Londyńskie wariacje. Rewolucja w starym porcie

Najlepiej obejrzeć Docklands, zaczynając od ich serca - Isle of Dogs, na której stoi Canary Wharf Tower i kilka nowoczesnych biurowców

Z City kursuje tu bezpośrednio Docklands Light Railway. Wysiadamy na ultranowoczesnej stacji zaprojektowanej przez Normana Fostera w dawnym suchym doku. Ta monumentalna konstrukcja ze szkła, betonu i stali to tylko przygrywka do tego, co czeka nas dalej.

Od razu ze stacji można zejść w podziemia Canary Wharf Tower (i kilku wieżowców). Lepiej jednak wyjechać na górę na Canada Square. To, co oglądaliśmy z okien kolejki, teraz możemy zobaczyć z bliska. Wzrok sam wędruje do góry, a ogrom potężnej wieży robi wrażenie. Warto obejść te budynki dookoła i przejść na Cabot Square, gdzie wokół starego basenu portowego powstały sklepy, restauracje, apartamenty i Docklands Museum (wstęp 5 funtów, bilet ważny rok). Ciekawe jest jego wnętrze urządzone w starym magazynie, a niektóre fragmenty ekspozycji są wyjątkowe, np. rekonstrukcja starej dzielnicy portowej z zaułkami, knajpami, muzyką i pokrzykiwaniem rzadko trzeźwych marynarzy.

Za darmo można wejść do centrum handlowego w West India Quey. Stare kamienno-drewniane filary wspierają potężne belki konstrukcji dachowej - wszystko bardzo pieczołowicie odrestaurowano.

***

Z drugiej strony wyspy wieżowców można zacząć spacer w kierunku Londynu, mijając po drodze kolejne apartamentowce wzdłuż Tamizy lub wokół basenów portowych. Dużo jest tu tabliczek z ostrzeżeniem "Własność prywatna", ale są też miejsca dostępne dla wszystkich, które naprawdę warto zobaczyć. W Europie, a może i na świecie trudno o drugi przykład tak kompleksowej rewitalizacji ogromnego obszaru miasta.

Apartamentowce Docklands powstały w dawnych magazynach. Te wokół portowych basenów są dosyć kameralne - tworzą zamkniętą przestrzeń i dają poczucie odizolowania. Budynki wzdłuż rzeki są częścią wielkiego Londynu, a ich mieszkańcy mogą podziwiać z okien panoramę stolicy oraz ciągły ruch na szerokiej w tym miejscu Tamizie.

Mądrze zrealizowany plan rewitalizacji starej dzielnicy udał się głównie dlatego, że potraktowano to miejsce jako całość, która zachowując dawny charakter, jednocześnie nabrała nowego znaczenia. Nie stworzono skansenu, ale żywą część miasta. Docklands nie są odciętą od miasta enklawą - lokatorzy ekskluzywnych apartamentowców nie mają problemów z dostaniem się do centrum. Być może dlatego niewiele jest tu restauracji czy pubów. Najwidoczniej mieszkańcy wolą w ciągu 15-20 minut znaleźć się w Soho czy na Piccadilly Circus i bawić w tamtejszych klubach razem z pozostałymi londyńczykami.

Nowe w starym

Nowa historia Docklands zaczęła się od zmiany w organizacji transportu morskiego. W latach 60. do powszechnego użytku weszły kontenerowce, których obsługa w porcie wymagała specjalnych urządzeń. Na nabrzeżach Londynu nie było miejsca na ich wprowadzenie. Coraz bardziej niewydolny stawał się też system transportu lądowego z nabrzeży Tamizy w głąb kraju. Jednocześnie powstał nowoczesny port kontenerowy w Tilbury, który stopniowo przejmował statki zmierzające do Londynu.

Pierwszym sygnałem nieodwracalnych zmian było zamknięcie w 1968 r. basenu portowego St. Katharine sąsiadującego z London Bridge. Rok później władze miasta rozpisały konkurs na jego zagospodarowanie - po czterech latach uroczyście otwarto nowe St. Katharine Docks. Dookoła portowego basenu powstały restauracje, sklepy, mieszkania, a w basenie zamiast statków handlowych zacumowały luksusowe jachty. Ten pierwszy udany eksperyment zapoczątkował wieloletni proces, który doprowadził do całkowitej przemiany ogromnej części Londynu.

W 1970 r. cały transport morski przeniósł się do Tilbury, w 1976 r. zamknięto West India Quey (jeden z największych basenów portowych), a w 1981 r. Royal Docks. W tym samym roku powstała London Docklands Development Corporation, której miała zaplanować przyszłość Docklands i zrealizować przyjęte plany.

W latach 80. porzucone magazyny portowe wykorzystywali tylko awangardowi artyści. Przełom nastąpił w 1985 r., kiedy konsorcjum amerykańskich banków rzuciło wyzwanie jednej z najsilniejszych londyńskich tradycji - finansowego centrum w City. Postanowili wybudować na terenie Isle of Dogs (Wyspa Psów) w opuszczonych dokach West India ogromne centrum biurowe, kilkanaście kilometrów od starego City. Jego sercem miała być ogromna wieża Canary Wharf (do doku o tej nazwie przypływały statki z owocami z Wysp Kanaryjskich). Plany sporządzone przez biuro architektoniczne Skidmore, Owings & Merril zakładały powstanie jednego z największych centrów biurowych w Europie. Tradycyjni Brytyjczycy krytykowali ogrom gmachów nieprzystających do raczej niskiej zabudowy Londynu - główna wieża miała liczyć 243 m! Na początku lat 90. wydawało się, że sceptycy mieli rację - z powodu recesji pachnąca nowością wieża Canary Wharf świeciła pustkami.

Przez pewien czas wydawało się, że nad brzegami Tamizy jeszcze przez wiele lat straszyć będą rozpadające się rudery portowej zabudowy. Nadeszły jednak lepsze czasy dla gospodarki i finansowe instytucje, korporacje i redakcje wielkich dzienników z Fleet Street zaczęły coraz częściej zerkać w stronę doków. Łatwiej było się przeprowadzić, niż inwestować miliony w unowocześnianie starych biur. Przebudowa kolejnych doków pomiędzy Tower Bridge a West India Quey ruszyła z kopyta. W 1998 r. rozwiązano radę powołaną do przebudowy Docklands - nie miała już nic do roboty. Na wschód od City wyrosło nowe centrum finansowe i nowa dzielnica mieszkaniowa. Dzięki informatycznej rewolucji Wyspa Psów stała się pod koniec XX wieku jednym z najbardziej dochodowych przedsięwzięć w historii miasta.

Więcej o: