Polski himalaista o K2. "W namiocie miałem minus 40 stopni. Spałem głową w dół, z nogami w górze"

Jaka jest atmosfera między wspinaczami pod K2? Jest rywalizacja czy współpraca? Jak wyglądał sylwester w obozie pierwszym? Opowiada nam Waldemar "Waldi" Kowalewski, który z powodów zdrowotnych musiał zrezygnować z dalszej wspinaczki. "Stwierdziłem, że nie mam wyboru - jeśli nie chcę umrzeć, trzeba zrezygnować. Decyzja była dla mnie bardzo trudna, tłumaczyłem sobie jednak, że na K2 nie ma miejsca dla tych, którym coś dolega".

"Najważniejsza jest droga. Oczywiście sukcesy są ważne, ale nie występują zawsze, czasem pojawiają się porażki. (...) To normalne, że czasem coś nie wychodzi" - tak napisał na swoim Facebooku Waldemar Kowalewski, himalaista, który ma na koncie pięć ośmiotysięczników, w tym zdobyte latem 2019 roku K2. Z próbą zimowego wejścia na drugą górę świata Waldiemu się nie powiodło - musiał przerwać wyprawę ze względów zdrowotnych i właśnie wrócił do Polski.

***

Monika Witkowska, Podróże Gazeta.pl: Przyznam, że zmroziło mnie, gdy w twoim satelitarnym SMS-ie, nadanym z bazy pod K2, przeczytałam: "Heli przylecą i do domku, a raczej do szpitala". Wiele osób ci w Polsce kibicowało, zwłaszcza że ambitnie zacząłeś. Niestety, zabrakło szczęścia…

Waldemar Kowalewski: Przeholowałem z ciężarem plecaka. Po prostu za dużo w niego wpakowałem. Niosłem ze sobą dwa namioty, cały sprzęt kuchenny, śpiwór, no i jedzenie, bo planowałem w górze spędzić trzy dni. I jeszcze miałem linę. Szerpowie, gdy mnie mijali, to patrzyli na mój wypakowany plecak, a jak się zatrzymałem na herbatę, to go nawet podnosili i mówili, że jest cięższy niż ich (ich ważyły po 18 kg, mój miał 21 kg, a trzeba wziąć pod uwagę, że na wysokości ma to inny wymiar niż w niższych górach).

Uznałem że dam radę, bo czułem się doskonale - wcześniejsza aklimatyzacja na wulkanach Ekwadoru zrobiła swoje. Oczywiście po dotarciu do jedynki czułem się zmęczony, ale nadal miałem moc i następnego dnia chciałem iść dalej. Niestety, rano, akurat w Nowy Rok, wyczułem w pachwinie tę przeklętą przepuklinę. Taką wystającą "mandarynkę". Przestraszyłem się, a po konsultacjach przez komunikator satelitarny z moim bratem, który jest chirurgiem, stwierdziłem, że nie mam wyboru - jeśli nie chcę umrzeć, trzeba zrezygnować. Decyzja była dla mnie bardzo trudna, tłumaczyłem sobie jednak, że na K2 nie ma miejsca dla tych, którym coś dolega. Najważniejsze, że przynajmniej zszedłem o własnych siłach, a mogło być zupełnie inaczej. Dalej, z bazy, zabrał mnie już helikopter, wróciłem do kraju i czekam na operację.

embed

fot. archiwum Waldemara Kowalewskiego

Na swoim Facebooku napisałeś, że niczego nie żałujesz, ale przecież taka wyprawa to mnóstwo pracy, treningi, koszty i jeszcze nieprzeliczalne na pieniądze emocje. Nie żal ci tego?

Zgadza się, niczego nie żałuję. To znaczy żałuję tego, że ciało się chwilowo "zepsuło", ale tak to jest ze zdrowiem. Na tego typu wyprawach, przekraczając swoje granice, musimy zakładać, że wszystkiego nie przewidzimy, także tego, co się stanie z naszym ciałem. Zyskałem kolejne doświadczenie w moim życiu i wiem, że na pewno zaprocentuje ono na kolejnych wyprawach.

Na szczycie Mount EverestPolski himalaista wyruszy w zimową wyprawę na K2. "Nigdy tak się nie bałem, jak teraz"

Dokąd doszedłeś?

Z bazy na 5000 m ruszyłem od razu do jedynki (6100 m). Zajęło mi to dziewięć i pół godziny wspinania. Wiatr był najpierw tylko momentami, jednak potem, o zachodzie słońca, zerwał się taki naprawdę duży i zaczęły lecieć utrudniające wspinanie pyłówki. Do jedynki dochodziłem już przy czołówce [chodzi o latarkę - przyp. autorki]. A następnego dnia był Nowy Rok i pojawiła się ta przeklęta przepuklina.

Skoro wspomniałeś o Nowym Roku, to powiedz, jak ci minął sylwester?

W namiocie na 6100 m było mało przyjemnie - zimno i wietrznie. We wnętrzu namiotu miałem minus 40 stopni. Spałem głową w dół, z nogami w górze, czyli niezbyt komfortowo. Jeszcze wieczorem byłem pełen nadziei, że następnego dnia wyjdę wyżej, dołowałem się jedynie topieniem wody, bo z tym szło kiepsko, a ja potrzebuję dużo wypić, tak cztery i pół litra na dobę [picie dużej ilości płynów, nie tyle z chęci, co z rozsądku, narzuca proces aklimatyzacji - przyp. autorki]. Tyle że w dwie godziny wytopiłem ze śniegu raptem litr! Problemem był gaz, który po 30 minutach zamarzał - miałem dwa gazowe kartusze, które trzymałem w śpiworze i wyciągałem na zmianę, ale i tak było ciężko.

embed

fot. archiwum Waldemara Kowalewskiego

Spędzałeś tego sylwestra sam, czy miałeś jakieś towarzystwo?

Godzinę-dwie po mnie do jedynki doszli Magda Gorzkowska z Oswaldem Pereirą i ze swoimi Szerpami. Jeden z Szerpów od nich zapytał: "Waldi, może ja do ciebie przyjdę, bo u nas w czwórkę ciasno", więc powiedziałem: "Pewnie, że tak, wskakuj!". No i spał u mnie w namiocie. A przy okazji, co do Oswalda, który jest na wyprawie w roli filmowca Magdy... Może i nie ma doświadczenia z dużymi wysokościami, bo z tego, co mówił, to chyba 6700 m najwyżej zrobił, ale to bardzo mocny zawodnik!

embed

fot. archiwum Waldemara Kowalewskiego

Na swoich wyprawach powyżej bazy działasz zupełnie samodzielnie. Nie korzystasz z pomocy Szerpów, masz swoje jedzenie i namioty... Zdradzę czytelnikom, że w sylwestrową noc skorzystałeś z namiotu słynnego Nimsa, czyli Nirmala Purji, który w 2019 roku w ciągu zaledwie sześciu miesięcy i sześciu dni zdobył wszystkie 14 ośmiotysięczników!

Tak było. Z Nimsem się znam, bo dwa lata temu byliśmy razem na letnim K2 [obaj wspinacze szczyt wówczas zdobyli - przyp. autorki]. Teraz, wychodząc na wyjście aklimatyzacyjne, domówiłem się z Nimsem, że w jedynce ja skorzystam z jego namiotu, który był już rozbity, a jeden z tych moich rozbiję w obozie drugim i z kolei będzie także do dyspozycji Nimsa. Drugi ze swoich namiotów miałem zostawić u góry, w depozycie, żeby potem go rozbić w obozie trzecim, na wysokości 7400 m.

Miałeś na tej wyprawie pomagać Szerpom w poręczowaniu. Tylko, że jeszcze kiedy byłeś na trekkingu do bazy, media donosiły, że poręczówki są już do wysokości 7000 metrów założone...

Nie, to nie była prawda, przekazy medialne były nieprecyzyjne. Nie chodzi o to, że były to fake newsy, to raczej niedopowiedzenia po tym, gdy ktoś puszczał do mediów informację, że Szerpowie idą zaporęczować jakiś odcinek, ale że pogoda na to nie pozwoliła, nikt już nie dementował. Kiedy ja wystartowałem do góry, Komin House'a [trudniejszy technicznie, około 100 m odcinek na wysokości 6600 m - przyp. autorki] wciąż nie był zaporęczowany. Podobnie media mówiły, że ktoś tam spał w dwójce, a tymczasem była to tzw. niska dwójka, bo w tej prawdziwej, na 6700 m, czyli powyżej Komina House'a, nikogo wtedy jeszcze nie było. Swoją drogą, umawiając się z Szerpami na mój udział w poręczowaniu, nie kryłem, że moim marzeniem było poręczowanie właśnie Komina House'a. Bardzo na to liczyłem, nawet linę ze sobą miałem i wszystko, co jest potrzebne do poręczowania.

Byłeś już zimą pod K2, dwa lata temu, kiedy działała tam polska wyprawa narodowa, choć akurat ty należałeś wtedy do ekipy Alexa Txikona. Kiedy było zimniej - teraz czy wtedy?

Teraz! Weźmy pod uwagę bazę - teraz miałem w namiocie przez trzy noce z rzędu temperaturę -37 stopni, -37,5, nawet raz -39. Z kolei moje zapiski sprzed dwóch lat wskazują, że było między -22 a -24.

Zobacz wideo Śmigłowcem oparł się o górę. Widowiskowa akcja w Alpach

Na wyprawę jechałeś sam, w znaczeniu, że bez swojego zespołu, choć sporo osób już znałeś z poprzednich wypraw, zwłaszcza z grona Szerpów. Zawarłeś teraz jakieś nowe znajomości?

Bardzo się polubiliśmy z Chilijczykiem Juanem Pablo Mohr Prieto - to świetny wspinacz i wspaniały kumpel. Miłą, sympatyczną dziewczyną okazała się Tamara Lunger, no i fajnym gościem jest też Hiszpan Sergi Mingote. Aaa, i jeszcze przez pewien czas był z nami w bazie Amerykanin, który jak się okazało, jest profesjonalnym piosenkarzem. Dawał nam koncerty na żywo, nawet próbowałem z nim rapować. Teraz syn puścił mi w internecie jeden z jego utworów, który jak się okazało ma 1,5 mld wyświetleń! Ale on nie jest wspinaczem, przyszedł tylko na trekking do bazy, szukać w górach weny.

A jak układy z Nimsem? W kręgach himalajskich to sława z najwyższej półki!

Do obozu Nimsa chodziłem często, bo bardzo się lubiłem i z nim, i z jego ludźmi. A raz miałem taką sytuację... Zaprosił mnie Nims na obiad i mówi: "Wiesz Waldi, obserwowałem cię już na letnim K2 i teraz robisz to samo...". No to pytam, co ma na myśli, a on: "Bo ty zawsze wspinasz się, mając na każdej dłoni zupełnie inne rękawice!". Oczywiście zdradziłem mu swój "sekret", czyli to, że na jednej dłoni mam łapawicę z trójpalczastą wkładką, a na drugiej dwie rękawice pięciopalczaste plus taką ultralekką, snowboardową, jednopalczastą "nakładkę", którą mogę łatwo zdejmować i wkładać, co ułatwia operowanie sprzętem. I potem, gdy już czekałem na helikopter, który miał mnie ewakuować, Nims poprosił mnie, abym pożyczył mu cały ten komplet. Teraz patrzę na Instagramie i widzę, że jak wczoraj wyszedł to góry, to już w tych w moich patentach!

Jaka jest atmosfera w bazie? Widziałam w relacjach Sergia, że nawet zbiorowo jogę ćwiczyliście!

Atmosfera jest jak najbardziej pozytywna! Nie ma żadnych spięć, wspinacze z różnych ekip wzajemnie się odwiedzają, grają ze sobą w karty, rozmawiają. Miejscem integrującym jest oczywiście mesa, u nas, czyli w obozie Seven Summit Treks, ogrzewana piecykiem na naftę. Raz mieliśmy przez tą naftę prawdziwy pożar - piec wybuchł i powstał wysoki na dwa metry słup ognia! Na szczęście nikomu się nic nie stało, bo zdążyliśmy wyskoczyć, tylko namiot pod sufitem był osmalony.

embed

fot. archiwum Waldemara Kowalewskiego

Wiadomo, każdy chciałby być na szczycie pierwszy... Gdy obserwujesz tych najbardziej poważnych kandydatów do tego wyczynu, co według ciebie cechuje ich bardziej - współpraca czy rywalizacja?

Coś takiego jak niezdrowa rywalizacja tam nie istnieje. A co do współpracy, to nawet nie ma wyboru - musi być, zwłaszcza przy poręczowaniu. Wiadomo, trzeba do tego i dużo lin, i dużo siły, a jeśli do Komina House'a poręczowały zespoły Alego Sadpary i Nimsa, to teraz jest oczywista kolej na Seven Summit Treks, agencję, która ma tam największą ekipę. No i wiadomo, im wyżej, tym ciężej - zaporęczować 500 metrów do jedynki i tyle samo do trójki to zupełnie inne nakłady pracy. Teraz, po tym jak zwiało sprzęt z górnych obozów [dotyczy głównie ekipy Nimsa - przyp. autorki], wypadałoby też dzielić się między ekipami namiotami. Można zrobić rotację wychodzących ekip i mieć przy tym nadzieję, że wszyscy wykażą się kulturą i np. ktoś nie zużyje czyjegoś gazu albo jedzenia.

Jak myślisz, kto wejdzie na szczyt?

Myślę, że... nikt.

Ostro! No ale jeśli ktoś jednak miałby szansę, to kogo byś obstawił?

Jeśli mówimy o wejściu bez wspomagania się butlą, to moim zdaniem jedyną osobą, która mogłaby to zrobić, jest Juan Pablo. A z tlenem, to szansę ma więcej osób - przede wszystkim Nims, no i Szerpowie. Co do Nimsa, jest bardziej gotowy na atak szczytowy niż inni, bo jest pod tą górą dłużej niż inni, co oznacza lepszą aklimatyzację. Choć tak właściwie to nawet nie chodzi o czas, większe znaczenie mają dobrze wykorzystane okna pogodowe.

Na koniec zdradź jeszcze plany na przyszłość...

W połowie marca zaczynam wyprawę na Annapurnę, po której chciałbym przeskoczyć na Kanczendzongę. Potem razem ze znajomym wspinaczem z Iranu chcemy wybrać się na Nangę Parbat, a następnie podziałać na Gasherbrumach. Nie zamierzam na żadnej z tych gór korzystać z pomocy Szerpy, nie chcę też wspomagać się tlenem. Ale to plany, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Plany są od tego, żeby je realizować. Powodzenia Waldi!

Więcej o: