Z Picassem pod rękę. Podróże ze sztuką po Szwajcarii

Każdy Szwajcar ma w kieszeni przynajmniej jednego Corbusiera...

Pięć miast w pięć dni - swoisty rekord. I to w czerwcu, wyjątkowo upalnym. Ale w Szwajcarii da się to przeżyć łatwiej niż gdzie indziej.

Cudownie czyste jeziora i rzeki, świeże (a przecież samochodów nie brakuje) powietrze, nieludzko punktualne pociągi, dzięki którym podróż między miastami rzadko trwa dłużej niż godzinę. W tym kraju fontann wody nie trzeba kupować, wszędzie można ją też pić prosto z kranu.

Dzień pierwszy - Neuchâtel

Łacińskie Novum Castellum. Stolica kantonu o tej samej nazwie (jednego z sześciu francuskojęzycznych), nad jeziorem Neuchâtel, 40 tys. mieszkańców. Rękopisy Jean-Jacques'a Rousseau i Friedricha Dürrenmatta

Miasto od biedy można obejść w dwie godziny, co też zrobiliśmy (to nie znaczy, że nie warto być tu dłużej!). Najpierw niewielki, kolorowy plac Targowy, najbardziej ruchliwy we wtorkowe, czwartkowe i sobotnie poranki. Jest czwartek, ale zbliża się południe i straganów już niewie. Ale i tak jest na co popatrzeć: warzywa, owoce, a przede wszystkich sery! Twardy gruyeres , półtwardy brichton , miękki sanglé ...

Dwa rzędy XVIII-wiecznych kamieniczek zamyka zadziwiający dwuwieżowy budynek XVI-wiecznego Domu Handlowego. Dawniej sprzedawano tu zboże (na parterze) i sukna (na piętrze), dzisiaj jest restauracja.

Zagłębiając się w wąskie, pnące się nieraz bardzo stromo uliczki, mijamy trzy niezwykłe, kolorowe fontanny z figurami na wysokich okrągłych słupach - świeżo odrestaurowane lśnią nowością. Fontannę Sprawiedliwości wyrzeźbił w XVI w. Laurent Perrou - u jej stóp cztery postacie symbolizujące papieża, sędziego, cesarza i... sułtana. Inną fontannę - Trzymającego Chorągiew - artysta powiększył i ozdobił (przedtem pojono w niej bydło). Chyba najpiękniejsza jest Fontanna Gryfona z XVII w., z której, według legendy, w czasie publicznych uroczystości zamiast wody tryskało wino. Kiedyś stała na skrzyżowaniu dróg, teraz naprzeciwko niej zaczynają się Zamkowe Schody, którymi dochodzimy na wzgórze. Błyska niebieska tafla jeziora Neuchâtel - miasto leży na jego północnym brzegu, u stóp góry Chaumont (1177 m n.p.m.).

Przed nami zamek, siedziba książąt i hrabiów Neuchâtel od XI wieku. Najstarsze jest skrzydło zachodnie, inne części dodano w XV i XVIII w., potem wielokrotnie przebudowywano. Zaglądamy na asymetryczny, niewielki dziedziniec z wielką lipą pośrodku (właśnie kwitnie, jej zapach dogania nas wszędzie). Wejście do zamku bezpłatne, ale tylko z przewodnikiem. Niestety, nie możemy zobaczyć wnętrz - obraduje rząd kantonalny (obecnie to jego siedziba).

Tuż obok ogromna kolegiata (otwarta 8-18) z miejscowego żółtego kamienia, jak większość domów w Neuchâtel. Wczesnogotycka bryła, trzy romańskie absydy, nad głównym wejściem rozeta z pięknym witrażem - budowę rozpoczęto pod koniec XII w. Do reformacji katolicka, od 1530 r. ewangelicko-reformowana. W środku mrok, w pierwszej chwili niewiele widać. Pali się latarnia (tak!), jej słabe światło prowadzi nas do jednej z naw. Całkowite zaskoczenie - przed nami gigantyczna ściana rzeźb. Książęta i damy z dawnego Neuchâtel, 15 naturalnej wielkości figur w obramowaniu XV-wiecznych łuków. Uderzająco żywe kolory, wyraziste twarze, dostojne pozy. To najpiękniejszy i największy średniowieczny cenotaf (grobowiec upamiętniający zmarłych, nie zawiera ciał) w Szwajcarii. Do tej pory nie zidentyfikowano wszystkich postaci (jedyna "bezbarwna" to prawdopodobnie książę Rudolf de Hochberg, 1487 r.).

Obchodzimy neogotyckie krużganki. Romańskie arkady, jedyne oryginalne, wbudowano we wschodnią ścianę kościoła. Są niewielkie, może dlatego dziwnie wzruszające.

Wzrusza też informacja, że na jednej z dwóch kamiennych ław na dziedzińcu przed kolegiatą siadywał podobno Honoriusz Balzac z Eweliną Hańską...

Jeśli mało nam historii (i pięknych widoków), wejdźmy na wieżę Więzienną. Po drodze na szczyt ponurego gmaszyska (fundamenty z X w.) oglądamy makiety pokazujące, jak zmieniało się miasto na przestrzeni czterech wieków i stare cele więzienne. A potem spiętrzone w dole czerwone dachy, błękitne jezioro i olśniewająco białe Alpy.

Neuchâtel to nie tylko historia. W 2000 r. według projektu światowej sławy architekta Maria Botty'ego powstało tu Centrum Dürrenmatta, poświęcone literackim i malarskim pracom tego znakomitego szwajcarskiego pisarza (otwarte 11-17, bilet 8 franków, ulgowy 5). Warto tu przyjść choćby dla fantastycznego widoku z półkolistych tarasów. Odpocznijmy w pobliskim Ogrodzie Botanicznym (otwarty 9-20, wstęp wolny), a na zakończenie zobaczmy oryginalny hotel Palafitte zbudowany na palach wbitych w jezioro, w którym pary z całego świata lubią spędzać podróż poślubną. Pozostał jako jedyny obiekt po Expo 2001 (można go zwiedzać), ale ekolodzy domagają się, by go zburzyć. Warto się pospieszyć...

http://www.neuchateltourisme.ch

La Chaux-de-Fonds

Najwyżej położone miasto Szwajcarii (1000 m n.p.m.), 38 tys. mieszkańców, kolebka zegarmistrzostwa i art nouveau. Tu urodził się światowej sławy architekt Le Corbusier (1887), pisarz Blaise Cendrars (1887) i twórca samochodów Joseph Chevrolet (1878)

W Szwajcarii wszystko jest możliwe, nawet spotkanie ze stadem słoni, co się nam przytrafiło zaraz po wjeździe do La Chaux-de-Fonds...

W porównaniu z Neuchâtel miasto wydaje się zadziwiająco nowe. Zwiedzanie najlepiej zacząć od wjazdu (windą, za darmo) na 14. piętro wieżowca Espacité. Stąd najlepiej widać kształt, jaki mu nadano po wielkim pożarze w 1794 r. - zbudowano je od nowa na planie szachownicy na wzór... Manhattanu (ale już 2 tys. lat temu była tu wieś, też spłonęła). Od początku XX w. zaczęły powstawać domy w stylu art nouveau - charakterystyczne skromne, surowe fasady zobaczymy na prawie każdej ulicy. Trzeba wejść w bramy, zajrzeć na klatki schodowe, żeby odkryć bogate mozaiki, kolorowe malowidła, ozdobne schody, np. w dawnym Maneżu (teraz są tu mieszkania) czy na ul. Serre pod nr. 28, gdzie zobaczymy jeden z domów projektu Léona Boillota (główny architekt miasta w XIX w.), w którym był pierwszy miejski garaż, z witrażowymi, łukowatymi oknami i fantazyjnymi ozdobami z żelaza. Mijamy ogromną XIX-wieczną synagogę w neobizantyjskim stylu (społeczność żydowska w La Chaux-de-Fond liczy 850 osób) i wyjątkowo ozdobny budynek z 1911 r. przy ul. Numa-Droz 143, ze wspaniałym witrażowym oknem i elementami stylu Ludwika XVI. Uczniowie tutejszej Art School (skończył ją też Le Corbusier) stworzyli miejscową odmianę art nouveau , tzw. pine style , czerpiąc inspirację z pejzażu Jury, zwłaszcza sosnowych lasów (stąd pine, czyli sosna w nazwie). Pracowali pod kierunkiem wybitnego artysty Charlesa L'Eplatteniera, który wywarł duży wpływ na młodego Le Corbusiera. To właśnie uczniowie tej szkoły udekorowali krematorium w Le Chaux-de-Fond, które koniecznie trzeba zobaczyć.

A na zakończenie - wille autorstwa samego Le Corbusiera. Najpierw tzw. Turecka (ul. Doubs 167), którą zaprojektował w latach 1916-17 po długiej podróży na Bliski Wschód. Cegła i beton, z zewnątrz wygląda trochę dziwacznie, ale wnętrze olśniewa. W dosłownym znaczeniu - dwupiętrowy hol od strony południowej zalewa światło słoneczne wpadające nie tylko przez okno wielkości ściany, ale i przez świetliki w dachu, każdy pod innym kątem. Celem artysty było maksymalne wykorzystanie słońca, co świetnie pokazuje 20-minutowy film "Słońce jest życiem". W niewielkim ogrodzie zwraca uwagę jego rzeźba "Le Modulor" - symbol zastosowania proporcji ciała ludzkiego w architekturze.

Willa Turecka zbudowana dla przemysłowca Anatola Schwoba, starannie odnowiona w 1986 r., jest własnością firmy Ebel (zwiedzanie - pierwsza i trzecia sobota w miesiącu, tel. 0-32 912 31 47). Oglądamy też - z zewnątrz i przez płot - tzw. Biały Dom zaprojektowany w 1912 r. dla rodziców. Właśnie trwa remont, będzie go można zwiedzać od października. Nie wejdziemy też do dwóch kolejnych domów projektu Le Corbusiera (własność prywatna), ale można obejrzeć je przynajmniej z zewnątrz. To chyba jasne, że miłośnicy architektury nie mogą sobie odmówić wizyty w La Chaux-de-Fond.

W nagrodę po tak intensywnym zwiedzaniu odpoczynek i lunch w sielankowym, zielonym pejzażu, 3 km od miasta. Kwitną łąki, na pagórkach pasą się krowy (nie widać stąd Alp). Specjalnością Auberge de Mont Cornu jest fondue . Wiemy, że powinno się je jeść zimą, ale to może jedyna okazja, żeby spróbować prawdziwego - więc próbujemy, popijając miejscowym winem.

http://www.chaux-de-fonds.ch

http://www.artnouveau.ch

Dzień drugi - Berno

W zakolu rzeki Aare na Wyżynie Berneńskiej, stolica od 1848 r., od 1983 r. na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. W 1879 r. urodził się tu wszechstronny artysta Paul Klee, a przez dwa lata (1903-05) przy Kramgasse 49 mieszkał i pracował nad teorią względności Albert Einstein

Za małe jak na stolicę i za spokojne. Mam wrażenie, że berneńczycy nigdzie się nie spieszą. Obserwuję, jak przystają na ulicy, by porozmawiać, powoli spacerują pod średniowiecznymi arkadami, pełno ich w kawiarniach i barach. Ten nastrój się udziela. My, chcąc zobaczyć jak najwięcej, niestety, musimy się spieszyć, ale mimo woli zwalniamy, rozglądamy się, przystajemy. Berno jest całe zielonkawe, bo domy zbudowano z miejscowego wapienia w takim właśnie kolorze. O dziwo, nie jest to nudne, przeciwnie - dodaje harmonii temu XII-wiecznemu miastu.

Arkady (zwane Lauben) ciągną się ponad 6 km, tworząc jedno z najdłuższych w Europie centrów handlowych pod dachem. Kiedy pada, nikt nie zmoknie, w upał (jak dzisiaj) dają upragniony cień. Każdy dom ma też dużą piwnicę z wejściem od frontu - ojcowie miasta lubili wiedzieć, co mieszkańcy w nich trzymają. Teraz są w nich butiki, galerie, sklepy z winem, ale i teatry, kluby jazzowe, bary i dyskoteki. Tu też jak w Neuchâtel i La Chaux-de-Fonds są kolorowe XVI-wieczne fontanny na wysokich słupach. Jest ich 12, m.in. Samsona, Mojżesza, Muszkietera. Dawniej były jedynym źródłem wody dla mieszkańców (zachowały się żelazne belki do stawiania wiader), dziś - jak wszędzie w Szwajcarii - korzystają z nich głównie turyści. Pełną podcieni, zamkniętą dla ruchu Marktgasse zamyka czterospadowy dach Wieży Więziennej (Käfigturm) ze spiczastym hełmem. Zaglądamy do gotyckiego (z elementami barokowymi) kościoła francuskiego, najstarszego w mieście, zbudowanego dla dominikanów pod koniec XIII w. Majestatyczna nawa główna, ciężkie kolumny i prosty, drewniany sufit. Malowidła, m.in. sceny z życia dominikanów, Ojcowie Kościoła, czterej Ewangeliści, "podpisane" przez berneńskiego Mistrza z Goździkiem rysunkiem goździka. Co ciekawe, kościół dzieli na dwie części korytarz - w razie pożaru z łatwością mogą wjechać strażacy. Rzut oka na kunsztowny zegar na XIII-wiecznej Wieży Zegarowej (najstarsza zachodnia brama miasta), dzieło Kaspara Brunnera (1527-30). Nie tylko pokazuje godziny, dni, pory roku i fazy księżyca, ale co godzinę specjalny mechanizm wprawia w ruch procesję figurek - obracają się cztery minuty, potem pieje kogut (raczej zgrzyta), machając skrzydłami, a figura na szczycie wybija pełną godzinę.

Teraz Kramgasse z szeregami kamienic i domów cechowych, dom pod nr. 49, gdzie mieszkał Einstein (jest tu niewielkie muzeum, http://www.einstein-bern.ch ) - fotografia noblisty zdobi witryny prawie każdego sklepu i galerii. Z okazji Roku Einsteina w Muzeum Historycznym otwarto 16 lipca specjalną wystawę (czynna do 17 kwietnia 2006 r., http://www.bhm.ch ). Gotycka katedra (Münster), chwila skupienia pod wspaniałym żeberkowym sklepieniem, mrok rozjaśniają piękne witraże.

Dalej ratusz - na gotycką loggię z dwóch stron prowadzą wspaniałe schody.

Berneńską starówkę w zakolu rzeki Aare najlepiej byłoby obejrzeć z lotu ptaka, ale musi wystarczyć mapa i panorama (częściowa) z położonego nad miastem Ogrodu Różanego. Jeszcze obowiązkowa wizyta w Niedźwiedzich Jamach (Bärenraben; miś jest w herbie Berna) - cztery niedźwiedzie brunatne kręcą się w kółko, szukając cienia. Wrażliwym nie polecam.

Dzień zbliża się do końca, a ja mimo tylu wrażeń wracam w myślach do jego początku i ciągle widzę niezwykłe miejsce - Centrum Paula Klee na obrzeżach Berna (Monument im Fruchtland 3, dojazd tramwajem nr 5, http://www.zpk.org ). Światowej sławy włoski architekt Renzo Piano, twórca m.in. Centrum Pompidou w Paryżu i lotniska Kansai w Osace, wymyślił budynek w kształcie łagodnej fali przykrywającej trzy połączone nią wzgórza (projekt powstał w 1998 r., wykonanie kosztowało 110 mln franków szwajcarskich). W południowym mieszczą się biura i biblioteka, w środkowym ponad 4 tys. dzieł artysty, a w północnym - wspaniale wyposażone muzeum dla dzieci Creativa. Latający Dywan, jak niektórzy nazywają Centrum, idealnie wtapia się w pejzaż. Zobaczcie koniecznie, przynajmniej z zewnątrz.

http://www.berninfo.com

Dzień trzeci i czwarty - Bazylea

Miasto w kantonie o tej samej nazwie, na lewym brzegu Renu, graniczy z Niemcami i Francją. Holenderski filozof Erazm z Rotterdamu spędził tu pięć ostatnich lat życia i zmarł w 1536 r. Najstarszy uniwersytet Szwajcarii (1460 r.), 30 muzeów, dziesiątki galerii

Słowem - miasto sztuki, szczególnie w czerwcu. Jest sobota, pojutrze (20) kończą się trwające od 15 czerwca 36. Międzynarodowe Targi Sztuki, jedne z najważniejszych i największych na świecie: 275 galerii przywiozło ponad 5 tys. prac 1,5 tys. artystów. Co roku targi odwiedza ok. 50 tys. kolekcjonerów, handlarzy, muzealników i zwykłych miłośników sztuki. Messeplatz roi się od ludzi, głównie młodych. Dzieci taplają się w płytkim baseniku, w którym cumuje "Płacząca Łódka" Jeana Michela Othoniela. Na środku, w czerwonym barze Anus w kształcie przewodu pokarmowego (dość obsceniczny), można coś zjeść i wypić. Wrócimy tu później, choć już teraz jest jasne, że wszystkiego i tak nie da się obejrzeć.

Zaczynamy w Fundacji Beyelera w Richen (z centrum tramwaj nr 6). W eleganckim budynku z płaskim przeszklonym dachem (projektu Renza Piana) Hilda i Ernst Beyelerowie zebrali 200 prac 40 artystów - od Cézanne'a, Picassa i Braque'a, poprzez Rothko i Liechtensteina, do rzeźb z Afryki, Alaski, Oceanii ( http://www.beyeler.com ). Do 12 września trwa wystawa "Picasso surrealista - 1924-1939". Co za uczta! Ponad 200 obrazów, rzeźb i rysunków, m.in. "Pocałunek", "Kobieta w czerwonym krześle", polityczny "komiks" z gen. Franco.

Po lunchu sztuki ciąg dalszy: Schaulager - ostatnie słowo architektów i galerników w dziedzinie wystawiennictwa. To nie muzeum, ale skład dzieł sztuki (dostępny dla badaczy) i jednocześnie sale wystawowe w niezwykłym budynku projektu miejscowych architektów Herzoga i de Meurona. Z zewnątrz przypomina bunkier lub sejf: grube mury, ślepe ściany. W środku mnóstwo przestrzeni, biel, światło padające przez sufit. Oglądamy wystawę "Fotografie 1978-2004 " kanadyjczyka Jeffa Walla (do 25 września, http://www.schaulager.org ) - okrutne (najczęściej) obrazy współczesnego świata, m.in. "Polegli żołnierze mówią", "Zdewastowany pokój", "Nagły poryw wiatru". Choć wszystkie fotografie są pozowane (nawet wiatr jest sztuczny), robią ogromne wrażenie.

Nazajutrz kolejne artystyczne emocje. Jest niedziela, na ulicach i w tramwajach pusto. Do Starego Miasta wchodzimy przez gotycką wieżę Spalentor nakrytą spiczastą czapą z kolorowej dachówki. Na rynku (Marktplatz) trudno oderwać wzrok od intensywnie czerwonego ratusza - choć fasadę ma XX-wieczną, pokrytą malowidłami z historii miasta (dosyć kiczowatymi), powstał w XVI w. Przewodnik zwraca nam uwagę na nowoczesne plomby w starej zabudowie.

Wspaniałą romańską katedrę z dwiema nierównymi wieżami, która przetrwała trzęsienie ziemi w średniowieczu (tu pochowany jest Erazm z Rotterdamu) oglądamy tylko z zewnątrz - znowu goni nas czas.

Przed Muzeum Sztuki (Kunstmuseum Basel) stoją rzeźby, m.in. Caldera i Rodina. Już w 1661 r. (najwcześniej na świecie) kolekcja została udostępniona publiczności. Słynie m.in. z obrazów i rysunków Konrada Witza i Hansa Holbeina Młodszego - najważniejszym obrazem w Muzeum jest "Ciało zmarłego Chrystusa w grobie". Rubens, Rembrandt, impresjoniści, cała sala dzieł Arnolda Böcklina i mnóstwo innych dzieł sztuki ( http://www.kunstmuseum.basel ).

Wpadamy do Kunsthalle, galerii sztuki współczesnej (istnieje od końca XIX w.), świeżo po remoncie w 2004 r. Kieruje nią od dwóch lat Adam Szymczyk, dawniej kurator Galerii Foksal w Warszawie. Właśnie trwa wystawa Artura Żmijewskiego - filmy oraz instalacja "Więzienie".

Na koniec wracamy na Messeplatz. Od czego zacząć? Pięć sal wystawowych wokół placu i jeszcze oddalony o 10 minut drogi stary 3-piętrowy budynek ze sztuką najmłodszą (Liste 05) - 48 galerii z 22 krajów. Zaglądamy do katalogu, by wyłowić przynajmniej Polaków. Jest galeria Andrzeja Starmacha z Krakowa (m.in. Katarzyna Kobro, Edward Krasiński) i Galeria Foksal z Warszawy (dzieci, których tu niemało, z ciekawością oglądają rzeźbę Pawła Althamera). A na Liste 5 - Galeria Raster, gdzie oglądamy m.in. "Autoportret" Rafała Bujnowskiego (więcej o targach sztuki: http://www.artbiznes.pl ). Na szczęście nie musimy nic kupować - ceny nawet do kilkudziesięciu milionów dolarów!

http://baseltourismus.ch

Dzień piąty - Zurych

Największe miasto Szwajcarii, leży na wzgórzach schodzących do Jeziora Zuryskiego. Rzeka Limmat, 400 banków, 3 tys. studentów, 50 muzeów, 100 galerii. Tu mieszkał Ulrich Zwingli, jeden z przywódców reformacji, tu w 1916 r. narodził się dadaizm, tu w 1955 r. zmarł Tomasz Mann

Zostało tylko kilka godzin do wyjazdu, już wiem, że nie zobaczę nawet drobnej części tego, co trzeba i co bym chciała. Zaczynam od spaceru wzdłuż jeziora. Tramwajem nr 4 jedziemy do Tiefenbrunnen, gdzie jest najpiękniejsza plaża (w sumie nad jeziorem jest ich pięć). Przechodzimy przez cudownie zielony park Zürichhorn - tu rzeźba Henry'ego Moore'a, tam Jeana Tinguleya. Kwitnie lawenda. We wschodniej części za wysokim ogrodzeniem Ogród Chiński, prezent z 1994 r. od miasta Kunming w podzięce za oczyszczalnię wody. Kilka kroków dalej willa projektu Le Corbusiera - jaskrawe kolory odcinają się od zielonego tła. Naprzeciwko inna - światowej sławy architekta Santiaga Calatravy, w której czasem mieszka. Zdumiewa klasyczna bryła (to artysta awangardowy), na trawniku piękna, kamienna rzeźba - podobno każdą pracę zaczyna od rzeźby wyrażającej ideę projektu. Wróciwszy do centrum, oglądamy stację kolejki jego projektu (niedługo odjedziemy stąd na lotnisko) - żelazne spojenia betonowych ścian przypominają ludzkie ręce, sufit podziemnego pasażu handlowego - żebra.

Imponująca neobarokowa opera projektu sławnej w XIX w. spółki autorskiej Fellner & Helmer (zbudowali osiem oper w Europie) miała stanąć w... Krakowie. Ale miastu zabrakło pieniędzy, a ponieważ ta w Zurychu właśnie się spaliła, budynek stanął tutaj.

Wzdłuż Limmat Quai przyjemnie się spaceruje - od września 2004 r. mają tu wstęp tylko piesi i tramwaje. Na Nowym Targu (Neue Markt) najstarsze w mieście domy z XIV w., z wysoko umieszczonymi werandkami, żeby było widać, kto chce wejść, a także... prawdziwe gazowe latarnie. Fraumünster (pierwotnie klasztor żeński ufundowany w IX w. przez Ludwika Niemieckiego) wypełnia niezwykłe światło z pięciu cudownych witraży Marca Chagalla o tematyce biblijnej. Wnętrze zalewają niebiański błękit, krwawa czerwień, łagodna morska zieleń.

http://www.zuerich.com

***

Teraz nikogo już chyba nie zdziwi, że na dworcu w Zurychu spod sufitu czuwa nad podróżnymi ogromny, gruby, jarmarcznie kolorowy "Anioł Stróż" Niki de Saint Phalle, a z franków szwajcarskich patrzą na nas: Alberto Giacometti (100), Sophie Taeuber-Arp (50), Arthur Honnegger (20) i Le Corbusier (10). Każdy Szwajcar ma w kieszeni przynajmniej jednego Corbusiera...

Sprawdź w sieci

http://www.szwajcaria.net

http://www.MojaSzwajcaria.pl

Więcej o: