Francja z Tour de France 2004: Dzień na wyścigu

TdF to wydarzenie nie tylko sportowe, ale przede wszystkim turystyczno-towarzyskie

20 lipca 2004. Przyłączamy się do 15. etapu Valréas-Villard-de-Lans w okolicach Lyonu. Nasi francuscy przyjaciele radzą, by wyjechać samochodem jak najwcześniej. - Etap liczy co prawda 180 km, ale o dziesiątej nie będzie już miejsca przy drodze - przestrzegają. - Najlepiej ustawić auto na wzgórzu i stamtąd obserwować kolarzy.

Przejeżdżając o siódmej trasą wyścigu, czujemy się jak bohaterowie dwóch kółek. Z wozów i traktorów machają do nas farmerzy, którzy od rana wylegli przed domy. Kobiety wystawiły kramiki z serami, kiełbasami, miodem i winem.

Wjeżdżamy na wzgórze Col des Limouches w okolicach wąwozu Vercors i na zakręcie wciskamy się pomiędzy auta. - Zakręt to dobre miejsce, bo kolarze muszą zwolnić. Kiedy wyłaniają się zza wirażu, można dostrzec gwiazdy wyścigu, no i oczywiście lidera w żółtej koszulce - mówi Christian Montfrais, który przyjechał tu z dwoma synkami.

Kolarze mają się zjawić dopiero ok. 13.30. Christian otwiera butelkę wina, które kupił we wsi Châteauneuf-du-Pape. - Przy okazji zwiedzam winnice - wyjaśnia. - Tę nieopodal Awinionu założył papież Klemens IX, który w 1309 r. na 70 lat przeniósł tu Stolicę Apostolską. Dziś Châteauneuf-du-Pape to kilka domów i mnóstwo piwniczek z doskonałymi winami.

Słynna apelacja należy do winnic doliny Rodanu (Cotes-du-Rhone), która zajmuje 53 tys. ha i ciągnie się 200-km pasem od Awinionu do Vienne. Christian jeździ Drogami Winnymi (Routes de Vins) pomiędzy wioskami, szukając swoich ulubionych apelacji. - Tutaj jest ich osiem: Cornas i Cote-Rotie dla win czerwonych, Crozes-Hermitage, Hermitage i Saint-Joseph dla czerwonych i białych, Château Grillet i Condrieu dla białych oraz Saint-Peray dla musujących.

***

Około dziesiątej nie da się już zaparkować wzdłuż drogi - jak okiem sięgnąć, jeden wielki piknik. Panowie wyciągają grille, a panie przygotowują sałatki. Po chwili pojawiają się stoliki i telewizory (ogląda się wyścig oczywiście). Rozkładamy obrusy i nakrywamy do "stołu". - Dzieci to uwielbiają. Nie ma większej frajdy niż obiad na trasie Tour de France - śmieje się Christian i zaprasza na prowansalskie przysmaki. Na przystawkę melon, potem zielona soczewica z ziołami (gotuje ją na mikroskopijnej kuchence), deska serów i wino. Deser fundują nam sponsorzy wyścigu - z kolorowych, huczących muzyką aut hostessy rzucają słodycze i napoje. A także długopisy, zapalniczki, breloczki do kluczy i wielkie łapy do machania kolarzom. Oficjalne pamiątki z wyścigu kupuje się w specjalnych busach (jeżdżą często i zatrzymują się na wezwanie kibiców). Zestaw: żółta koszulka z napisem "Tour de France", czapeczka, maskotka i torba na ramię - 15 euro.

***

Z naszego wzgórza doskonale widać zbliżający się kolorowy peleton. Wśród burzy oklasków kolarze z impetem pokonują zakręty. Na stromym podjeździe nie udaje nam się wypatrzyć legendarnego Lance'a Armstronga, ale dostrzegamy Thomasa Voecklera. Przejazd trwa najwyżej pięć minut, po chwili wszyscy rzucają się do telewizorów, by obejrzeć końcową rozgrywkę. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie z ostatnim zawodnikiem wdrapującym się na wzgórze.

Ale trasa nie pustoszeje. Za peletonem jedzie kilkuset cyklistów amatorów, którzy pokonują Tour de France "dla zdrowia". Na znakomitych rowerach, w trykotach i kaskach objeżdżają całą trasę. Na mecie każdego etapu czekają na nich rodziny i przyjaciele.

- Na metę nie radzę jechać. Nawet w kilka godzin po finale droga jest zakorkowana, bo wszyscy chcą zobaczyć ostateczną rozgrywkę. Lepiej zwiedzić okolicę - radzi Christian. -W górzystym regionie Vercors, w dobrze zamaskowanych jaskiniach mieściła się kryjówka partyzantów, zdradzonych i wydanych Niemcom przez francuskich kolaborantów latem 1944 r.

Ta okolica to dziś Narodowe Muzeum Oporu Vercors. Zwiedza się je, pokonując tzw. Drogi Wolności. Znajdziemy tu przydrożne cmentarze i 60 miejsc pamięci. Koniec trasy - w Vassieux-en-Vercors, gdzie znajduje się Muzeum Ruchu Oporu. Christian namawia też na obejrzenie multimedialnego muzeum w Romans-sur-Isere. - Trudno je znaleźć, bo mieści się w jednym ze skrzydeł muzeum butów. Zgromadzone tu obrazy, szkice, drzeworyty itp. eksponują przede wszystkim buty. Jeśli na obrazie mamy króla, obok stoją jego trzewiki, a przy wizerunku egipskiego dostojnika - sandały, jakie ów mógłby nosić. Muzeum zgromadziło kilka tysięcy par obuwia z całego świata, najstarsze mają blisko 4 tys. lat! Ekspozycje czasowe przedstawiają zaś pomysły dyktatorów mody, m.in. Gianniego Versace.

W Le Bistro na rynku pijemy kawę i zajadamy się czekoladkami z pobliskiej fabryki w Tain l'Hermitage. A potem wyruszamy do Hautrives, by odszukać jedną z najsłynniejszych budowli sztuki naiwnej.

***

Tzw. Palais Idéal (Idealny Pałac) postawił miejscowy listonosz Ferdinand Cheval. Od 1879 r. wędrując po wsiach, zbierał z pól kamienie, i po pracy, na podwórku przed domem budował z nich pałac. W ciągu 33 lat wzniósł wysoką na 6 metrów budowlę, o podstawie 20 na 10 m. Ozdobił ją m.in. płaskorzeźbami z motywami zaczerpniętymi z chrześcijaństwa, islamu i buddyzmu (chciał, by Palais Ideal był miejscem pokojowego spotkania tych religii) i fantastycznymi stworami. Całość opatrzył przemyśleniami w rodzaju: "Nikt nie ucieknie od swojego przeznaczenia".

Budowla budziła kontrowersje aż do 1969 r., kiedy minister kultury André Malraux wpisał ją na listę narodowych zabytków. Dziś znawcy sztuki przyrównują listonosza do Gaudiego, widząc w nim "wizjonera sztuki naiwnej". W podziemiach można zobaczyć drewnianą taczkę i proste narzędzia, których używał.

Wokół pałacu działa mnóstwo restauracji, kafejek i sklepów z pamiątkami. Wyjeżdżając, warto skręcić na cmentarz - przy głównej bramie znajduje się grobowiec listonosza (więcej: http://www.facteurcheval.com ).

Więcej o: