Pierwszy Polak, który samotnie opłynął świat. Myślał: "Jeśli nawalę, to podstawię nogę wszystkim żeglarzom"

Głęboki PRL. Tymczasem pewien dziennikarz i żeglarz przychodzi do szkutnika w Gdyni i mówi: "Mam 200 tys. zł i za te pieniądze chcę zbudować jacht. Czy podjąłby się pan takiego zadania?". "Nie wiem. Możemy spróbować" - odparł majster. Tym żeglarzem okazał się Leonid Teliga, który na 10-metrowym jachcie jako pierwszy Polak samotnie opłynął świat. Minęła 52. rocznica tego wydarzenia.

"Ja nie wiem, co to jest upór. Nie znam tego pojęcia. U mnie istnieją pojęcia, że albo chcę coś zrobić, albo czegoś nie chcę" - mówił Leonid Teliga w nagraniu archiwalnym, do którego dotarli twórcy dokumentu "OPTY-mista".

Było wielu marzycieli

"Wielu klientów często przychodziło do mnie. Marzyły im się dalekie rejsy, chcieli budować jachty, ale to były rozmowy zupełnie luźne. Przeważnie kończyło się na marzeniach. Teliga był zupełnie inny od wszystkich. Zaczął od tego, że ma 200 tys. i za te pieniądze chce zbudować jacht. "Czy podjąłby się pan takiego zadania?" - zapytał. "Nie wiem. Możemy spróbować" - mówi we wspomnianym dokumencie Maciej Dowhyluk, który nadzorował budowę jachtu. Budowa rusza w 1965 roku.

Teliga od lat ciułał dewizy podczas zagranicznych wyjazdów (m.in. jako członek misji rozjemczych ONZ w Korei i korespondent PAP w Rzymie), dlatego miał kapitał na realizację planu. Szybko jednak pieniądze się skończyły. Żartował, że jeśli nie uda się ostatecznie zbudować jachtu, ma plan B. Kupi kajak, nazwie go "Pesy" (od pesymista) i popłynie na Mazury, bo nazwa jachtu "Opty", na którym opłynął samotnie kulę ziemską, wzięła się od słowa optymista.

Jacht 'Opty' na wystawie w Centrum Konserwacji Wraków Statków w TczewieJacht 'Opty' na wystawie w Centrum Konserwacji Wraków Statków w Tczewie ciacho5 / pl.wikipedia.org / CC BY-SA 4.0

Telidze, choć mówił o sobie, że nie jest uparty, to pewnie ta cecha charakteru pozwoliła doprowadzić budowę "łódki" do końca. Gdy kończą się fundusze i brakuje materiałów, puka od drzwi do drzwi, szuka koneksji i pomocy w realizacji swojego "Opty-misty". Ponoć sprzedaje nawet mieszkanie, ale i to jest za mało.

Rok później jesienią jest totalnie spłukany. Mieszka w kokpicie, brakuje mu pieniędzy na podstawowe zakupy. A przecież trzeba jeszcze skompletować zapasy i wyposażenie. Mapy, locje i spis latarni morskich otrzymuje od załogi "Śmiałego", który wrócił z wyprawy do obu Ameryk. Od prezesa Ligi Obrony Kraju dostaje sztucer i kilka pudełek amunicji. Społem zaopatruje go w konserwy, a Marynarka Wojenna w specjalnie pakowany chleb i żelazne racje żywnościowe. Wśród darów znalazł się nawet zestaw szminek. Teliga chciał ze sobą zabrać ponad sto tomów książek w rejs, niestety inspekcja celna wyraziła zgodę na dwa kilogramy woluminów.

Zobacz wideo "Tata polarnik". Tylko jeden Polak ma taką pracę

Start w Casablance

Wreszcie w 1966 roku jacht został zwodowany i otrzymał imię "Opty". Matką chrzestną została... mama Dowhyluka. Dziesięciometrowy jacht był gotowy. Miał drewniany kadłub, dwa sosnowe maszty, kilka kompletów żagli, silnik, a w kokpicie trzy koje i stół.

Na przełomie 1966 i 1967 roku jacht został przetransportowany statkiem "Słupsk" do Casablanki, gdzie 25 stycznia żeglarz rozpoczął wielki rejs.

Kieruje się w stronę Kanarów. Tam po raz pierwszy wyciąga jacht z wody i przemalowuje dno. Dopiero w połowie marca wyrusza w stronę Barbadosu - przepłynięcie Atlantyku zajmie mu 30 dni.

"Wtedy miałem tremę. Jeżeli nawalę, to podstawię nogę wszystkim żeglarzom, bo zaraz się znajdzie tysiąc osób, które powiedzą: A nie mówiłem? Chociaż nigdy nie mówił" - opowiadał Teliga w archiwalnym nagraniu.

W połowie kwietnia dociera do Barbadosu. "29 dni spokoju, a w ten ostatni dzień przed wejściem do wyspy człowiek zaczyna się spieszyć. Dlaczego? Cały dzień siedziałem na dziobie i kapowałem: Czy ta chmurka to już ląd czy jeszcze nie?" - przyznawał w dokumencie.

A w dzienniku pokładowym napisał: "Manewruję na żaglach pod wiatr, wchodząc do zatoki. Przypominam sobie, że przecież mam silnik. Zanim jednak włączyłem do pracy tego pomocnika, zdaję sobie sprawę, że przepłynąłem samotnie Atlantyk. Rąbnąłem się dłonią po udzie (może nawet za mocno) i krzyknąłem: "Zrobiłeś to, bracie! Zrobiłem to! Przepłynąłem Atlantyk! (…) Okazuje się, że jestem zmęczony".

Płynął jak Kolumb

Teraz wyczyn Teligi może nam się nie wydawać tak imponujący. O tym, jakim sprzętem dysponował polski żeglarz, przypomina Dowhyluk. "Znikał na ileś tygodni, później na miesiące. Na całej trasie dwa statki, które podały, że Teliga żyje i istnieje. Przecież ten facet popłynął na jachcie, nie mając nawet tratwy automatycznej. Ja już nie mówię o telefonie satelitarnym czy jakichś innych urządzeniach. Płynął tak jak płynął Kolumb" - mówi w dokumencie "OPTY-mista".

Kompas mokry, wchodzący w skład oryginalnego wyposażenia jachtu 'Opty' podczas samotnego wokółziemskiego rejsu Leonida TeligiKompas mokry, wchodzący w skład oryginalnego wyposażenia jachtu 'Opty' podczas samotnego wokółziemskiego rejsu Leonida Teligi Centralne Muzeum Morskie w Gdańsku / pl.wikipedia.org / CC BY-SA 3.0

Wkrótce znów jest na morzu. Płynie pośród karaibskich wysepek, w końcu obiera kurs na Kanał Panamski. I tutaj staje się ofiarą politycznych układów. Jako obywatel z socjalistycznego kraju nie może zatrzymać się przy nabrzeżu. Po dwóch miesiącach odpływa w stronę archipelagu Galapagos. W pobliżu wysp omal nie rozbija "Opty" o podmorskie skały. Z Galapagos Teliga żegluje w stronę wysp Pacyfiku: Markizów, Tuamotu i Tahiti. Dopadają go kłopoty finansowe, narzeka na zbyt wysokie ceny i wtedy amerykańska turystka dostrzega jeden z jego obrazów, bo w wolnych chwilach żeglarz nie tylko czyta, lecz także maluje. "Dam ci 25 dolarów. Nie za mało?"  rzuca Amerykanka. "Chętnie bym podskoczył z uciechy, ale kabina 'Opty' jest za niska" - wspominał Teliga.

Szczególnie zachwycony jest Papeete, stolicą Polinezji Francuskiej. Zostanie tam pięć miesięcy - do maja 1968 r. "Okazuje się, że to była największa przygoda. Nie ta przygoda bezpośrednia: wiatr, szum, ale spotkanie niezwykłych ludzi" - wspominał w dokumencie.

Joanna Pajkowska z flagąPierwsza Polka, która samotnie opłynęła świat bez zawijania do portu. "Największym szokiem było to, że zaczęłam mówić"

Nie martwcie się

W czerwcu dociera na Fidżi. I tam podejmuje decyzję, że czeka go największe wyzwanie wyprawy. Wizy do Australii nie dostał, a do RPA nie może zawinąć ze względów politycznych, jako kraj  apartheidu jest izolowany na międzynarodowej arenie.

Robi zapasy i pisze w dzienniku pokładowym: "Mam żarła i wody na 200 dni. Będę ciągnąć tak długo, na ile potrafię. Za 5 godzin startuję na trasę 15 500 mil, ale kto wie, może otrzymacie wieści z jakiegoś portu po drodze. Przez 8 miesięcy nie martwcie się".

Płynie 165 dni bez zawijania do portu. Bije tym samym rekord dotyczący najdłuższego samotnego rejsu. 85 lat wcześniej Amerykanin Bernard Gilboy spędził na morzu o dwa dni mniej.

Przez blisko pół roku z Teligą nie ma kontaktu. Nagłówki w polskich mediach są alarmujące: "Czy podróżnik żyje?", "Gdzie jest teraz Teliga?", "Czy Polak nadal płynie?". Po drodze samotnego żeglarza mijają dwa statki, jednym z nich jest frachtowiec "Moniuszko". Marynarze przekazują informacje w kraju, że Teliga żyje i płynie dalej. 9 stycznia 1969 roku wchodzi do Dakaru i na kilka dni trafia do szpitala. Jacht trafia zaś do stoczni francuskiej marynarki wojennej. Pod koniec marca "Opty" jest znów na morzu, a 5 kwietnia Leonid Teliga zamyka pętlę dookoła świata.

"Pomyślałem, że teraz, choćby nie wiem co się zdarzyło, choćby rozbił mnie statek, to nikt już nie zakwestionuje prostego faktu: "Opty" opłynął świat dookoła. Nie celebrowałem tej uroczystej dla mnie chwili. Siedziałem na pokładzie, ciesząc się dobrym wiatrem, słońcem, wspaniałym samopoczuciem. Wydawało się mi, że mógłbym tak płynąć aż do Gdyni" - napisał w książce "Samotny rejs Opty".

Z powrotem do Casablanki żeglarz wpłynął 29 kwietnia, a kilka dni później wrócił do Polski. Od razu na stół operacyjny.

Niewidzialny towarzysz podróży

"Morze ma to do siebie, że za jego wypukłym horyzontem można zobaczyć wszystko, czego dusza zapragnie... Dlatego uciekam na morze, żeby mieć tę rzeczywistość, która nadaje życiu smak - przyprawia je pieprzem niebezpieczeństwa, solą wody morskiej, świeżością wiatru, wysiłkiem mięśni, przestrzenią dla oczu i duszy... O to właśnie chodzi. Niech się toczy życie, niech pędzi jak Dunajec, byle nie zamieniło się w sadzawkę. A jeśli nawet na jakiś czas tak się stanie, to spuszczać stawidła, otwierać przepływy świeżej wody. Z szumem niech spływa rzęsa, senność i martwota... Ile nam jeszcze zostało? 10, 20, 30 lat? Może pół roku" - pisał w liście do brata. 

Teliga podczas rejsu zmagał się nie tylko z żywiołami i samotnością, lecz także bólem. Mówi się, że na pokład wchodził z 70 słoiczkami leków.  

Ból, który staje się stałym towarzyszem podróży, lekceważy. Myśli, że to lumbago, czyli zapalenie korzonków (dolnej części kręgosłupa), że to pewnie wina przeciekającej nadbudówki i tego, że śpi w wilgotnej pościeli. Myśli, że to minie, że to niedogodności podróży, niestety ból narasta.

25 lat temu Marek Kamiński i Wojciech Moskal jako pierwsi Polacy dotarli do Bieguna Północnego25 lat temu Marek Kamiński i Wojciech Moskal jako pierwsi Polacy dotarli do Bieguna Północnego

"Otworzyłem kolejną butelkę lekarstwa, w które zaopatrzyłem się w Casablance mimo wspaniałego wyposażenia mojej apteki... Z żeglarza zmieniłem się w pacjenta izby chorych. Ręka prawie bezwładna i lumbago łamie do szaleństwa" - pisze.

W okolicach Wielkiej Rafy Koralowej notuje: "Nie jestem w stanie fizycznie ani żeglować, ani nawigować". "To grypa" - pisze. Jednak organizm coraz częściej przeszywa silny ból. Przed zawinięciem do Casablanki przyznaje: "Załogę 'Opty' dręczyły ciągłe ataki bólu, a kapitan wydał rozkaz trzymania wacht na pokładzie, więc nie pozostało nic innego, jak opatulić się w swetry, naciągnąć kożuch i wachtować. (...) Gdy miałem zamiar odpocząć, zerwały się kolejne szkwały deszczowe. Atlantyk najwyraźniej próbował jeszcze swoich sztuczek, abym go lepiej zapamiętał. A jednak gorzej wspominam własny organizm, który dawał się we znaki coraz bardziej (...) nie da rady leżeć, wszystko boli, i to jak". "Płacz nie płacz, a czuwać trzeba, bo chodzą frachtowce i szkwały. (...) Zdawałem sobie sprawę, że zdrowie zawiodło, że dalej nie dam rady".

Kapitan Teliga czuł się już naprawdę źle, a jednak nie chciał wracać na ląd. "Gdy zobaczyłem latarnię El Hank Lighthouse, to byłem wściekły. Szlag mnie trafiał. Dotarło do mnie, że rejs już się kończy" - mówił w dokumencie.

Stan podróżnika był już jednak poważny. Zamiast na pokładzie "Opty" do kraju wrócił samolotem Air France. Na warszawskim lotnisku Okęcie na żeglarza czekała karetka. Osoby, które go wtedy widziały, wspominały, że szedł zgięty w pół, ściśnięty bólem. W szpitalu potwierdzono, że cierpi na nowotwór.

Trzynaście miesięcy po swoim wyczynie już nie żył. Przez ten czas spotykał się z młodzieżą i opowiadał o swoim rejsie, napisał dwie broszurki i wciąż planował.

"Zawsze protestuję, kiedy ktoś zaczyna mówić o Telidzie jak o straceńcu, który porwał się na rzecz skrajnie niebezpieczną, ale zdołał wyjść z tej awantury cało. To groźny i szkodliwy mit. Wujek był doświadczonym żeglarzem i poukładanym człowiekiem. Wiedział, czego chce i w jaki sposób to osiągnąć. Jego rejs pozwolił wpuścić w to nasze zatęchłe rodzime bagienko trochę świeżej bryzy" – mówił Onetowi jego bratanek.

Grób Leonida Teligi na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w WarszawieGrób Leonida Teligi na cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie GrzegorzPetka / pl.wikipedia.org / domena publiczna

A w dokumencie tak wspominał dzień jego śmierci. "Przyszedłem do domu, włączyłem około południa radio i dowiedziałem się, że kapitan Teliga nie żyje. To był jak grom z jasnego nieba, bo ja się przed chwilą z nim rozstałem, a on był pełen planów i optymizmu".

"Leonid Teliga to była postać wyjęta z opowieści Londona - poszukiwacz przygód" - mówił o nim Dowhyluk.

21 maja 1970 roku żeglarz udał się na ostatnią wachtę, a swoim wyczynem otworzył drogę kolejnym śmiałkom, którzy postanowili ruszyć jego śladem.