Wenecja na jeden dzień

O każdym większym i ciekawym mieście przewodniki mawiają, że jest jedyne w swoim rodzaju. Ale tylko w przypadku Wenecji jest to bezwzględnie prawdziwe.

Światło i śmierć

Nie chodzi bynajmniej o to, że całe stoi na wodzie i nie uświadczysz w nim ani jednego samochodu - w końcu Petersburg i Amsterdam też mają swoje kanały. Bolesny sekret Wenecji jest taki, że jest to miasto, które od dwóch stuleci powoli umiera. Już u progu XVIII wieku mogło jedynie snuć gorzkie sny o utraconej potędze handlowej, władzy nad Adriatykiem i sporym kawałkiem Bałkanów, fortecach i faktoriach na dalekim Cyprze, złocie pożyczanym cesarzom i papieżom. Pod koniec owego stulecia Napoleon dokończył tylko formalności, jednym pstryknięciem palca obalając Najjaśniejszą Republikę i oddając miasto w pacht Austriakom. Odtąd upływ czasu wypłukiwał z jego materialnej skorupy codzienność ludzkiej krzątaniny, ów "handel i kopulację", które tak drażnią w obcowaniu z pięknem. Coraz bardziej puste i odrealnione, czeka na kolejny akt zagłady. Nie wiadomo dokładnie, kiedy, ale raczej prędko, całkiem zgaśnie i zapadnie się w muł stęchłej laguny. A może stanie się inaczej - wszechmocni Japończycy wyręczą włoski rząd w dziele osuszania fundamentów, aby przejąć w zamian Wenecję na wyłączną własność jako cel swoich podróży poślubnych i wyjazdów motywacyjnych. Tak czy inaczej, trzeba się śpieszyć. Jeśli nie spędzimy wakacji w prawdziwej Wenecji, umrzemy naprawdę ubożsi.

Wenecja zasługuje, by spędzić w niej całe wakacje. Jej obraz, jaki wynoszą nieszczęśni uczestnicy jednodniowych wypadów, może być naprawdę zniechęcający. Ma się wtedy czas jedynie na zaliczenie kilku niemiłosiernie zadeptanych miejsc z placem św. Marka na czele. Harmider, konieczność przeciskania się przez ciżbę wycieczek i slalomu między kramami pełnymi szklanych pamiątek, plastikowych gondoli made in China oraz najdroższych na świecie butelek wody mineralnej - to wszystko w połączeniu z wilgotnym upałem i niezbyt świeżym zapachem laguny, do którego można przywyknąć dopiero po wielu godzinach, pozostawia w turyście okropne wspomnienia. Pod koniec dnia pytamy się zmęczeni: co u licha widziały w tym mieście te plejady Byronów, Proustów i pomniejszych pisarzy, dlaczego Tomasz Mann musiał pisać akurat "Śmierć w Wenecji", a Brodski kazał się tu pochować?

Zachwyt czeka na wyciągnięcie ręki, o sto metrów od najbardziej uczęszczanych szlaków, trzeba tylko mieć czas, wygodne buty i mapę w kieszeni. Ale nawet najbardziej gruntowne zwiedzanie Wenecji trzeba zacząć od programu obowiązkowego. Potraktujmy tłok i zmęczenie jako obowiązkowy czyściec. Kto nie zwątpi, tego Wenecja sowicie wynagrodzi.

Canal Grande

Do Wenecji właściwej, tej na wodzie, najlepiej jest dotrzeć pociągiem. Samochód radzę zostawić na lądzie, w Mestre - tak będzie taniej, parkingi na sztucznej wyspie Tronchetto są bardzo drogie, a poza tym płynąc z nich do miasta jest się narażonym na oglądanie ohydnej okolicy portu i magazynów. Wysiadamy z pociągu na stacji Santa Lucia i wychodzimy wprost na początkowy odcinek Canal Grande, tego kręgosłupa i wielkiego salonu wystawowego Wenecji. Raz jeden warto wsiąść do tramwaju wodnego, żeby przepłynąć cały kanał. To jedyny sposób, żeby spokojnie przyjrzeć się fasadom najważniejszych pałaców. Powinniśmy wybrać "jedynkę", tramwaj płynący wzdłuż całego kanału, stający na każdym przystanku. Dobrze jest zdobyć miejsce na dziobie, skąd widać obydwa brzegi naraz - i mieć oczy szeroko otwarte. Przed nami Wenecja paradna, magnacka, dumna. Widok jest taki, że szkoda zaglądać do przewodnika; w Canal Grande najważniejsza jest całość, wrażenie rozbuchanej teatralnej dekoracji.

W połowie szlaku stateczek przepływa pod krytym mostem Rialto - i od tego miejsca wkraczamy w strefę zupełnie zaanektowaną przez przemysł turystyczny. Sam most jest jedną wielką pamiątkarnią i nie warto go oglądać od środka, i tak nic nie zobaczymy.

La Salute

Majestatyczny akcent kończący naszą podróż Canal Grande. Schody u jego podnóża to najlepsze miejsce, żeby dać odpocząć oczom przed dalszą częścią wędrówki. Większość turystów nie zapuszcza się pod sam kościół, przez co panuje tu na ogół spokój. Salute to jeden z najbardziej widomych znaków potęgi Wenecji, gigantyczne wotum wdzięczności za ocalenie od dżumy, a zarazem katalog barokowych wzorców, z wielkimi ślimakowatymi wolutami na czele. Warto wejść do środka, żeby zrozumieć klarowny i zrównoważony plan tej budowli.

Plac i placyk św. Marka

Niestety, uroda tego miejsca nie pozwala go zlekceważyć, choć przebywanie tam jest jak koszmarny sen na temat godzin szczytu w tokijskim metrze. Jeśli ktoś może zostać w mieście na noc, to warto wrócić na plac o świcie, kiedy jest pusty.

Tak jak Piazza Navona w Rzymie lub Piazza del Campo w Sienie, plac sprawia wrażenie jednorodnej, spójnej przestrzeni, choć budynki go okalające powstawały na przestrzeni dziesięciu wieków. Po obejrzeniu eleganckich gmachów Prokuracji radzę stanąć twarzą do tzw. skrzydła napoleońskiego i wykonać szybki obrót na pięcie, ku bulwiastym kopułom bazyliki. Oto miejsce, w którym Wschód spotyka się z Zachodem. Bazylikę trzeba uczciwie zwiedzić wewnątrz z przewodnikiem w ręku, natomiast wnętrza pałacu można sobie darować, sama jego fasada i dziedziniec wystarczy do szczęścia.

Warto przejść się pod długimi arkadami Prokuracji, żeby złożyć hołd kolebce nowoczesnej kawiarni. Tak, to właśnie tu wymyślono kawiarniany stolik, jakże ważną społeczną instytucję.