Polski himalaista wyruszy w zimową wyprawę na K2. "Nigdy tak się nie bałem, jak teraz"

"Crazy Waldi" (ang. "Szalony Waldi") - tak o nim mówią w himalajskim światku. Bo Waldi, czyli Waldemar Kowalewski, 46-letni mieszkaniec Szczecina, na wyprawach w najwyższe góry faktycznie się wyróżnia. Choćby i tym, że chyba nie ma warunków, w których nie miałby ochoty iść w góry. Owszem, czasami działa dość brawurowo, ale w zdobywaniu szczytów jest jednak skuteczny. Radzi sobie w ekstremalnych sytuacjach, przy czym, fakt - ma sporo szczęścia. A gdy komuś potrzebna jest pomoc, można na niego liczyć.

Waldiego poznałam w 2017 roku w Karakorum, na wyprawie na Broad Peak (8051 m), który zdobył mimo takich "drobiazgów", jak niezdatne do użytku buty (to, jak sobie poradził, to temat na odrębny artykuł). Zaimponował mi wtedy nie tylko swoją determinacją w akcji górskiej, lecz także umiejętnością szybkiej integracji z resztą międzynarodowej ekipy i chęcią dzielenia się wszystkim, co miał - od sprzętu po przywiezione ze sobą jedzenie. Jak na razie Waldemar Kowalewski ma na koncie pięć zdobytych ośmiotysięczników - K2, Everest, Lhotse, Manaslu i Broad Peak, przy czym na dwóch ostatnich bez wspomagania się tlenem z butli. Mimo swoich sporych osiągnięć, Waldi w Polsce pozostaje niemal nieznany. W najbliższym czasie, w grudniu, Kowalewski jako jedyny Polak dołączy do międzynarodowej ekipy, której celem będzie pierwsze zimowe wejście na K2 (8611 m).

Zobacz wideo Śmigłowcem oparł się o górę. Widowiskowa akcja w Alpach

***

Monika Witkowska: K2 już zdobyłeś, latem 2019 roku. Wytłumacz, co ciągnie cię na tę górę zimą?

Waldemar Kowalewski: Szczerze mówiąc od czterech lat z tyłu głowy mam wcale nie zimowe K2, tylko Gaszerbruma II [kolejny pakistański ośmiotysięcznik - przyp. aut.]. Oczywiście K2 też chciałem zdobyć, ale najpierw miała być "G-dwójka". Niestety, przez te lata nigdy nie udało mi się uzbierać ekipy. Raz już była nas trójka, wszyscy z dużym doświadczeniem na ośmiu tysiącach, ale i tak było nas zbyt mało - chciałem, żeby to było sześć osób. Gdy okazało się, że teraz akurat jest ekipa na K2, to zmieniłem plany.

Organizatorem tej wyprawy jest nepalska agencja Seven Summit Treks, ta sama, z której usług w ubiegłym roku podczas wyprawy na Lhotse korzystała nasza wyprawa narodowa. Kto jeszcze, oprócz ciebie, będzie w ekipie?

Jako lider jedzie bardzo doświadczony na ośmiotysięcznikach Dawa Sherpa, Nepalczyk [w 2013 roku Dawa został najmłodszym na świecie zdobywcą Korony Himalajów i Karakorum - przyp. aut.]. W składzie jest chyba 10 wspinaczy z różnych krajów, którzy będą próbować zdobywać szczyt z pomocą Szerpów i wspomagając się tlenem, plus nasza trójka, która wspina się bardziej sportowo, bez butli, czyli Hiszpan Sergi Mingote, Włoszka Tamara Lunger i ja. Co do Szerpów, którzy tam będą, to większość z nich znam z innych wypraw, jak np. Tembę Sherpę, który jest szefem ekipy poręczującej. Dla mnie Szerpowie to najlepsi "kozacy" na świecie, bardzo ich cenię!

Którą drogą zamierzacie się wspinać i czy w razie czego bierzecie pod uwagę zmianę wariantu?

Idziemy Żebrem Abruzzi [to ta sama droga, na którą zdecydowała się polska wyprawa narodowa podczas wyprawy na K2 trzy lata temu - przyp. aut.] i żadnych zmian nie zakładamy. Jeśli coś się z tą drogą wydarzy, to odpuścimy. Naszym marzeniem jest, żeby w ogóle doszło do ataku szczytowego, bo na K2 zimą jeszcze nigdy go nie było.

Byłeś na wielu wyprawach, nie raz zdarzały ci się mocno ryzykowne sytuacje, byłeś też świadkiem różnych górskich tragedii. Nie wierzę, że się nie boisz...

Boję się, mam świadomość, że mogę zginąć. Mało tego - mogę przyznać, że nigdy tak się nie bałem, jak teraz. Zawsze do tej pory swoje szanse przeżycia na wyprawach na ośmiotysięczniki szacowałem dosyć wysoko - uważałem że mam 95 proc. szans na przeżycie, a owe 5 proc. przeznaczałem na błąd ludzki albo pech, taki jak np. spadający kamień. Teraz uważam, że szanse przeżycia spadają do 70-75 proc., a to już duża różnica. Na wszelki wypadek staram się dopiąć różne tematy, żeby było okej... Z drugiej strony zawsze stresuję się przed wylotem, zawsze się boję, bo wiadomo - chciałbym jeszcze pożyć. Jednak wiem, że strach minie, jak wsiądę do samolotu, bo zawsze tak jest, a na trekkingu do bazy to już w ogóle o nim zapomnę.

Co na to twoja rodzina?

To trudny temat. Przy takich decyzjach wszystko jest źle, bliscy uważają, że to poroniony pomysł. Może mają po części rację... Nie da się pogodzić szczęśliwego życia w rodzinie i tego typu planów.

Będziesz uczestniczył w poręczowaniu drogi na szczyt. Normalnie to zadanie Szerpów. Sam chciałeś, czy Nepalczycy cię do tego zobligowali?

Trochę chodzi tu o finanse, bo dzięki temu, że będę pracował z Szerpami, zapłacę mniej za wyprawę. Przez pewien czas z kosztami moich wypraw w agencji Seven Summit Treks było tak, że miałem duże zniżki z racji tego, że mieli w pamięci akcję ratunkową, którą prowadziłem z Tashim, jednym z braci prowadzących agencję, i Mariuszem Małkowskim, polskim wspinaczem. W 2015 roku w wyniku trzęsienia ziemi na bazę pod Everestem spadła kamienna lawina. Wyciągnąłem wtedy piątkę ludzi, z których dwoje czy troje przeżyło. Wprawdzie niedawno Nepalczycy powiedzieli, że dług wdzięczności już się wyczerpał, niemniej wciąż mogę liczyć na ich wyprawach na preferencyjne traktowanie. Tylko że ja, niezależnie od tego, ile zapłacę, chcę też dać jakiś wkład od siebie. Były wyprawy, na których wynosiłem liny albo pomagałem w poręczowaniu, a teraz już sam jestem odpowiedzialny za oporęczowanie konkretnego odcinka.

embed

Na szczycie Manaslu fot. archiwum Waldemara Kowalewskiego

Wiesz już, który to będzie?

Na pewno 100 metrów w drodze do dwójki [obóz II - przyp. aut.] i kolejne 100 metrów już w tzw. Strefie Śmierci, gdzieś w okolicach "Butelki" [chodzi o żleb rozpoczynający się na wysokości ok. 8200 m, którego dokładna nazwa to "Szyjka Butelki" - przyp. aut.]. Szczegóły ustali się w trakcie, wiadomo tylko, że ma to być w sumie 200 m, co stanowi 5 proc. całości, jako że założonych będzie ok. 4 km poręczówek.

Te 200 metrów liny bierzesz swoje, z Polski, czy Nepalczycy ją zapewniają?

Linę będę miał swoją, bo to jednak spora różnica w wadze. Szerpowie do poręczowania ośmiotysięczników używają lin wyprodukowanych w Korei Południowej, ale 200 metrów "koreanki" waży 7,8 kg, a jak się doda do tego sprzęt, namiot, śpiwór i jedzenie, co także muszę wnieść, to taki ciężar już nieźle wgniata. Te moje 200 m to waga 5,4 kg, czyli jest różnica. Na takich wysokościach, gdy jeszcze działa się bez dodatkowego tlenu, noszenie ciężarów to prawdziwy koszmar.

W jednej z rozmów wspomniałeś, że idziesz na K2 solo, ale zakładam, że to trochę skrót myślowy. Bo owszem, jedziesz na wyprawę sam, bez swojego towarzystwa, nie masz swojego Szerpy, sam sobie wszystko wnosisz i sam decydujesz o tzw. akcji górskiej, ale rozumiem, że bierzesz pod uwagę połączenie sił, tak żeby wspinać się przynajmniej w zespole dwójkowym?

No pewnie! Jasne, że chciałbym iść na linie z innymi. Tyle że dwójka nic akurat nie da, bo na przykład pomiędzy C3 a C4 [chodzi o obozy: trzeci i czwarty - przyp. aut.] nie jest jakoś trudno, ale to już jednak Strefa Śmierci i są szczeliny, więc łatwo tam zginąć. Sam rok temu wpadłem tam w szczelinę, bardzo nieprzyjemną, ale tylko po biodra, więc nic mi się nie stało. Choć jak w nią spojrzałem, to taka lufa, końca nie było...

Mimo szczelin tego odcinka poręczować nie będziemy, bo jest zbyt łatwy technicznie. W każdym razie zespół dwuosobowy nie jest tam zbytnio przydatny, bo żaden partner cię na tej wysokości nie wyciągnie, choćby był Schwarzeneggerem, bo po prostu nie ma się siły. Gdybym szedł we dwójkę, nawet bym się liną nie wiązał - osoba, która by szła na szpicy, wpadając w szczelinę ściągnie i mnie, a jak ja wpadnę, to wciągnę i zabiję partnera. Minimum to trzy osoby, a najlepiej cztery. Na tej wyprawie pewnie będzie jak zawsze i jak też było na moim letnim K2 - zacznę działania możliwie najszybciej, jak tylko się da i będę miał power, sam założę jedynkę i dwójkę [obóz pierwszy i drugi - przyp. aut.] - mam już nawet upatrzone miejsca pod namiot! No a potem już w gronie ekipy będziemy się między sobą dogrywać w zespoły, zobaczymy, jak się dopasujemy kondycyjnie i między kim zagra chemia.

Latem zdobyłeś K2, wspomagając się dodatkowym tlenem, teraz będziesz wchodził bez. Czy rozważasz po drodze możliwość zmiany decyzji?

Jak na razie najwyżej bez tlenu byłem na wysokości 8350 m, podczas zdobywania K2 właśnie. Znam siebie, wiem, że jeśli będę miał ze sobą tlen medyczny [awaryjna butla na wypadek zagrożenia życia - przyp. aut.], to żebym nie wiem jak sobie obiecywał, że go nie tknę, to go użyję. Żeby do tego nie doszło, zamierzam zostawić swoją medyczną butelkę na wysokości 8020 m, na tak zwanym Ramieniu. Na zasadzie, że jeśli wyżej będzie naprawdę źle, to zawrócę i po dojściu do butli do ratowania życia jej użyję.

Zimą 2019 roku już byłeś pod K2. Czy tamtejsze doświadczenia mają przełożenie na obecną wyprawę?

Dołączyłem wtedy do ekipy Aleksa Txikona i przyznaję - zderzyłem się z przysłowiową betonową ścianą. Niby miałem już za sobą 10 ekspedycji na ośmiotysięczniki, ale tam było naprawdę strasznie. Warunki były takie, że w ogóle nie mogłem spać, a w moim przypadku bez dobrego odpoczynku w bazie nie ma dobrego wspinania. Najdłuższy sen, jaki tam zaliczyłem, trwał dwie-trzy godziny. Budziłem się, żeby zetrzeć pokrywę lodową, która tworzyła mi się na ustach i uniemożliwiała oddychanie.

Teraz będziemy budować igloo, a to w stosunku do namiotu jest ogromna różnica. Wiem, bo wtedy też eksperymentowaliśmy z igloo - było w nim minus siedem stopni, czyli w stosunku do namiotu niemal jak w saunie. Ale to, co najważniejsze, to że w przeciwieństwie do namiotu w igloo rano jest sucho, bo cała wilgoć wynikająca z oddychania osadza się na sklepieniu, dzięki czemu konstrukcja sama się jeszcze przez to umacnia. Mało tego - dzięki temu, że śnieg przepuszcza światło, w dzień w igloo jest jasno, co sprzyja wypoczynkowi. Jedyny problem stanowi to, że w warunkach, które panują pod K2, jedno igloo buduje przez kilka dni parę osób, które pracują po osiem godzin dziennie. To jest naprawdę ciężka robota. Sprowadzamy w tym celu specjalny sprzęt z USA, za co zresztą jestem odpowiedzialny.

Co to za specjalny sprzęt, który trzeba sprowadzać aż z Ameryki? Na Antarktydzie, kiedy przy zdobywaniu Mt Vinson budowaliśmy igloo, wystarczyła nam tylko piła i łopata...

Nie, w bazie pod K2 stosuje się zupełnie inną technologię budowy, bo tam nie da się wykroić gotowych bloków - śnieg jest sypki jak cukier. Szukałem odpowiedniego sprzętu po całej Europie, ale tylko jedna firma go produkuje i to firma ze Stanów. Produkcja wygląda tak, że pakuje się śnieg w specjalną torbę, uklepuje się, to się przesuwa, znowu się pakuje, uklepuje i tak dalej. Największym problemem pod K2, jeśli chodzi o budowanie igloo, nie jest jednak sam sprzęt, ale to, że takiego igloo nie wybuduje się tam, gdzie się chce. Czyli nie w samej bazie, przy mesie albo przy innych namiotach, tylko tam, gdzie jest odpowiednia ilość śniegu. Transport dużych ilości śniegu jest zbyt czasochłonny, igloo trzeba więc stawiać tam, gdzie znajdziemy nawiany śnieg, np. za jakąś skałą, w zagłębieniach.

embed

Wyprawa na Broad Peak, fot. archiwum Waldemara Kowalewskiego

Przejdźmy do kwestii wyżywienia. W bazie jedzenie zapewnia agencja, obozy mają swoich kucharzy, którzy lepiej lub gorzej, ale posiłki gotują. A jak w wyższych obozach? Korzystasz z jedzenia agencyjnego, czy sam je sobie zapewniasz?

Mam swoje, zabieram z Polski. Biorę trochę liofili [żywność liofilizowana - przyp. aut.], ale problem w tym, że w zależności od wysokości nasze kubki smakowe zmieniają się nie do poznania. Co z tego, że w bazie na wysokości 5000 m uwielbiam liofilizowanego strogonowa z kawałków wołowiny, jeśli na 6500 m wymiotuję już z powodu samego zapachu. Poza tym powyżej siedmiu tysięcy nie toleruję też cukru. Najlepszym patentem, który na podstawie wieloletnich doświadczeń doskonale mi się sprawdza, jest zestaw, który szykuję jeszcze w bazie: zabrany z Polski ser gouda kroję w małe kosteczki (bo potem zamrożą się na kość), przysmażam plasterki kiełbasy krakowskiej, do tego dużo posiekanego czosnku i trochę ziół (kolendra itp.), po czym pakuję to w zwykły woreczek, który zabieram w górę. W górze z kolei gotuję ze śniegu wodę i robię najzwyklejszą, tanią zupkę chińską. Nie ma ona co prawda żadnych wartości odżywczych, ale ma smak, który pasuje mi na każdej wysokości. Do takiej zupki wsypuję zawartość woreczka, dorzucam trójkąt serka topionego i mam taką bombę kaloryczną, że zawsze po niej odczuwam moc. Na wysokości w zasadzie jem tylko to. Nawet na 8000 m takie danie mi wchodzi.

A jeśli chodzi o sprzęt... Pewnie i w tej dziedzinie masz jakieś patenty?

Pewnie. Sporo uwagi poświęcam na przykład na obmyślanie, jak utrzymać ciepło. Z jedną z firm szyjemy nawet specjalne wewnętrzne kombinezony, eksperymentujemy z czymś, czego w sklepach normalnie nie ma. Z kolei w czasie codziennych marszów testuję ogrzewane skarpety i wkładki, bo bardzo zależy mi na ciepłocie palców u rąk i u nóg, aby nie stracić ich przez odmrożenia.

Mimo twojej skuteczności w zdobywaniu ośmiotysięczników, Polski Związek Alpinizmu cię nie wspiera, nie zaproponowano ci też włączenia w program Polski Himalaizm Zimowy, tak więc finansowanie wypraw jest w 100 proc. na twojej głowie. Kto jest twoim sponsorem?

Jeżdżę za swoje. Nie liczę na żadne dotacje, sam siebie sponsoruję, w sumie to mogę powiedzieć, że moja własna firma mi pomaga. I od razu, żeby ubiec komentarze, powiem - jeśli coś na wyprawie pójdzie nie tak, to nikt nie będzie mi musiał finansować helikoptera, bo ja zawsze wykupuję odpowiednie ubezpieczenia. Aczkolwiek mam świadomość, że to ubezpieczenie może pomóc tylko w bazie, gdzie helikopter będzie mógł przylecieć, bo w górze mogę liczyć tylko na siebie, na swoje szczęście i doświadczenie.

Zdradź jeszcze, jaki jest harmonogram wyprawy?

W ramach przygotowań w najbliższych dniach wylatuję do Ekwadoru, gdzie zamierzam aklimatyzować się na tamtejszych wulkanach [najwyższy szczyt Ekwadoru, wulkan Chimborazo, ma 6263 m - przyp. aut]. Jeśli chodzi o wyprawę jako taką, to spotykamy się 20 grudnia w Islamabadzie w Pakistanie. Stamtąd lecimy samolotem do Skardu, następnie samochodami terenowymi jedziemy do wioski Askole i potem mamy kilka dni trekkingu [zwykłym turystom dojście z Askole do bazy pod K2 zajmuje w warunkach letnich przeciętnie siedem dni - przyp. aut.]. Co do terminu ataku szczytowego, to trochę jak wróżenie z fusów. Po prostu w międzyczasie będziemy się aklimatyzować i zakładać obozy, licząc, że jak już zrobi się odpowiednia pogoda, to będziemy gotowi. W każdym razie deadline końca wyprawy to 19 lutego. Mamy na działanie dwa miesiące i nieważne, czy osiągniemy szczyt, czy nie, albo jak blisko szczytu będziemy - 19 lutego jest odwrót.

embed

W oczekiwaniu na okno pogodowe w bazie pod Broad Peakiem, fot. Monika Witkowska

Będziecie mieli internet w bazie?

Pewnie będzie podobnie jak latem, czyli większość miała, ale ja i Czesi nie. Skoro jadę w innym układzie finansowym niż pozostali, płacę mniej niż inni, to też nie mogę oczekiwać tego samego, co inni.

Jak szacujesz swoje szanse na zdobycie szczytu?

Nie chcę określać procentowo, ale myślę, że są całkiem spore, zwłaszcza że znam teren. Jadę tam z nastawieniem, że muszę naprawdę ciężko na ten szczyt pracować, i - jak kiedyś powiedział Denis Urubko - trzeba pracować również w niepogodzie. Wiem, że będzie bardzo ciężko, wiem, na co się piszę...

W takim razie życzę ci łaskawości góry. I liczę, że pod koniec lutego opowiesz, jak było!