"Po mojej mamie pozostał tylko dym". "Na stosy trafiają nowożeńcy". Indie zmagają się z drugą falą pandemii

Mama Nitisha Kumara, mieszkańca Nowego Delhi, zmarła na COVID-19. Zrozpaczony syn nie mógł znaleźć w żadnym miejskim krematorium miejsca, aby skremować ciało swej matki. Wreszcie spalono je na parkingu przylegającym do krematorium w Seemapuri w północno-wschodnim Nowym Delhi. "Wszystkie placówki odmówiły przyjęcia zwłok mojej mamy" - mówił w BBC Kumar.

Nie tylko mama Nitisha Kumara została skremowana w prowizorycznych warunkach. Na zdjęciu z drona można zobaczyć dym unoszący się nad spalonymi stosami pogrzebowymi, które ustawiono na parkingu. Jitender Singh Shunty, który prowadzi ośrodek zajmujący się kremacją, powiedział, że do czwartkowego popołudnia w podobnych warunkach na parkingu zostało skremowanych 60 ciał, a w kolejce czeka 15 innych. "Nikt w Nowym Delhi nie był jeszcze świadkiem takiej sceny" - powiedział Shunty ze łzami w oczach.

Zobacz wideo Varanasi - święte miasto Indii. Dlaczego niektóre kobiety nie mogą przychodzić nad Ganges?

Po czym dodał: "Kremacji poddawane są dzieci w wieku pięciu czy piętnastu lat. Na stosy trafiają nowożeńcy. Trudno to oglądać" – mówił łamiącym głosem. Podkreślił także, że w ubiegłym roku podczas pierwszej fali pandemii maksymalna liczba ciał, które mógł skremować w ciągu jednego dnia, wynosiła 18, a średnio palono od ośmiu do dziesięciu zwłok dziennie. We wtorek w tym jednym miejscu skremowano 78 ciał.

Kumar, który podczas drugiej fali pandemii stracił matkę, nie ukrywa swojego cierpienia. Mówił, że kiedy dziesięć dni temu uzyskała pozytywny wynik, nawet dla niej, jako pracownika służby zdrowia, nie udało się znaleźć łóżka szpitalnego.

"Rząd nic nie robi, aby powstrzymać pandemię. Zostałem sam w walce o życie swojej rodziny" - stwierdził w rozmowie z Reutersem.

Krematoria pracują 24 godziny na dobę

Indie od marca zmagają się z drugą falą koronawirusa. Dane o nowych przypadkach i zgonach są najwyższe od początku pandemii. 19 kwietnia zanotowano ponad 250 tys. zachorowań i 1757 przypadków śmiertelnych. W czwartek 22 kwietnia władze poinformowały o 314 835 nowych infekcjach. To najwyższy odnotowany dotychczas na świecie dobowy przyrost zakażeń koronawirusem w jednym państwie. Od początku pandemii COVID-19 w Indiach potwierdzono ponad 16 milionów zakażeń oraz 187 tysiący ofiar śmiertelnych. Rzeczywista skala pandemii może być znacznie wyższa z powodu ograniczonej liczby testów wykonywanych w liczącym 1,3 miliarda ludzi kraju.

Dotychczas najwyższym dobowym bilansem zakażeń na świecie był ten, który w styczniu tego roku odnotowano w Stanach Zjednoczonych. Amerykańskie władze potwierdziły wówczas ponad 297 tysięcy zakażeń. Podczas gdy sytuacja w USA systematycznie się poprawia, przez Indie przetacza się fala pandemii, która nazywana jest falą tsunami COVID-19.

Obserwując jednak ruch w krematoriach, dziennikarze sugerują, że liczba ofiar śmiertelnych może być znacznie wyższa. Jeden z dziennikarzy BBC trafił do krematorium w zachodnioindyjskim stanie Gudżarat. "Pracujemy 24 godziny na dobę" – powiedział Kamlesh Sailor, prezes spółki prowadzącej krematorium.

Sanjeev Gupta, fotoreporter mieszkający w mieście Bhopal w środkowych Indiach, pojechał do jednego z miejskich takich punktów. Oficjalnie ogłoszono tutaj cztery ofiary śmiertelne COVID-19.

"Byłem zaskoczony, gdy widziałem dziesiątki stosów pogrzebowych. Dodatkowo kilka ciał ustawiono w kolejce do kremacji w piecu elektrycznym" – mówił w BBC.

Fotoreportera wyraźnie wzruszyła prośba młodego mężczyzny, który poprosił o sfotografowanie dymu wydobywającego się z komina elektrycznego krematorium.

"Po mojej mamie pozostał tylko dym. To najbardziej bolesna rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem" – przyznał Gupta.

"India Today" donosiło, że w dwóch krematoriach w Bhopalu, stolicy stanu Madhya Pradesh, w ciągu czterech dni w tym miesiącu spalono 187 ciał, podczas gdy oficjalna liczba zgonów wynosiła pięć. W ubiegłym tygodniu "Sandesh" pisał, że tylko w jednym szpitalu w Ahmedabadzie doszło do 63 zgonów z powodu koronawirusa, gdy rząd informował o 20 przypadkach śmiertelnych.

BBC donosi, że w Surat, drugim co do wielkości mieście w Gudżaracie, w krematoriach Sailor's Kurukshetra i Umra spalano ponad 100 ciał dziennie w ciągu ostatniego tygodnia. Gdy tymczasem oficjalnie podawano liczbę zgonów z powodu COVID w mieście wynoszącą 25.

Prashant Kabrawala, zarządzający krematorium w mieście Ashwinikumar, odmówił wprawdzie podania liczby skremowanych ciał, ale przyznał, że ich liczba wzrosła trzykrotnie w ostatnich tygodniach.

"Zarządzam krematorium od 1987 roku, a jego codziennym funkcjonowaniem zajmuję się od 2005 roku. Przez te wszystkie lata nie widziałem tylu zwłok przywożonych do kremacji, ani podczas wybuchu dżumy w 1994 r., ani nawet tsunami w 2006 r." – stwierdził.

Podobne obserwacje płyną z Lucknow, stolicy zaludnionego północnego stanu Uttar Pradesh. Z danych pochodzących z największego krematorium Bajkunthdham, wynika, że dwukrotnie wzrosła liczba ciał w porównaniu do prezentowanych oficjalnych statystyk.

Inny fotoreporter powiedział BBC, że był w Lucknow i policzył prawie 100 stosów pogrzebowych spalonych w jednym z miejskich krematoriów 14 kwietnia. Oficjalne dane dotyczące zgonów w całym stanie w tym dniu to 85. "Niebo w pobliżu krematorium zmieniło kolor na pomarańczowy. Nadal przechodzą mnie dreszcze, gdy sobie przypomnę ten widok. Zdecydowanie nie otrzymujemy od rządu miarodajnych informacji o przypadkach śmiertelnych" - powiedział.

Inny fotoreporter, z którym rozmawiał reporter z Reutersa, był w mieście Varanasi w stanie Uttar Pradesh. Również mówił o podobnych rozbieżnościach w sposobie zgłaszania zgonów.

Bhramar Mukherjee, profesor biostatystyki i epidemiologii na Uniwersytecie Michigan, przyznała, że w wielu częściach Indii "dane nie są prawdziwe". "To jest bardzo irytujące, ponieważ nikt nie rozumie sytuacji. Większość zgonów nie jest zarejestrowana. Nie jest możliwe więc przeprowadzenie odpowiednich obliczeń" - powiedziała Mukherjee, dodając, że krematoria pracują  dzień i noc w kilku miastach, a ludzie muszą godzinami czekać na kremację lub pochówek zmarłego. "To pokazuje, że rzeczywista liczba zgonów może być znacznie wyższa" – zauważa Mukherjee.

Wybłagaj, pożycz lub ukradnij

Najgorzej sytuacja wygląda w Nowym Delhi. W stolicy kraju kończą się wolne łóżka szpitalne, zaczyna też brakować tlenu. Władze miasta zdecydowały się na wprowadzenie tygodniowego lockdownu (od 19 do 26 kwietnia). Zamknięte zostały centra handlowe, kina, restauracje, parki publiczne i siłownie, wydarzenia sportowe będą odbywać się bez publiczności, zakazane zostały zgromadzenia towarzyskie, polityczne i religijne.

Poza Nowym Delhi, najgorzej jest w stanie Maharasztra. Jedna trzecia z ponad 2 mln aktywnych przypadków koronawirusa pochodzi z tego regionu.

Szpitale w północnej i zachodniej części Indii poinformowały, że zapasy tlenu medycznego wykorzystywane do ratowania pacjentów chorujących na COVID-19, wystarczą na kilka godzin.

Lokalne władze zaczęły ze sobą rywalizować o dostęp do tlenu. A nawet dochodzi do kradzieży. Władze sąsiadującego z Delhi stanu Hariana zablokowały transporty tlenu z tamtejszych fabryk. Anil Vij, minister zdrowia Harjany oskarżył władze w Delhi o przywłaszczenie tlenu, który był przeznaczony dla szpitala w Faridabadzie. "Dowiedziałem się, że cysterna z tlenem w drodze do faridabadzkich szpitali została wczoraj zatrzymana przez pewnych ludzi w Delhi. Jeśli władze stanowe zaczynają kraść tlen w ten sposób, będziemy mieli chaos" - tłumaczył, dodając, że cysterny otrzymają eskortę stanowej policji.

Prywatne szpitale również wezwały władze do zapewnienia tlenu pacjentom. "Zapas tlenu jest na niebezpiecznie niskim poziomie przez opóźnione dostawy przez ostatni tydzień. Wzywamy rządy stanowe i rząd centralny do zapewnienia dostaw, aby uniknąć katastrofalnych incydentów związanych z pacjentami" - napisał dyrektor szpitala P Shivakumar.

"Indian Express" relacjonując trudną sytuację w kraju, zacytował sędziego Vipina Sanghiego z sądu, który rozpatrywał skargę sieci prywatnych szpitali Max Healthcare: "Wybłagaj, pożycz lub ukradnij. To kryzys narodowy". Jesteśmy zszokowani i zniesmaczeni, że rząd zdaje się nie widzieć sytuacji" - komentował sędzia, wzywając rząd do pomocy władzom stanowym.

Jak pisze BBC, media społecznościowe pękają w szwach od filmów z pogrzebów na zatłoczonych cmentarzach, płaczących krewnych zmarłych przed szpitalami, długich kolejek karetek, kostnic przepełnionych zmarłymi. Rozlegają się gorączkowe wołania o pomoc w sprawie łóżek, lekarstw, tlenu, podstawowych leków i testów. Leki są sprzedawane na czarnym rynku, a wyniki testów trwają kilka dni.

"Przez trzy godziny nie mówili mi, że moje dziecko nie żyje" - mówi oszołomiona matka na jednym filmie, siedząca na zewnątrz oddziału intensywnej terapii. Ciszę przerywa płacz innej osoby leżącej na intensywnej terapii.

 "To, co się dzieje, jest surrealistyczne" - powiedział  Shiv Visvanathan, profesor socjologii.

Zwycięstwo ogłoszone zbyt wcześnie

Jeszcze na początku marca minister zdrowia Indii Harsh Vardhan oświadczył, że kraj znajduje się "w końcowej fazie" pandemii COVID-19. Pochwalił przywództwo premiera Narendry Modiego i stawiał go za "wzór dla świata we współpracy międzynarodowej", ponieważ od stycznia Indie zaczęły wysyłać w ramach "dyplomacji szczepionkowej" dawki preparatów do innych krajów.  

Euforia po pokonaniu wirusa narastała od końca zeszłego roku. Politycy i część przedstawicieli mediów, cieszyli się, że Indie naprawdę wyszły na prostą. Premier Modi nazywany był "guru szczepionkowym".

Pod koniec lutego indyjskie władze ogłosiły wybory w pięciu stanach. Kampania rozpoczęła się pełną parą, organizowano wiece wyborcze bez protokołów bezpieczeństwa i dystansu społecznego. W meczach krykieta kibicowało ok. 130 tys. fanów. W święcie Kumbhamela wzięło udział tysiące Hindusów, kąpiąc się w rzece Ganges.

W niecały miesiąc wszystko zaczęło się komplikować. W połowie kwietnia w kraju odnotowano średnio ponad 100 tys. przypadków dziennie. Naukowcy twierdzą, że jeśli rozwój pandemii nie zostanie powstrzymany, to do pierwszego tygodnia czerwca, zgodnie z raportem Komisji Lancet COVID-19, Indie mogą spodziewać się ponad 2300 zgonów każdego dnia.

Eksperci zauważają, że rząd całkowicie zlekceważył ostrzeżenia przed drugą falą pandemii. A gdy pod koniec marca dziennikarz BBC pytał o wzrost zakażeń w Maharasztrze, jeden z lekarzy odpowiedział: "Naprawdę nie wiemy, jaka jest przyczyna gwałtownego wzrostu. Niepokojące jest to, że zarażają się całe rodziny. To zupełnie nowy trend" - powiedział dr Shyamsunder Nikam, chirurg z dotkniętego chorobą dystryktu w Maharasztrze.

Eksperci twierdzą, że Indusów zgubiło "poczucie triumfalizmu". "Niektórzy uważali, że osiągnęliśmy odporność stadną. Wszyscy chcieli wrócić do pracy. Ta narracja trafiła do wielu wrażliwych uszu, a kilka głosów ostrzeżenia nie zostało usłyszanych" - zauważył w rozmowie z BBC K Srinath Reddy, prezes Fundacji Zdrowia Publicznego Indii.

Ogłoszenie zwycięstwa nad wirusem okazało się przedwczesne. "To typowe w Indiach, arogancja, populizm i duża dawka biurokratycznej niekompetencji doprowadziły do kryzysu" - powiedział Mihir Sharma, felietonista Bloomberga.

Indusi więc zapomnieli o koronawirusie, jakby nigdy nic uczestniczyli w weselach i spotkaniach towarzyskich, wiecach politycznych a także w uroczystościach religijnych. Poza tym wraz ze spadkiem liczby zakażeń mniej osób przyjmowało szczepionki, spowalniając akcję szczepień. Jeszcze w połowie lutego Bhramar Mukherjee, badaczka z University of Michigan, napisała na Twitterze, że Indie muszą "przyspieszyć akcję szczepień, gdy liczba przypadków jest niska". Niestety post ten przeszedł bez echa.

Choć eksperci zauważają, że druga fala była nieunikniona, to Indie mogły ją "opóźnić i zmniejszyć jej siłę rażenia" - powiedział Gautam Menon, profesor fizyki i biologii. Menon dodał, że "jak wiele innych krajów, Indie powinny były rozpocząć dokładny nadzór genomiczny w styczniu, aby wykryć warianty". "O nowych mutacjach dowiedzieliśmy się w lutym z raportów z Maharasztry. Władze początkowo temu zaprzeczały" - dodał Menon. "To był znaczący punkt zwrotny".

O wykryciu nowej mutacji wirusa władze Indii zaalarmowały świat w drugiej połowie marca. Indolożka dr Weronika Rokicka mówiła na antenie TOK FM, że choć nowy wariant wirusa budzi niepokój, to jej zdaniem wzrost zachorowań wynika z poluzowania obostrzeń i nieprzestrzegania zasad bezpieczeństwa.

Nie możemy zamrozić ludzkiego życia

Eksperci zauważają, że mieszkańcy będą się musieli liczyć z wprowadzeniem krótkotrwałych, lokalnych lockdownów. Epidemiolodzy wskazują, że Indie czeka więcej fal pandemii, bo daleko Indusom do osiągnięcia odporności stadnej, gdy wskaźnik szczepień pozostaje niski.

"Nie możemy zamrozić ludzkiego życia" - powiedział BBC profesor Reddy. "Jeśli nie możemy zachować dystansu fizycznego w zatłoczonych miastach, możemy przynajmniej sprawić, aby każdy nosił w odpowiedni sposób maseczkę. To nie jest wielka prośba".

Tym bardziej, że sytuacja w Indiach naprawdę przypomina tsunami, tsunami koronawirusa.

Dziennikarka Barkha Dutt, która spędziła ostatnie tygodnie, analizując raporty, odwiedzając szpitale i miejsca kremacji nie szczędzi krytycznych słów na temat swojej ojczyzny. "W moim kraju nic nie działa. Mój kraj jest zepsuty. Wszędzie wyczuwam mieszankę wściekłości, rozpaczy, straty i bezradności" - powiedziała. "Moje serce jest rozdarte, ale jednocześnie to, co się dzieje, jest poza nami. Na pewno jest większe od nas, prawda? To nieszczęście jest jak wojna. Czuję, że muszę opowiadać tę historię, ale też powinnam rozliczyć władzę. To jest mój napęd do działania".

Więcej o: