"Co mam pani powiedzieć, jeśli do końca marca nie ruszymy, to będzie plajta"

Przedsiębiorcy mówią "dość" i od morza po Tatry otwierają w Polsce hotele, restauracje i bary. Wspierają ich prawnicy, którzy twierdzą, że działania rządu są niezgodne z prawem. Prowadzący hotele i pensjonaty mówią: "Stoimy pod murem", "Nie mam nic do stracenia", "U Rydzyka nie ma wirusa? A u nas jest?".

Po przedłużeniu przez rząd kwarantanny narodowej przedsiębiorcy z branży hotelarskiej i gastronomicznej ogłosili bunt i zaczęli otwierać swoje biznesy. Najpierw ogłoszono "Góralskie Veto", potem powstała akcja #OtwieraMY. Stworzono nawet interaktywną mapę firm, które wyłamały się i wznowiły działalność. Minister rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin straszy, że zostanie im odebrane wsparcie w ramach tarcz finansowych. Sanepid może im wlepić mandat w kwocie nawet 30 tys. zł. Mimo tego jak grzyby po deszczu z dnia na dzień coraz więcej hoteli, pensjonatów i restauracji wywiesza na drzwiach swoich firm kartkę z napisem "otwarte".

Izba Gospodarcza Gastronomii Polskiej przedstawiła dane, z których wynika, że otworzyło się ponad 20 tys. restauracji. Minister Semeniuk w TVN24 podała informację, że 150-200 obiektów. Zdaniem Marka Łuczyńskiego, prezesa zarządu Polskiej Izby Hotelarzy, może ich być znacznie więcej.  

- Wiadomo, że różne organizacje przekazują różne dane. Jestem przekonany, że informacje, które podaje minister Semeniuk, to bardzo zaniżona liczba. Wiem, że w ostatnim tygodniu w samym Karpaczu otworzyło się ponad 60 podmiotów gospodarczych, a mówimy o niedużej miejscowości górskiej. Skala może być znacznie wyższa, bo otworzyło się wiele podmiotów w ukryciu - zauważa Marek Łuczyński. - W internecie pojawiły się mapy otwartych biznesów, to są ci najodważniejsi z odważnych. Wiem, że wiele firm nie chce się tym afiszować: "otworzyliśmy się, wiedzą o tym nasi goście". Może nawet sanepid przyszedł i ich sprawdził, natomiast nie jest to wszem i wobec rozpowiadane, bo boją się dalszych konsekwencji. Boją się nękania - stwierdza w rozmowie z Podróże Gazeta.pl prezes zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Zamknięta restauracja z powodu epidemii koronawirusaZamknięta restauracja z powodu epidemii koronawirusa Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta

Pracował na spełnienie marzeń 15 lat. Teraz wszystko może stracić

Jednym z takich "najodważniejszych z odważnych" jest czterdziestoletni przedsiębiorca Andrzej Jeziorowski, który od czterech lat prowadzi Baltic House w Podczelach w Kołobrzegu. Przez 15 lat ciężko razem z żoną pracował za granicą, żeby móc spełnić swoje marzenie i zbudować ośrodek wypoczynkowy. Teraz nie może znieść, gdy to, na co tak ciężko harował, tak szybko obraca się w perzynę.

- Co mam pani powiedzieć? Powiem prawdę. W ogóle się nie zamknąłem. Ani na chwilę nawet. Mówię o tym otwarcie. Nie dostałem żadnej tarczy, nie byłem zwolniony z ZUS-u. Nie chcę od państwa nic. Chcę tylko tego, żebym mógł normalnie funkcjonować, pracować i zarabiać, bo straty mamy potężne. 370 tys. zł w plecy - mówi rozżalony Jeziorowski.

- Z pierwszej tarczy mogłem dostać pięć tys. zł. Co ja mogłem zrobić z taką kwotą? Ogrzać ośrodek za pięć tys. zł? No chyba nie. Wodę zagrzać? Też nie. Dopłacić do pensji pracownikom? Też nie. Wynajem pokoi i mieszkań (nasze PKD), nie kwalifikuje się do żadnej tarczy - mówi przedsiębiorca.

Gwoździem do trumny dla trudnej sytuacji właściciela ośrodka było odwołanie Sunrise Festival, festiwalu muzyki elektronicznej, który odbywa się w połowie lipca. W Baltic House zatrzymywała się obsługa imprezy, a także goście festiwalowi. W tym roku wydarzenie zostało odwołane z powodu pandemii, a Jeziorowski tonie w długach.

- Festiwal nabijał mi klientów przez cały rok. A teraz? Co mam pani powiedzieć? Tragedia, gorzej niż tragedia. Musiałem zwolnić pięciu pracowników. Gdzie ja teraz znajdę tak dobrą, zgraną ekipę? - mówi pan Andrzej, który teraz razem z żoną musi zajmować się wszystkimi sprawami na terenie ośrodka.

Choć właściwie obowiązków wcale nie mają tak dużo, bo jak słyszę, zwykle o tej porze obłożenie było na poziomie 70 proc. Teraz w Baltic House jest na poziomie 10 proc.

- Co mam pani powiedzieć, jeśli w marcu nie ruszymy, to ogłaszamy plajtę. Nie mamy nawet na bieżące rachunki. Przy 10-procentowym obłożeniu to jest nierealne, żeby się utrzymać - słyszę od pana Andrzeja.

Protest przedsiębiorców #otwieraMYProtest przedsiębiorców #otwieraMY Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta

Zapasy się wyczerpały 

Janusz Zieliński, właściciel Przystani Gromadzyń w Ustrzykach Dolnych w Bieszczadach, również postanowił otworzyć swój pensjonat. 

- Miarka już się przebrała. Jesteśmy pod murem. Zapasy się wyczerpały. Żeby wybudować ten pensjonacik, wzięliśmy kredyt na 200 tys. zł. Musimy miesięcznie spłacać 2500 zł. Bank nie czeka. Pomoc w spłacie? To jest kit, jakich mało. Nie ma żadnych odroczeń, trzeba płacić i koniec. Nie przypływa nam gotówki. A oprócz tego mamy dwóch synów na studiach - mówi Zieliński.

- Nie mogliśmy skorzystać z żadnej tarczy, nie obejmuje nas. Musieliśmy więc otworzyć, żeby był jakiś przypływ pieniędzy. Otrzymaliśmy wsparcie z Kongresu Małych Przedsiębiorstw, którzy w razie ukarania będą nas reprezentować w sądzie. Wierzę, że wygramy, ponieważ wprowadzenie rozporządzeń jest niezgodne z konstytucją. To właśnie radcy prawni nas przekonali. Usłyszeliśmy, żeby otwierać, żeby się nie bać, bo działanie rządu jest bezprawne - mówi właściciel pensjonatu, w którym może zatrzymać się 25 osób. Jeśli rząd przedłuży kwarantannę narodową do połowy marca, to Zieliński swoje straty szacuje na kwotę 60 tys. zł.

Przestrzegać czy nie?

Czy rzeczywiście obostrzenia wprowadzane przez rząd są niezgodne z prawem? Czyżby radcy prawni namawiali do łamania prawa? Kto ma rację w tym sporze?

- Od samego początku, gdy zaczęły pojawiać się rozporządzenia wydawane przez Radę Ministrów, mówiłam głośno, że akt niższego rzędu, którym jest rozporządzenie, nie może zmieniać aktów wyższego rzędu, którymi są ustawy i Konstytucja RP - mówi Katarzyna Krauss, prawniczka, która wspiera otwierające się firmy i oferuje im 30 minut porady prawnej gratis. - W naszej ocenie, w ocenie prawników, najbardziej zgodne z prawem byłoby wprowadzenie stanu wyjątkowego. Pociąga to za sobą obowiązek wypłat odszkodowań przez Skarb Państwa wszystkim dotkniętym branżom. Rząd, naszym zdaniem, postanowił to zrobić prawą ręką do lewego ucha - wydał rozporządzenia, na mocy których postanowił zamknąć część przedsiębiorców, biznesów i nakazał za nieprzestrzeganie tych nakazów i zakazów - karać różnego rodzajami grzywnami, mandatami. Przedsiębiorcy zaczęli się więc buntować.

Co ciekawe, nawet gdy ktoś przyjmie mandat, czy to za brak maseczki, czy za otwarcie lokalu, nawet gdy obowiązuje kwarantanna, sądy administracyjne je uchylają.

- Sąd Administracyjny w Opolu uchylił mandat nałożony na fryzjera, który postanowił się zbuntować i otworzyć swój salon - dodaje Krauss. - Zaskarżył swój mandat i sąd administracyjny stanął po jego stronie. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydaje jeden po drugim orzeczenia, na mocy których uchylane są wszelkie mandaty, również te dotyczące nakazu noszenia maseczek. Wszelkiego rodzaju nakazy i obostrzenia zostały wydane niezgodnie z Konstytucją RP i innymi ustawami typu Prawo przedsiębiorców, które pozwalają na prowadzenie biznesów i pracę - mówi.

Andrzej Zieliński, właściciel Baltic House ma już niemal 400 tys. zł długu. Czy pójdzie do sądu i złoży pozew przeciwko Skarbowi Państwa, aby domagać się odszkodowania za poniesione straty?

- Trzeba mieć pieniądze na wpis sądowy. Kogo w dzisiejszych czasach na to stać? Ja nie znam takich osób - mówi.

- Myślę, że sądy będą podchodzić przychylnie do takich przedsiębiorców. Można starać się o zwolnienie od opłat sądowych i wtedy sąd przychyla się do takiego wniosku, bo stan, który teraz mamy, jest stanem dość wyjątkowym. Przedsiębiorcy nie z własnej winy nie zarabiają pieniędzy - mówi Krauss.

- Mam klientkę, która prowadzi gastronomię. Ma dwie restauracje. Jej dochody w tym roku spadły o 80 proc., musiała zwolnić 50 proc. personelu, a tym osobom, które zostały, płaci pensję w ratach. Prawie na bieżąco płaci media, ale czynszu już nie. To pokazuje skalę zniszczeń wśród przedsiębiorców. Coraz częściej słyszę, że ktoś popełnił samobójstwo, bo nie wytrzymał presji i obciążeń, które na nim spoczywają. Od mojego rehabilitanta usłyszałam, że sąsiad jego ciotki popełnił samobójstwo. Nie wytrzymał drugiego lockdownu. Pierwszy jakoś przetrwał, natomiast drugi już go załamał. Miał firmę, która zajmowała się transportem osób, miał kilka busów. Nie za bardzo miał kogo przewozić, więc nie wytrzymał.

Krauss dodaje: "Inna moja klientka, która była w Poroninie u rodziny, mówiła, że podczas jej dwutygodniowego pobytu trzy osoby popełniły samobójstwo. Niestety nie mam statystyk ani twardych danych, na które można by się powołać, ale coraz częściej dochodzą do mnie informacje o kolejnych przypadkach samobójstw. To się dzieje i będzie się dziać".

Informacje o narastającej fali załamań potwierdza Marek Łuczyński.

- Były pierwsze przypadki samobójstw. Jest duży problem z falą depresji i lęków. Ludzie nie wiedzą, na czym stoją. Siedzimy na beczce prochu i te dramaty ludzkie będą się dziać na naszych oczach. O wielu dramatach nie usłyszymy pewnie nigdy, bo one się nie przebiją do mediów ogólnopolskich. Zresztą na konferencji Polskiej Izby Hotelarzy, która odbyła się kilka dni temu, doktorzy, którzy wzięli w niej udział, mówili, że kondycja psychiczna Polaków jest coraz gorsza, jest dramatyczna. Dlaczego więc przy KPRM w radzie medycznej zasiadają tylko wirusolodzy, epidemiolodzy, a nie ma psychiatrów czy psychologów? Uważam, że to powinna być bardzo uniwersalna rada, że głos powinni zabierać eksperci specjalizujący się w psychiatrii i psychologii - zauważa prezes zarządu Polskiej Izby Hotelarzy.

Rząd głuchy czy przezorny? 

Mimo wszystko rząd jakby nie słuchał przedsiębiorców i zwykłych zjadaczy chleba. Z ostatniego badania przeprowadzonego dla "Rzeczpospolitej" przez firmę IBRiS wynika, że niemal połowa naszych rodaków (49,3 proc.) czeka z utęsknieniem na otwarcie hoteli i restauracji. Prof. Horban, główny doradca premiera RP, mówi: "Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy".

- Pamiętam, że prof. Horban tydzień temu w Polsacie na pytanie, kiedy zostaną otwarte hotele i restauracje, odesłał panią redaktor do wróżki. Mam nadzieję, że w radzie medycznej są medycy, a nie ezoterycy. Miałem nadzieję, że rząd i doradcy premiera bazują na polskich badaniach, ale rzecznik powiedział, że rząd czerpał wiedzę z "Nature" (jedno z czasopism naukowych), że nie mają polskich badań. To jest niepoważne, bo nie można amerykańskich danych przełożyć 1:1 na polskie warunki. Myślę, że to jest niestety wróżenie z fusów. Myślę, że to jest zachowanie nie fair - mówi Łuczyński.

Minister Gowin zaś straszy cofnięciem wsparcia w ramach tarczy finansowej. Sanepid wysoką karą.

- Rząd będzie stosował różne metody, żeby zastraszyć przedsiębiorców. Część z nich mówi, że nie ma to dla nich znaczenia, bo oni wolą zarabiać pieniądze, niż dostawać je ze Skarbu Państwa. Tym bardziej że kwoty nie są adekwatne do tego, co codziennie tracą. Wiele tych punktów już się nie odbuduje. Wielu miejsc już nie ma - słyszę od Katarzyny Krauss.

Wiele miejsc znika z naszych miastWiele miejsc znika z naszych miast David Tadevosian / shutterstock

"Nie negujemy wirusa"

Do otwierania biznesów zachęca m.in. Polska Izba Hotelarzy. - Jako organizacja, Polska Izba Hotelarzy, rozumiemy podmioty, które zdecydowały się na ten krok i postanowiły się otworzyć, bo są pod ścianą. Jest to osobista odpowiedzialność czy to hotelarza, czy restauratora. Jesteśmy za odpowiedzialnym otwarciem obiektów, żeby czy to hotel, czy pensjonat, czy restauracja, czy inny podmiot z branży HORECA respektowały procedury sanitarne - mówi.

- My nie negujemy wirusa. Opracowaliśmy bardzo dokładne procedury sanitarne pod nazwą Bezpieczna Gościnność Usługowa. Rząd jest w ich posiadaniu. Premier Mateusz Morawiecki mówił, że mają być tworzone procedury dla różnych branż, nie wiem po co, jeśli już są stworzone. Wystarczy sięgnąć po dokumenty, które już są udostępnione. Nie ma co tworzyć nowych reguł, jeżeli one już są. Mówimy więc: "Otwierajcie się, ale z zachowaniem reżimu sanitarnego" - zastrzega Marek Łuczyński.

Katarzyna Krauss radzi, aby zadbać o wsparcie osoby, która biegle operuje przepisami prawnymi.

- Jeśli chcemy otworzyć się, restaurację, hotel czy innego rodzaju miejsce, to zadbajmy o wsparcie prawnika, kogoś, kto zachowa chłodny osąd. Poza wsparciem merytorycznym jesteśmy też katalizatorem emocji.

Krauss dodaje: - Moje wspólniczki w Łodzi były obecne na otwarciu jednej z tamtejszych restauracji. Pojawił się sanepid w asyście policji. Wycofali się z nakładania kary za otwarcie, ale znaleźli jakieś drobiazgi i ukarali właściciela kwotą 500 zł. Zwykle w podobnych przypadkach powiedziałabym, żeby nie przyjmować mandatu, ale w tej sytuacji samo skarżenie mandatu byłoby o wiele bardziej kosztowne. Trzeba coś wyważyć. W momencie, kiedy zostanie nałożony mandat w wysokości 30 tys. zł, to rzeczywiście trzeba się zastanowić, czy go płacić. Po pierwsze teraz już nikt takich pieniędzy nie ma, bo oszczędności się skończyły, a po drugie takie mandaty są uchylane przez Wojewódzkie Sądy Administracyjne. Nagminnie. Nie ma dnia, żeby WSA nie uchylił takiego mandatu.

Bezpieczeństwo musi być

- Wiem, że niektórzy uważają, że rozporządzenia nakazujące nam noszenie maseczek są też niezgodne z prawem, ja się z tym zgadzam, ale jeżeli chcemy zachować ostrożność, to nośmy maseczki, miejmy płyn na wejściu do restauracji czy innego pomieszczenia, trzymajmy odstęp co drugi stolik, żeby wszyscy czuli się bezpiecznie, a jednocześnie, żeby nikt nam nie zarzucił, że nie przestrzegamy reżimów sanitarnych. Odejmujemy wtedy argumenty sanepidowi i policji, że narażamy kogoś na utratę zdrowia - radzi prawniczka.

Czy hotelarze przestrzegają zasad epidemicznych? - Zakupiliśmy ozonator do dezynfekcji pomieszczeń. Gdy gość wyprowadza się z pokoju, natychmiast wkraczamy z ozonatorem powietrza, wszystko dezynfekujemy, po czym apartament stoi cztery-pięć dni pusty - zapewnia pan Andrzej.

- W naszym obiekcie zachowane są wszelkie reżimy sanitarne. Pomieszczenia są ozonowane, nosimy maseczki, obowiązkowa jest dezynfekcja rąk. Nie dość, że wcześniej byliśmy stratni, bo nie mogliśmy wynajmować wszystkich pomieszczeń, to musieliśmy jeszcze zakupić ozonator, żeby zapewnić reżim sanitarny. Zainwestowaliśmy więc pieniądze w odpowiedni sprzęt i zostaliśmy wystrychnięci na dudka - mówi Zieliński.

- Co ja mam pani powiedzieć? U Rydzyka wirusa nie ma, a u nas jest. Jego sanepid nie nęka, a nas nęka. To jest najciekawsze - mówi Jeziorowski.