Bawią się na koncertach, kiedy inni tkwią w lockdownie. "Wszyscy znajomi mówią: nie wracajcie"

Tłum ludzi bez maseczek, tłoczących się pod sceną, imprezujących ze znajomymi - to nie opis nielegalnego zgromadzenia, który rozpędziła u nas policja, tylko aktualny obrazek z Nowej Zelandii. Kiedy Europa ugina się pod presją koronawirusa, Nowozelandczycy nie zarażają się już COVID-19, a życie toczy się u nich prawie jak przed pandemią. Pojawiają się jednak ostrzeżenia, że ten stan może nie potrwać długo.

Dla tych, którzy chętnie spakowaliby walizkę i wyjechali teraz do Nowej Zelandii, mam złą wiadomość - kraj nie wpuszcza cudzoziemców. Jeśli jesteście obywatelami, możecie wrócić, ale musicie odbyć izolację w specjalnie przygotowanym do tego ośrodku. Dodatkowo wprowadzono wymóg przedstawienia negatywnego wyniku testu na COVID-19 jeszcze przed odlotem.

"Wyzerowali" COVID i żyją normalnie

Nowa Zelanda zamknęła granice w marcu 2020 roku, wprowadzono ścisły lockdown. Liczący niecałe 5 mln mieszkańców kraj "wyzerował" lokalne zakażenia koronawirusem. Później COVID na krótko wrócił, ale od 18 listopada znów nie odnotowano lokalnych transmisji. Obecnie wszystkie notowane w kraju przypadki to osoby powracające, umieszczone w centrach izolacji. Przykładowo 20 stycznia (środa) Ministerstwo Zdrowia podało informację o 6 przypadkach odnotowanych od poprzedniego komunikatu (czyli od poniedziałku).

20 tys. osób na koncercie

Nowozelandczycy tłumnie witali 2021 rok na imprezach świeżym powietrzu, co widać na głównym zdjęciu w tym artykule. 16 stycznia odbył się zaś koncert, który zelektryzował media na całym świecie.

"Nowozelandczycy bawili się na największym koncercie od czasów wybuchu pandemii, podczas gdy Brytyjczycy tkwią w lockdownie" - pisało brytyjskie "Metro".

"20 tys. osób na koncercie w Waitangi. Dwa miesiące bez lokalnych transmisji COVID w Nowej Zelandii" - donosił "Newsweek".

"Czy tego lata będziemy mieć koncerty?" - pytała "Chicago Tribune".

Artykuły były okraszone zdjęciami, przypominającymi czytelnikom klimat muzycznych festiwali, na których obecnie nie mogą się bawić.

- To, że możemy się gromadzić, podczas gdy reszta świata nie ma takiej możliwości, pozwala nam docenić, jak dobrze nasz kraj poradził sobie z COVID i jakie mamy szczęście - mówił przed koncertem Matiu Walters, wokalista zespołu Six60, cytowany przez "The Nortern Advocate". To właśnie te lokalne gwiazdy na swoim koncercie zgromadziły takie tłumy. Trasę koncertową zamierzają teraz kontynuować.

"To jakby oglądać horror"

"The Guardian" opisywał niedawno historie turystów, którzy utknęli w Nowej Zelandii podczas pierwszej fali pandemii i zdecydowali się tam zostać. Efrain Vega de Varona i Igrid Rivera sprzedali swój dom i samochody w Los Angeles, a 2020 rok spędzili, podróżując po Nowej Zelandii i pracując zdalnie.

Eric Denman i Michelle Paulson zdecydowali się nie wracać do San Francisco. Kobieta jest w grupie ryzyka. Wynajęli dom w Auckland, pracują i mają nadzieję, że będą mogli zostać na stałe. Z bólem oglądają doniesienia z USA, ale jak mówią, życie codzienne przypomina im, że "to nie musi tak wyglądać".

"Wszyscy znajomi w USA mówią nam: nie wracajcie" - stwierdza z kolei Nicole Gustas, która też przedłużyła swój pobyt w Nowej Zelandii. Jak spędzała czas na miejscu? Kino, obiad, winiarnia, plaża - wyliczała. "Oglądanie reszty świata było jak oglądanie horroru, kiedy krzyczysz "Nie wchodź tam!" - opisywała w rozmowie z "The Guardian".

"Izolacja dziurawa jak sito"

Ale niech obrazki z Nowej Zelandii nie przysłonią problemów, z jakimi zmagają się mieszkańcy. - Myślę, że Nowozelandczycy desperacko potrzebują przerwy - mówiła w grudniu premier Jacinda Arden, zapowiadając, że jeśli nic się nie zmieni, od marca możliwe będzie podróżowanie w bańce turystycznej - między Australią a Nową Zelandią. W tym przypadku nie będzie obowiązkowej kwarantanny. Wszystko zależy jednak od tego, czy także Australii uda się trwale opanować wirusa.

Przed ponownym wybuchem epidemii w Nowej Zelandii ostrzegają też artykuły w lokalnych mediach. Ministerstwo Zdrowia właśnie potwierdziło, że wśród wykrytych w centrach izolacji przypadków, były bardziej zakaźne warianty wirusa z Wielkiej Brytanii i Południowej Afryki. Jeśli zasady izolacji powracających do kraju nie będą szczelne, wirus może zacząć się nieść.

"Izolacja dziurawa jak sito" - alarmował w czwartek portal "Stuff", cytując mikrobiologa Duncana McMillana, który po powrocie do kraju w listopadzie został skierowany do izolacji. Naukowiec miał wiele zastrzeżeń, które opisał w liście do władz.

"Nie przyjechałem tam robić audyt, ale kiedy zostaliśmy stłoczeniu w autobusie, z pogwałceniem zasad dystansu społecznego, a w moim pokoju znalazłem włosy i zużyty karton po mleku, postanowiłem to zgłosić" - napisał. Zarzucał też, że w ośrodku nie zachowywano procedur bezpieczeństwa - według jego relacji nowi pensjonariusze mieli kontakt z tymi, którzy już kończyli izolację, a pielęgniarki wykonujące przybyłym testy na COVID nie miały masek dających najwyższą ochronę.

Minister ds. COVID zapewnił, że od listopada wiele się zmieniło i że sytuacja w ośrodkach jest monitorowana, a on nie ma większych zastrzeżeń. Odrzucił też postulowane niedawno przez jednego z ekspertów pomysły wprowadzenia 5-dniowej kwarantanny przed podróżą do Nowej Zelandii oraz przeniesienia placówek izolacji poza Auckland.

"Rok szczepionek"

Rok 2021 ma być w Nowej Zelandii "rokiem szczepionek". Kraj szykuje masową akcję szczepień (przeszkoli w tym celu dodatkowych pracowników), a także kampanie informacyjne. Jeśli nie będzie lokalnych transmisji, szczepiona będzie straż graniczna i pracownicy obsługujący podróżnych, jeśli zaś wirus zacznie się przenosić lokalnie - pierwszeństwo mają mieć seniorzy - podało nowozelandzkie radio.

Nowozelandzcy biskupi katoliccy już zaapelowali do wiernych. Stwierdzili, że szczepienie jest "moralnym obowiązkiem".

Zobacz wideo Co znajduje się w szczepionce na koronawirusa? Wyjaśniamy