nieco za mały dla takiej ilości podróżnych, toreb, pudeł, dzieci i... psa. Nie można się ruszyć, póki wszyscy nie usiądą. Ktoś rozbił słoik konfitur, ktoś próbuje uciszyć szczekającego psa, ktoś się rozpakowuje, a jeszcze inny niesie wrzątek z bielejącego w końcu wagonu samowara. Pośród tego wszystkiego grupka siedzących obok, wyraźnie podchmielonych mężczyzn urządziła sobie obfite zastolie .

- Kil kunta! (chodź tutaj) - zaprasza po czuwasku jeden z nich. Przeciskam się i pytam, czy wie, że w języku Jakutów czuwaskie kil brzmi bardzo podobnie: kel . Mój rozmówca robi oczy wielkości stojących przed nim kieliszków i napełniwszy jeden, podaje mi szybko, tłumacząc kompanom, że jakucki podobnie jak czuwaski to jeden z wielkiej rodziny tureckich języków - Siergiej Jewgienicz okazał się nauczycielem historii. Wymienianie wszystkich turkojęzycznych narodowości Rosji i spełnianie kolejnych toastów za nie zajęło nam kilka godzin (nie zdążyłem się nawet rozpakować). Na szczęście miasto Kanasz nie leży daleko od Moskwy i czuwascy filolodzy musieli wysiąść.

O drugiej nad ranem, tuż przed Kazaniem, budzi mnie Wiktor Pawłycz, którego poznałem na peronie w Moskwie. Pociąg przejeżdża właśnie przez ogromną rzekę (Pawłycz twierdzi, że to Kazanka, ja rozpoznaję Kamę, która tutaj uchodzi do Wołgi). Na jej brzegu imponująco oświetlony widnieje kazański kreml, czyli kompleks zabudowań starego miasta otoczony zabytkowym murem. Pawłycz pokazuje jedną z małych wysp na rzece i opowiada, że stąd właśnie w początkach lat 50. XVI w. Iwan IV Groźny bombił Kazań, podporządkowując go sobie. To właśnie po jego zdobyciu wybudowano na placu Czerwonym znany turystom z Europy Sobór Wasyla Błogosławionego. W rzeczywistości Kazań zdobywał jeden z wojewodów pierwszego ruskiego cara, ale i tak opowieść Pawłycza warta była nocnego wstawania. Pożegnaliśmy się tak, jak poznaliśmy - na peronie.

Ryszard Kapuściński pisał w "Imperium", że godziny w transsyberyjskim składzie wydłużają się jak zegary na obrazach Salvadora Dalego. Czyżby się nudził? Ja mam poważny problem ze znalezieniem chwili dla siebie... Następnego dnia po śniadaniu podchodzi do mnie mużyk z sąsiedniego "przedziału" i przedstawia się: - Andriej Fiodorowicz, dla przyjaciół Fiodorycz. Początkowo próbuję się go uprzejmie pozbyć, ale okazuje się, że Fiodorycz jest zasłużonym budowniczym BAM-u, czyli bajkalsko-amurskiej magistrali. Na słuchaniu wspomnień nowego znajomego minęło kolejne pół dnia.

Jedyne miejsce w interiorze płackarty , gdzie na chwilę można znaleźć się samemu, to łazienka, dużo czystsza niż w polskich pociągach. Co więcej, za pomocą kawałka węża (i 30 rubli) można wziąć prysznic. Kąpiel w Kolei Transsyberyjskiej przy otwartym oknie, za którym ciągną się pagóry południowego Uralu albo bezkresne lasostepy i bagna Niziny Zachodniosyberyjskiej z Nowosybirskiem na horyzoncie, to wrażenie niezapomniane i warte przeżycia. Trzeba tylko uważać, gdy pociąg niespodziewanie skręca.

Czwartego dnia podróży dojeżdżamy nad Bajkał - w Sewierobajkalsku stoimy aż 50 minut. To dość czasu, aby wykąpać się w jeziorze i kupić pyszne wędzone omule. Zapach wędzonej ryby rozchodzi się po całym pociągu (i pewnie długo snuje za nim).

Płackarta to jednak nie tylko jej pasażerowie, to także (a może przede wszystkim) jej konduktor, po rosyjsku prowadnik . W naszej w płackarcie Nadieżda Nikołajewna, nie tylko z racji swego stanowiska, ale i niepospolitej tuszy, jest instancją ostateczną. Nie znosi sprzeciwu, karze za bałagan na stołach, jednym uderzeniem siekiery otwiera zabite na zimę okna. Ze swoim zmiennikiem odpowiada nie tylko za stan techniczny wagonu i czystość, ale i za trzeźwość, a przede wszystkim obecność wszystkich pasażerów (bywa, że pociąg odjeżdża nieco wcześniej, niż wynika to z rozkładu jazdy, albo że spragniony podróżny zabawi zbyt długo w dworcowym barze). Jest koniec sierpnia, na Syberii noce bywają chłodne. Troskliwa pani prowadnik nocą przykrywa niektórych, pali pod wagonowym samowarem, włącza ogrzewanie. Fiodorycz żartuje, że nie zamarzniemy: - Jeśli co, ciocia Nadieżda nas przytuli albo butelkę postawi... (o butelce mój sąsiad mówi bardzo często).

Podchmieleni pasażerowie nie są tu rzadkością. Po naszej płackarcie krąży opowieść o jegomościu, który wstając w nocy po suto zakrapianej kolacji, szarpnął hamulec bezpieczeństwa, myśląc, że wiszący nad jego głową uchwyt przeznaczony jest dla pasażerów. - A pociąg musi jechać, nie będzie czekać! - ostrzega prowadnik . No i jedzie. Za Bajkałem ok. 30 godzin przez kilka górskich pasm, mija kilkanaście tuneli (pokonanie najdłuższego trwa 15 minut!). Stąd już niedaleko Tynda, a tam odgałęzienie kolejowego nasypu wiedzie do Ałdanu. W Ałdanie kończą się tory, ale bynajmniej nie Rosja...

Więcej o: