Trzebiatów. Tymmo strącił miskę z kaszą i miasto uratował, Dorotę spalono na stosie, a Maria Czartoryska napisała pierwszą polską powieść sentymentalną

Miasto, w którym poddani musieli płacić podatek "na czarownice", a ostatnią "kochankę diabła" spalono na Pomorzu Zachodnim w XVII w. Z wielkiego świata zawitało nieznane zwierzę, które potrafiło wprawdzie wyczyniać różne sztuczki, ale budziło jednocześnie i podziw, i strach. Ksiądz więc zanosił modły do Boga, żeby tylko nie sprowadziło na jego lud nieszczęścia. Z miejscowością związany był także generał, który nie tylko pokonał wojska Napoleona pod Waterloo. Jego żołnierze z walki wrócili z wyjątkowym trofeum. Zdobyli prywatną karetę Bonapartego.

Polska to nie tylko duże, cieszące się popularnością miasta. To także wiele mniejszych miejscowości, które potrafią zachwycić nie mniej niż te najsłynniejsze. Poprosiliśmy ich mieszkańców i osoby, dla których są to miasta rodzinne, by wam o nich opowiedziały. Tak powstał cykl "Stąd jestem", na którego kolejne odcinki zapraszamy was w sobotę co dwa tygodnie o godzinie 19.

NAZWA: Trzebiatów 

LOKALIZACJA: woj. zachodniopomorskie. Leży na Pobrzeżu Szczecińskim, nad rzeką Regą, w odległości ok. 10 km od Morza Bałtyckiego

ISTNIEJE OD: IX w.

ZNAKI SZCZEGÓLNE: symbolem miasta jest słoń, który zawitał tutaj w XVII w. Do dzisiejszych czasów zachowało się podanie o tym, jak miska kaszy miasto uratowała. W Trzebiatowie mieszkała Maria Czartoryska, autorka pierwszej polskiej powieści sentymentalnej. Spalono tu także na stosie ostatnią na Pomorzu Zachodnim kobietę oskarżoną o czary. Stało się to w XVII w. Od dwóch lat organizowana jest inscenizacja "Proces czarownicy".

Trzebiatów to niewielka miejscowość położona na Pomorzu Zachodnim, ok. 10 km od Mrzeżyna. Z racji usytuowania i braku bezpośredniego dostępu do morza, a co za tym idzie - do plaż, żyje trochę w cieniu swojego sąsiada. A szkoda, bo ma wiele do zaoferowania. Po miasteczku oprowadzi nas Sławomir Gaca, licencjonowany przewodnik po Pomorzu Zachodnim, historyk z zamiłowania, miłośnik regionu, który jak z rękawa sypie anegdotami i historiami na temat Trzebiatowa.

- My, Pomorzanie, jeździmy na wakacje w góry - mówi Sławomir Gaca- My, Pomorzanie, jeździmy na wakacje w góry - mówi Sławomir Gaca Sławomir Gaca / archiwum prywatne

Miasto słonia

- Naszą wycieczkę zacząłbym od zwiedzania śródmieścia. Warto zobaczyć układ miasta, charakterystyczny dla czasów, gdy miasto dzięki handlowi kupieckiemu było bogate. Następnie powędrowałbym po mieście Szlakiem Słonia - zaczyna naszą wirtualną wycieczkę Sławomir Gaca.

- Miasto mogło się bogacić, ponieważ miało port handlowy. W XVII wieku na skutek sztormu zawinął statek z nietypowym ekwipunkiem - słoniem, a dokładnie słonicą o imieniu Hansken. W tamtych czasach nie było dostępu do powszechnej edukacji, więc mieszkańcy z jednej strony byli nim zafascynowani, a z drugiej przepełniał ich strach. Do tego stopnia, że miejscowy ksiądz z parafii w Trzebiatowie odnotował w kronice miasta, że pojawiło się zwierzę o niezwykłym wyglądzie. Zanosił więc modlitwy do Boga, żeby nie przyniosło ono nieszczęścia jego małej ojczyźnie - informuje przewodnik.

Słonica pierwotnie podarowana była Fryderykowi Henrykowi Orańskiemu, kilka razy zmieniała właścicieli, ostatecznie trafiła do anonimowego człowieka, który znany był po prostu jako "Pan Słonia". To ponoć on ją wytresował, nauczył m.in. maszerować z flagą w trąbie, podnosić pieniądze czy strzelać z muszkietu.

Właściwie nie wiadomo, jak długo słonica była w mieście, faktem jest, że została po niej pamiątka w postaci sgraffito na jednej z kamienic (powstanie dzieła datuje się na 1639 r.). Powstało ono metodą zdrapywania warstw tynku, dzięki temu zachowało się do dzisiaj w bardzo dobrym stanie. Dziś słonica jest jednym z symboli miasta, na rynku dumnie prezentuje się jej rzeźba, utworzono również turystyczny szlak nawiązujący do obecności zwierzęcia w mieście.

- Na terenie Pomorza nie ma wzmianki, żeby słoń pojawił się w innej miejscowości - słyszę od pana Sławka. - Wszystko wskazuje na to, że ten wyjątkowy przybysz przyniósł miastu szczęście. Inne okoliczne miasta w pewien sposób ucierpiały, zostały spalone, splądrowane, a Trzebiatów od XVII w. przechodził te zawirowania wojenne obronną ręką - zauważa przewodnik. 

Słonica na jednym z budynków. Praca wykonana metodą sgraffitoSłonica na jednym z budynków. Praca wykonana metodą sgraffito Sławomir Gaca

Jak miska kaszy uratowała średniowieczne miasto

Szlak Słonia poprowadzony jest wzdłuż murów, które ciągną się na ponad trzy i pół kilometra. Kiedyś znajdowało się tu ponad 20 baszt, były to różnego rodzaju bastylie, umocnienia obronne, a także cztery bramy miejskie. Do współczesnych czasów zachowała się tylko jedna baszta, dawna baszta Prochowa, w której przechowywano proch dla artylerii obronnej. Bardziej znana jest pod nazwą Kaszana.

- Według zapisków kronikarskich na miasto regularnie napadały hordy rabusiów, wzniesiono więc  fortyfikacje obronne, aby skutecznie się przed nimi bronić. Mieszkańcy uchodzili za bogatych, a miasto z dostępem do portu budziło zazdrość, że mogą tu przybywać kupcy z najlepszymi towarami. Chciano je więc spalić i zniszczyć. Do pozbycia się konkurencji namawiał ze szczególnym zaangażowaniem rycerz Włościbor. Pewnej nocy razem z innymi wojami z miasta Gryfice wyruszył zrealizować swój plan - opowiada pan Sławek.

- A w tym samym czasie w jednej z najwyższych baszt wartę pełnił jeden z obrońców miasta, Tymmo. W pewnym momencie przyszła do niego w odwiedziny jego wybranka serca Dobromiła z miską gorącej kaszy. Postanowili ją ostudzić, postawili ją na murku okalającym wieżę i w pewnym momencie przez nieuwagę strącili miskę, która spadła na drugą stronę i oparzyła rycerza, przywódcę gryfickich przeciwników. Ten podniósł wielkie larum. Wtedy Tymmo spostrzegł, że pod murami kłębi się obce wojsko, wszczął alarm, obudził mieszkańców, napastników udało się pokonać, a miasto uratować. I dzięki temu baszta nazywana jest Kaszaną. 

Gryficzanie nie przeboleli tej klęski. Wśród mieszkańców, którzy kiedyś tu żyli, zachowały się anegdoty o różnych psikusach, które mieszkańcy Trzebiatowa i Gryfic nawzajem sobie wyczyniali. Jedna z nich opowiada o kradzieży drzewka bożonarodzeniowego z trzebiatowskiego rynku.

- Pewnego roku gryficcy policjanci postanowili odegrać się na sąsiadach za basztę Kaszaną i ukraść mieszkańcom miejską choinkę. W tym celu przybyli do Trzebiatowa, przywieźli ze sobą beczkę piwa i zaprosili do wspólnego biesiadowania trzebiatowskiego wartownika. Gdy ten został już dostatecznie zmorzony, gryficzanie ukradli drzewko i postawili go obok swojego w mieście. Chwalili się, że to odwet za to, że zostali przepędzeni w XIV wieku - mówi przewodnik.

Baszta KaszanaBaszta Kaszana Piotr Wytrążek / shutterstock

Czy te animozje pomiędzy dwoma miastami przetrwały do dziś?

- Po akcji przesiedleńczej i wysiedleńczej nastąpiła wymiana mieszkańców, więc teraz o tych różnych zaszłościach mało kto pamięta. Inaczej się dzieje, gdy oprowadzam wycieczkę, w której udział biorą byli mieszkańcy Trzebiatowa pochodzenia niemieckiego. Zauważyłem, że dość dziwnie się zachowywali. Za nic w świecie nie chcieli wejść do autokaru, w którym miała jechać grupa gryficzan, w jednym więc autobusie jechała grupa z Trzebiatowa, a w drugim z Gryfic. Mimo że było to kompletnie nieopłacalne, bo żaden z nich nie był wypełniony nawet do połowy. Kiedy zapytałem, o co chodzi, dlaczego dla tak niewielkiej grupy trzeba zamawiać aż dwa autobusy, usłyszałem: "To pan nie wie? Przecież to wszystko przez basztę Kaszaną". Okazało się, że mimo upływu tylu lat dystans między Trzebiatowem a Gryficami pozostał w pamięci i był żywy również w późniejszych czasach - informuje pan Sławek. 

Protestantyzm, inkwizycja, stosy

W Trzebiatowie odrzucono religię rzymskokatolicką i przyjęło luteranizm, a dobra katolickie przekazano pomorskiej szlachcie. Protestantyzm obowiązywał tutaj od 1534 do 1945 roku, a uchwałę o utworzeniu Pomorskiego Kościoła Ewangelickiego podjęto w kaplicy św. Ducha podczas sejmu trzebiatowskiego (świątynia obecnie jest prawosławna). Otwartość na nurty reformacyjne w Trzebiatowie to zasługa Jana Bugenhagena, przyjaciela Lutra (pomagał mu m.in. tłumaczyć Biblię na język niemiecki), który tu mieszkał.

Jednocześnie, jak podają historycy, na terenie Niemiec i Pomorza odbywały się procesy czarownic, a kobiety palono na stosie.

- To nie był problem tylko Trzebiatowa. W niemal każdym większym pomorskim mieście była baszta czarownic. Tutaj kobiet oskarżonych o konszachty z diabłem było kilka, w księgach wymienione zostały dwa procesy - informuje przewodnik.

Pierwszy proces odbył się w 1669 roku. Wówczas o czary oskarżono pochodzącą z Gąbina Urszulę Rademer z domu Klatt. Torturowano ją, związano jej dłonie na plecach, podciągnięto na sznurze, a do nóg przywiązano ciężary. Proces zakończył się śmiercią. Ostatnią zaś czarownicą spaloną na stosie była Dorothe Schwarz (spalono ją na stosie 6 czerwca 1679 roku).

- Nie wiadomo, czy to prawdziwe nazwisko, czy przydomek Dorota Czarna - od czarów i magii. Oskarżono ją o zabijanie zwierząt, spowodowanie śmierci kilku osób, kontakty z kilkoma diabłami, uczestnictwo w sabatach, podczas których oddawała się orgiom z diabłem - mówi pan Sławek.

Ponoć Dorota była kobietą silną. Nie pozwalała sobie w kaszę dmuchać. Popadała przez to w konflikty z sąsiadkami. To prawdopodobnie któraś z nich oskarżyła ją o czary oraz o rzucanie uroków. 

W tamtych czasach wierzono, że wiedźmy otaczały się diabłami, które przybierały postać zwierzęcą. Uważano, że Dorota miała ich aż cztery: dwie myszy, srokę i kocura. Na Pomorzu diabeł pojawiał się także jako trójnogi zając. Co ciekawe, uważano, że przynosi szczęście. Nawet podczas zaręczyn wymawiano formułę: "Na trójnogiego zająca".

Podczas procesu w sądzie w obydwu przypadkach zasiedli członkowie rady miasta. Za sędziowanie w procesie o czary otrzymali znaczne wynagrodzenie. Koszty zaś postępowania sądowego, więzienia, tortur i egzekucji pokrywane były ze składek społecznych. Do tego niezmiennie częścią wyroków była konfiskata majątku. W inwentarzach zaś starostw pomorskich z XVII w. znaleźć można grupę specjalnych świadczeń, które poddani musieli wpłacać "na czarownice". Gerard Labuda, cytowany przez Agnieszkę Szczepaniak w publikacji "Trzebiatów. Spotkania Pomorskie" uważa, że był to rodzaj podatku, który należało regularnie uiszczać. 

- Od dwóch lat w mieście odbywa się inscenizacja historyczna "Proces czarownicy", podczas której przypominamy przypadek Urszuli Rademer, jej proces, a następnie spalenie na stosie. W Trzebiatowie znajdziemy więcej przekazów o kobietach, które ponoć miały zdolności ponadnaturalne. Jedna z nich Trupowa Berta potrafiła przewidzieć czyjąś śmierć, wskazując odpowiedni tydzień śmierci. Ponoć ani razu się nie pomyliła - zdradza pan Sławek.

Pałac w TrzebiatowiePałac w Trzebiatowie Piotr Wytrążek / shutterstock

Dobry duch

W Trzebiatowie mieszały się ze sobą postępowe idee i wsteczne, nauka z zabobonami i irracjonalnym myśleniem. Mieszkały tu złe, obcujące z szatanem i siejące strach kobiety i pozytywna, jaśniejąca blaskiem - w sensie wręcz dosłownym - Maria Czartoryska. Dobry duch miasta i pałacu.

- Co roku podczas Święta Kaszy, które odbywa się na przełomie lipca i sierpnia, organizowana jest inscenizacja, podczas której pojawia się duch księżnej. Maria wyłania się z ciemności i ze świecznikiem w dłoni przemierza komnaty zamkowe - opowiada pan Sławek.

Autorka pierwszej polskiej powieści sentymentalnej "Malwina, czyli domyślność serca" została wydana za księcia Ludwika Fryderyka Württemberga. Jego wujem był Fryderyk II Wielki, król Prus, a on miał być potencjalnym kandydatem na króla Polski. Ambitne plany spłonęły jednak na panewce, a małżeństwo rozpadło się. Polscy historycy obwiniają Ludwika Fryderyka za zbyt hulaszczy tryb życia i liczne zdrady, a niemieccy historycy za winną rozwodu uznają Marię.

Wiadomo, że księżna nie była szczęśliwa w Trzebiatowie, tęskniła za dużym miastem, balami i  bywaniem w towarzystwie. Uciekła więc w swój świat. Rysowała, czytała, tworzyła. Gdy dowiedziała się o politycznej zdradzie męża, wystąpiła o rozwód i przeniosła się do Puław.

Gdy byli jeszcze małżeństwem, mieszkali w pałacu w Trzebiatowie przebudowanym ze średniowiecznego zamku. Dziś mieści się tam Trzebiatowski Ośrodek Kultury, biblioteka i Muzeum Regionalne, którego działalność została wznowiona około 20 lat temu przez dyrektorkę placówki Renatę Teresę Korek. 

Pogromca Napoleona

O ile Maria Czartoryska dusiła się w Trzebiatowie, o tyle wielkim miłośnikiem tego miasta był feldmarszałek, generał Gebhard Leberecht von Blücher, który mieszkał na terenie pałacu (miał wydzielone mieszkanie) i chciał, aby po śmierci pochowano go właśnie tutaj. Na  cmentarzu wiejskim w Wyszkowie, na który codziennie patrzył z okien swojego apartamentu. Jego woli nie spełniono, ponieważ uznano, że tak znacząca postać, jaką jest dowódca wojsk pruskich, nie może być pochowana na takim marnym, małym cmentarzyku gdzieś w Prusach. Ostatecznie jego ciało złożono w rodzinnym mauzoleum na Śląsku. Był on bowiem dowódcą i komendantem wojsk podczas wojny napoleońskiej.

- Generał ma na swoim koncie ogromne zwycięstwo. To on dowodził wojskami, które rozgromiły wojska Napoleona pod Waterloo. Żołnierze ponadto z pola bitewnego wrócili z oryginalnym łupem. Udało im się zdobyć prywatną karetę Bonapartego. Można więc domniemywać, że cesarz francuski został pozbawiony osobistych rzeczy - dodaje pan Sławek.

TrzebiatówTrzebiatów Piotr Wytrążek / shutterstock

Morderca stawia kamień pokutny

W Trzebiatowie w dzielnicy Wyszków można znaleźć rzadki zabytek - kamień pokutny. W ten sposób morderca prosił o wybaczenie za swoje czyny i modlitwę dla ofiary.  

- Na kamieniu wyryto krzyż wraz z napisem: "Jakub von Wachholz, Zmiłuj się Boże". Według podania w tym miejscu został zabity przez swojego parobka junkier o takim imieniu i nazwisku. Postawienie kamienia miało skłonić przechodniów do zmówienia modlitwy za zbawienie zabitego - tłumaczy historyk.

Epidemia też tutaj dotarła

- Miasto zmagało się również z epidemią. W kaplicy św. Jerzego mieścił się szpital dla osób trędowatych i innych chorych na choroby zakaźne. Było to miejsce wydzielone w mieście stawami św. Jerzego. Uważano, że chorych należy separować od zdrowych, a woda będzie dobrym sposobem, aby epidemia nie rozprzestrzeniała się dalej - zauważa Gaca.

Nad Bałtyk

Tak jak już wspominaliśmy, Trzebiatów jest oddalony o ok. 10 km od Mrzeżyna, które leży nad Morzem Bałtyckim. Entuzjaści aktywnego stylu życia mogą się tam udać na dwóch kółkach ścieżką rowerową, która została poprowadzona po dawnym nasypie kolejki wąskotorowej.

W Mrzeżynie na miłośników kąpieli słonecznych czekają czyste, szerokie plaże. Znajdziemy tu miejsca z pełną infrastrukturą, a także nieco bardziej naturalne. - Granicą jest kanał portowy. Po wschodniej stronie turyści mają do dyspozycji plażę strzeżoną, z licznymi barami, a po zachodniej znajdziemy plażę o lekko dzikim charakterze. Każdy więc może znaleźć coś dla siebie - mówi pan Sławek.

Poza tym atrakcją Mrzeżyna jest port. Można tu kupić świeżą rybę od rybaków. A jeśli nie chcemy na wakacjach zajmować się gotowaniem, po prostu zasiąść w jednej z licznych restauracji, skupionych wokół portu i rozkoszować się chwilami nad Bałtykiem.

Uważasz, że twoja miejscowość powinna znaleźć się w naszym cyklu i chcesz o niej opowiedzieć? A może znasz kogoś, kto chętnie podzieli się z nami opowieścią o miejscu, z którego pochodzi? Napisz do nas na adres podroze@agora.pl.

Poznaj też poprzednie odcinki naszego cyklu "Stąd jestem". Znajdziesz je tutaj >>