Tomasz Dostatni, dominikanin, prezes Fundacji ?Ponad granicami"

Serce zostało w... Pradze.

Mieszkałem tam pięć lat. Na Starym Mieście. Dosłownie pięć minut od mostu Karola i także pięć od rynku staromiejskiego. Były to pierwsze lata po upadku komunizmu. Pierwsze lata wolności naszych południowych sąsiadów. Praga zaczęła się otwierać na turystów zagranicznych i oni zaczęli na nowo ją odkrywać. Sami Czesi nazywają stolicę "sercem serc Europy", bo leży w centrum kontynentu. To miasto ma wiele wymiarów czy poziomów kulturowych: Praga cesarza Karola IV, Praga żydowska, barokowa, międzywojenna, a także współczesna, modernistyczna. Im dłużej się w niej przebywa, tym bardziej się rozumie, dlaczego tak zachwyca jedno- czy kilkudniowych przyjezdnych. Ale dla mnie Praga to przede wszystkim ludzie. Przyjaciele, z którymi przeszedłem kawałek drogi swego życia. To moi bracia w zakonie, dominikanie. Ci starsi, którzy żyli jeszcze w podziemiu, nielegalnie według prawa komunistycznego - przebywali w więzieniach, obozach pracy, działali w opozycji, ale przede wszystkim prowadzili "tajnie" pracę duszpasterską. A także moi wychowankowie - młodzi chłopcy wstępujący do klasztoru zaraz po aksamitnej rewolucji, a dziś dorośli mężczyźni, często przełożeni zakonni, przekazujący charyzmat dominikański nowemu pokoleniu. Ale Praga to też przyjaciele Czesi i Polacy, z którymi przez kilka lat pokazywaliśmy, że relacje nasze i naszych narodowych kultur można pogłębiać i przybliżać. Dziś wielu rodaków jeździ do Pragi, cieszyłbym się, gdyby kojarzyli to miasto nie tylko ze Szwejkiem, piwem czy jednodniowym spacerem, ale też z Vaclavem Havlem, Bedrzichem Smetaną, Antoninem Dworzakiem, Karelem Czapkiem, Janem Palachem.

Niezapomniany dzień...

Żyję dosyć intensywnie, w mojej pamięci odcisnęło się wiele chwil, które można by tu umieścić. I wciąż przybywa nowych. W czasach studenckich przebywałem dwa razy po kilka tygodni w pustelni w Czernej pod Krakowem. Z rana budziły mnie wystrzały w pobliskich kamieniołomach. Cały dzień w absolutnej samotności, tylko las wkoło i mur odgradzający od świata. Intensywność przeżyć duchowych, radzenie sobie z samym sobą i doświadczenie spotkania z Bogiem w pustce i ciszy. Minęły lata, a ja wracam do tych chwil - choć potem wielokrotnie próbowałem odchodzić na pustynię, to już nie było to samo. I drugie wspomnienie, sprzed lat chyba dwudziestu, gdy wypływałem kajakiem z jeziora Krzywe pod Suwałkami i nagle wyrosły przede mną ni stąd, ni zowąd dwie potężne wieże kościoła pokamedulskiego na Wigrach. Byłem kompletnie zaskoczony i płynąc jeszcze przez kilkaset metrów, olśniony.

Najlepsze wakacje spędziłem...

Zakonnik i wakacje! To ciekawe zestawienie. Oczywiście, są wakacje, ale zawsze mnie denerwuje, gdy któryś z braci mówi: jadę na wakacje. No bo cóż miałby tam robić? Opalać się na plaży? Chodzić na dyskotekę? To wszystko dobre, ale życie zakonne ma trochę inne cele. Od kilku lat spędzam tak zwane wakacje w Jamnej. To wieś, a właściwie osada między Zakliczynem a Jeziorem Rożnowskim, spacyfikowana i spalona w czasie II wojny światowej. Przed 15 laty dominikanin ojciec Jan Góra zaczął tam budować Dom Wiary i przyjeżdżać ze studentami. Dziś stoi w Jamnej kościół i ośrodek, w którym co roku w okolicach 15 sierpnia na święto Wniebowzięcia NMP zjawia się kilkadziesiąt, a nawet kilkaset osób, i razem staramy się budować duchowy i intelektualny klimat tego miejsca. I dzielić się z innymi doświadczeniami i przemyśleniami. Tworzymy coś na kształt nieformalnej wspólnoty, wielkiej rodziny. Później wracamy do domów, by po roku zobaczyć się znowu.

W Polsce lubię...

miejsca, gdzie spotykam ludzi, od których mogę coś zaczerpnąć. Miejsc takich jest wiele i ludzi też, potrzeba tylko pewnej otwartości i wrażliwości. Powiem szczerze, że często to doświadczenie staje się moim udziałem. Choćby dziś rano - rozmowa ze starym profesorem, filozofem spotkanym dość przypadkowo na podwórku mojego klasztoru w Lublinie. Lubię słuchać ludzi starych, próbując zrozumieć ich przeżycia i patrzenie na dzisiejszy świat.

Podróżuję z...

przyjaciółmi lub sam. I zawsze z ciekawą lekturą - dzień bez książki, pomimo intensywnego podróżowania, uważałbym za stracony. Coraz częściej zabieram ze sobą, niestety, komputer, bo gonią mnie różne zobowiązania i zaległości wydawniczo-publicystyczne. To nieszczęście, ale takie jest już życie.

Mój ulubiony hotel...

Raz nocowałem w Wałbrzychu na zamku w Książu. A właściwie w budynkach gospodarczych, gdzie znajduje się hotel. Przyjechałem tam późnym wieczorem i te różne oficyny, wieże, stajnie i co tam jeszcze było, przypominało atmosferą stare angielskie zajazdy z czasów średniowiecza. Przynajmniej tak sobie je wyobrażam. Ten obraz noszę w sobie, choć nigdy tam ponownie nie byłem. Może to była atmosfera chwili, nie wiem...

Niebo w gębie poczułem...

Ostatnio wczoraj, gdy ojciec Józef wybrał się na grzyby i upichcił coś, co przeniosło mnie w inny świat. Ale żyję, więc mogę powiedzieć, że to było bardzo dobre. Choć on naprawdę nie jest kucharzem klasztornym i myślę, że nikt by na taki pomysł nie wpadł. Dopiero wtedy mogłoby to być niebezpieczne...

Nigdy więcej nie powrócę do...

pewnej restauracji w Pradze, gdzie doświadczyłem takiego chamstwa, iż lepiej tego nie wspominać.

Wkrótce będę w drodze do...

grobu Świętego Jacka. To pierwszy polski dominikanin pochowany w Krakowie w 1257 r. Wybieram się szlakiem jego życia w naszym kraju. Od miejsca urodzenia w Kamieniu na Śląsku Opolskim, przez Górny Śląsk, Kraków, Jamną i Sandomierz. I później jeszcze drogą, która szedł do Rzymu i wracał do Polski.

Wymarzony cel podróży...

do niebieskich przedsionków Najwyższego. Abym nie zapomniał, że kiedyś tam muszę w końcu zawitać. I każde wędrowanie i ruszanie w drogę ma mi o tym przypominać. Bo podróżowanie bez celu nie ma przecież sensu. A życie jest podróżą i warto o celu ostatecznym tej drogi pamiętać. Na koniec pragnę podzielić się średniowieczną dominikańską modlitwą przed podróżą:

"Drogą pokoju prowadź nas, Panie.

Drogą pokoju i pomyślności niech nas prowadzi wszechmogący i miłosierny Pan, niech nam Anioł Rafał towarzyszy w drodze, abyśmy w pokoju, zdrowiu i radości wrócili do domu.

Boże, który sprawiłeś, że synowie Izraela suchą stopą przeszli przez morze, któryś trzem Mędrcom drogę ku sobie za gwiazdą przewodnią wytyczył, daj nam, prosimy, podróż pomyślną, czas spokojny, abyśmy w towarzystwie świętego Twojego Anioła zdołali dotrzeć szczęśliwie do miejsca, do którego zdążamy, jak wreszcie do portu wiecznego zbawienia.

Boże, który Abrahama, syna swojego, wyprowadziwszy z Chaldejskiego Ur, na wszelkich drogach jego wędrowania bezpiecznie chroniłeś, błagamy, abyś nas, sługi Twoje ochraniać raczył. Bądź nam, Panie, w niebezpieczeństwie pomocą, w drodze ulżeniem, w skwarze ochłodą, w deszczu i zimnie okryciem, w znużeniu wozem, w przeciwności obroną, w potknięciu laską, w nawałnicy portem, abyśmy za Twoją wodzą pomyślnie dotarli tam, dokąd zdążamy, a w końcu cało wrócili do domu".

(tłum. z łacińskiego brewiarza dominikańskiego Anna Kamieńska )

Więcej o: