Pierwsza Polka, która samotnie opłynęła świat bez zawijania do portu. "Największym szokiem było to, że zaczęłam mówić"

W opowieściach Asi rejs był łatwy, przyjemny, po prostu sielanka. Jednak każdy, kto był na morzu, wie, że ten obraz ma drugie dno. W końcu chodzi o rejs dookoła świata, na dodatek samotny i bez zawijania do portów. Kapitan Joanna Pajkowska jest pierwszą Polką, która dokonała tego wyczynu. Na dodatek trudną, cenioną wśród żeglarzy trasą dookoła legendarnego Hornu. Została za to uhonorowana m.in. tegoroczną nagrodą Srebrny Sekstant-Rejs Roku, a 4 października prestiżowym Kolosem w kategorii Żeglarstwo.

Monika Witkowska: Ile jest w świecie kobiet, które samotnie opłynęły świat, nie zawijając po drodze do żadnych portów?

Joanna Pajkowska: Podobno jestem dziesiątą...

Z twoich opowieści wynika, że to był taki miły, "lajtowy" rejs. Nie powiesz mi jednak, że 216 dni na oceanach, gdy byłaś zdana na siebie i siły natury, a w dodatku praktycznie bez łączności, było takie łatwe, przyjemne, bezpieczne i bezproblemowe...

Wiesz, ja po prostu nie umiem dramatyzować i opowiadać, że to była jakaś straszna walka o życie, bo w moich oczach było dokładnie tak, jak się spodziewałam. Zakładałam, że łatwo nie będzie, no i nie było, ale ponieważ sobie z tym wszystkim radziłam, wspominam to jako naprawdę fajną przygodę. Z drugiej strony - może faktycznie postrzegam pewne kwestie zupełnie inaczej? Jedna z koleżanek zwróciła uwagę, że mówiłam o wietrze, który osłabł do 40 węzłów, więc mogłam iść spać. Że niby luz, podczas gdy formalnie to wciąż przecież sztorm [wiatr wiejący z prędkością 40 węzłów oznacza osiem w skali Beauforta - przyp. MW]. Tymczasem dla mnie, tam na południu, w Wyjących Pięćdziesiątkach, gdzie byłam przez ponad trzy miesiące, tak wyglądała codzienność.

embed

fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej

A połamane żebra? To także niegodny wspomnienia "drobiazg"?

No tak, zdarzyło się! Jacht podskoczył na fali i rzuciło mnie na okucie baterii słonecznej. Zatkało mnie tak, że nie mogłam oddychać. Nie wiem, czy te żebra były połamane czy tylko stłuczone, natomiast bolały okropnie przez parę tygodni. A ja nie mogłam się oszczędzać - musiałam stawiać żagle, pracować... Na szczęście miałam środki przeciwbólowe.

Skąd w ogóle pomysł z tym rejsem?

To marzenie jeszcze z odległych czasów. Zresztą od zawsze chciałam pływać samotnie. Chociaż nie od razu celem było opłynięcie świata. Najpierw marzeniem był start w regatach OSTAR, czyli samotnie przez Atlantyk. Po tym, jak w 2000 roku w końcu się udało [Asia zajęła 4. miejsce w swojej klasie - przyp. MW], wszyscy mnie pytali: no dobrze, a co teraz? Mówiłam wtedy: teraz popłynę dookoła świata samotnie. Już wtedy interesowała mnie tylko żegluga non-stop, bo chciałam być samotną żeglarką, a nie zajmującą się żeglarstwem samotną turystką.

No dobrze, ale 10 lat wcześniej opłynęłaś już świat samotnie. Dlaczego chciałaś jeszcze raz?

Bo poprzedni rejs nie wyszedł mi non stop. Zatrzymałam się w RPA, gdzie przeczekiwałam sztorm i uważam, że to była rozsądna decyzja. Tylko że potem to wejście do portu sprawiło, że miałam niedosyt. Tkwiło to w mojej głowie przez cały czas, ale nie miałam jachtu.

No właśnie, FanFan, na którym teraz płynęłaś, też był wypożyczony.

FanFan to własność niemieckiego żeglarza Uwe Röttgeringa. Po latach znajomości Uwe zaproponował mi wspólny start w dwuosobowych regatach przez Atlantyk. Tak się też stało, nawet wygraliśmy te regaty, a że wiedziałam o jego drugiej łódce, FanFanie właśnie, zapytałam go, czy widziałby możliwość wykorzystania FanFana do mojego wokółziemskiego rejsu. Uwe się zgodził i podpisaliśmy umowę, bo przecież różne rzeczy mogły się zdarzyć i wcale nie było pewności, czy łódka wróci.

embed

fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej

Trasę wybrałaś bardzo ambitną...

Chociaż żeglowanie przez Kanał Panamski jest postrzegane jako opcja dla samotnych rejsów dookoła świata - tak płynęła np. kapitan Krystyna Chojnowska-Liskiewicz, pierwsza na świecie kobieta, która solo opłynęła świat [lata 1976-78, w wersji z zawijaniem do portów - przyp. MW] i wielu innych żeglarzy - to ja tę wersję odrzuciłam. Przez Kanał Panamski nie da się przejść samotnie (jest obowiązek wzięcia na pokład pilota i czterech osób do cum), dlatego uważam, że jedyna trasa, żeby móc powiedzieć, że płynie się samotnie, to żegluga wokół trzech przylądków, czyli z minięciem Hornu, afrykańskiego Przylądka Dobrej Nadziei i australijskiego Leeuwin.

embed

Mapa rejsu Joanny Pajkowskiej, fot. archiwum prywatne

Gdzie było najtrudniej?

Horn rzeczywiście dał mi w kość, miałam tam 12-metrowe fale i wiatr o sile ponad 50 węzłów (9-10 w skali B). Poza tym 20 mil przed groźnym przylądkiem przestał mi działać autopilot, co sprawiło, że przez 20 godzin musiałam sterować ręcznie. Jakby tego było mało, w jacht walnęła boczna fala, tak więc z szafek pod pokładem wszystko powypadało - talerze mieszały się z sosem pomidorowym i krakersami, widok koszmarny! Jednak i potem, przez długi czas, miałam tam sztorm za sztormem. Tyle że to nie sztormy były problemem, ale moje zaskoczenie, wynikające z nastawienia, że za Hornem będzie łatwo, a tak nie było.

Zdradź, czego się najbardziej obawiałaś zanim wypłynęłaś? Sztormów, że jacht nie wytrzyma albo że może ty nie dasz rady?

Byłam nakręcona tak pozytywnie, że aż może naiwnie. Że będzie wiało i będą sztormy - wiedziałam, że będą fale - też... Zakładałam, że będą różne problemy (mam tu na myśli te techniczne, bo o swoją psychikę obaw nie miałam), ale przecież nie był to dla mnie pierwszy samotny i długi rejs.

Twoje podejście do żywiołu, jakim jest morze, zawiera pewne znamienne usłyszane od ciebie zdanie. Wiesz pewnie, o co mi chodzi?

Pewnie o moją filozofię, że ja nie walczę z oceanem, ale z nim negocjuję! Ja chyba w ogóle nie mam natury, żeby z czymkolwiek walczyć, skoro można załatwić to jakoś inaczej, dogadywać się, iść na wzajemne ustępstwa, szanować się.

To teraz konkrety. Jak rozwiązałaś problem spania? Ryzyko rozjechania przez wielki statek to wizja, która samotnym żeglarzom spędza sen z powiek...

Mimo że miałam urządzenia, które mają ostrzegać o zbliżaniu się statków, to ja im nie ufam w 100 proc. i wolę kontrolować sytuację. W związku z tym 45 minut ciągłego snu to u mnie maksimum. Mój organizm przestawił się na ten system wyjątkowo szybko i nawet z budzika nie korzystałam. Wychodziłam na pokład, patrzyłam, czy nie ma czegoś niepokojącego i jeśli nie było, to znowu kładłam się spać. Ale i w ciągu dnia, gdy nic się nie działo, wykorzystywałam czas na krótkie drzemki. Już wcześniej, na moich poprzednich rejsach nauczyłam się, że permanentne niewyspanie to nie tylko halucynacje czy słyszenie dziwnych głosów, lecz także łatwość popełnienia błędów, które mogą się źle skończyć.

A co robi samotna żeglarka, gdy nie śpi, ale też nie trzeba niczego robić. Jak sobie wypełniałaś czas?

Lubię siedzieć i obserwować morze, bo zawsze się na nim coś dzieje - jak nie ptaki, to latające ryby albo wieloryby czy delfiny. No i oczywiście czytam książki - na czytniku miałam ich 350, przeczytałam 75, przy czym pozytywnym odkryciem były kryminały Zygmunta Miłoszewskiego. Muzyki nie słucham w ogóle, za to jestem fanką sudoku.

embed

fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej

Wiem, że przepraszałaś ptaki...

Tak. Bo zdarza się, że one siadają na pokładzie, żeby sobie odpocząć, ale często siadają na przykład przy knadze [element żeglarskiego osprzętu służący do mocowania liny - przyp. MW], z której, wybierając żagle, muszę skorzystać. Bywało, że mówiłam sobie: nie no dobra, zrobię ten zwrot potem, może do rana na tym kursie wytrzymam. Kiedy naprawdę trzeba już było coś z żaglem zrobić, to musiałam te ptaki budzić i wtedy one, niezadowolone, wrzeszczały. No a ja wtedy grzecznie do nich: przepraszam, przepraszam!

embed

fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej

Kiedy płynęłaś, relacje z rejsu robił na Facebooku twój mąż Alek Nebelski. Ty sama nie mogłaś, bo nie miałaś dostępu do internetu. Zresztą nie wzięłaś też telefonu satelitarnego. Celowo?

Telefonu i internetu pozwalającego na przeglądanie stron czy Facebooka rzeczywiście nie miałam, bo byłoby to zbyt kosztowne, a poza tym uznałam, że nie jest mi to niezbędne. Miałam jedynie urządzenie pozwalające na możliwość odbierania prognoz pogody, wysyłania i odbierania e-maili, jak też wysyłanie małych, skompresowanych zdjęć.

Wspomniałaś o kosztach. Nie byłaś obwieszona banerami sponsorów.

Mogłam mieć tylko swój baner, bo to ja wszystko finansowałam. Inna sprawa, że ze względu na cięcia kosztów musiałam z pewnych rzeczy rezygnować. To właśnie dotyczyło choćby telefonu satelitarnego czy rodzaju wyżywienia - fajnie byłoby mieć liofilizaty, ale ich cena okazała się mocno zaporowa.

To co do jedzenia w takim razie zabrałaś?

Na morzu jestem szczęśliwa, że tam jestem, a jedzenie to rzecz wtórna - jestem pod tym względem mało wymagająca. Nie zabierałam dużo prowiantu, bo też nie chciałam dociążać łódki. Jadłam najczęściej gotowe zupy, chrupkie pieczywo z pasztetami, krakersy i ogólnie to, co było proste do przyrządzenia.

Nie chodziły za tobą jakieś marzenia kulinarne?

Nie. Gdy staram się nastrajać pozytywnie, stosuję w głowie różne triki. Przykładem niech będzie to, że normalnie uwielbiam owoce, ale skoro na rejsie nie mam owoców, bo skąd, to o nich nie myślę. Po prostu zapominam, że istnieją.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że na morzu problemem staje się woda. Oczywiście mowa o wodzie słodkiej. Jaką strategię przyjęłaś w tej kwestii?

Oceniając, ile ten rejs mniej więcej powinien trwać i dodając jakiś zapas, zabrałam całą wodę pitną ze sobą - w sumie 550 litrów. Wydzielałam sobie tak, że gdy wróciłam, to jeszcze 180 litrów mi zostało! Faktem jest, że nie robiłam prania, a myłam się tylko w wodzie morskiej.

A co robiłaś ze śmieciami?

Mogę przyznać zupełnie uczciwie, że nic za burtę nie wyrzucam, a zresztą większość żeglarzy, których znam, postępuje tak samo. Nie wyrzucamy żadnych opakowań, a żywnością tak gospodarowałam, żeby nic się nie marnowało. Po przypłynięciu z powrotem do Plymouth miałam dwa czarne worki śmieci plus baniaki po wodzie. Co do tych śmieci, to oczywiście wszystko zgniatałam albo składałam, a potem oklejałam taśmą, żeby zajmowało jak najmniej miejsca.

Najprzyjemniejsza chwila na rejsie?

Trudne pytanie... Bo tam cały czas było fajnie. Nawet jak było sztormowo.

Myślałam, że powiesz, że zakończenie rejsu...

Nie, to akurat przyniosło bardzo mieszane uczucia, bo po takim czasie tkwiłam już mocno w tym morskim świecie. Na końcówce było wręcz przykro, że to już koniec.

embed

fot. archiwum prywatne Joanny Pajkowskiej

Zaczynałaś swój rejs w angielskim Plymouth, tam też go kończyłaś. Pamiętasz pierwsze chwile, kiedy zeszłaś na stały ląd po miesiącach na bujającym się na falach jachcie?

Największym szokiem było to, że zaczęłam mówić! Przez siedem miesięcy samotności nic nie mówiłam, no czasem do siebie, a tu nagle wymagano ode mnie odpowiedzi na wiele pytań i w rezultacie po tym jednym dniu straciłam głos. Bardzo miłe było to, że Alek, wiedząc, czego na rejsie nie miałam, a co bardzo lubię, przybył z wielką michą owoców i słodyczy!

Lepiej się odnajdujesz na lądzie czy na jachcie?

Na łódce wiem, że muszę być zorganizowana. Wiem, gdzie co leży, odkładam wszystko na miejsce, wszystko musi funkcjonować tak, żeby było bezpieczne i bez problemów. Na pewno na morzu wszystko jest u mnie zdecydowanie lepiej ułożone niż w życiu lądowym. Muszę jednak powiedzieć, że powrót do lądowego życia był dość miękki. W dużej mierze za sprawą przyjaciół i wszystkich osób, które chwalą mnie i mówią same miłe rzeczy.

Robisz teraz coś, czego na jachcie robić nie mogłaś? Mam na myśli na przykład prace domowe albo w ogrodzie, chodzenie w sukienkach itp.

Ja na lądzie zupełnie normalnie żyję. Zajmuję się domem, sprzątam, gotuję... Choć właściwie to Alek głównie gotuje, a ja zmywam. Uprawianie kwiatków mało mnie ciągnie, za to w sukienkach zawsze lubiłam chodzić (choć za dużo ich nie mam). Czasem ludzie się dziwią: jak ty tam byłaś tak długo sama, jak jesteś taka towarzyska? Tłumaczę wtedy, że to przecież nie przeszkadza, ja nie pływam sama dlatego, że jestem jakimś odludkiem.

Czego nauczył cię ten rejs?

Że świat jest taki mały. I jeszcze wiary we własne siły, pewności siebie. Na tym rejsie miałam różne problemy techniczne: zepsuł się autopilot, permanentnie odkręcało się mocowanie steru, miałam problemy z kuchenką, trzeba było naprawiać żagle. Ale to jest fajne uczucie, że sobie w różnych sytuacjach potrafiłam poradzić.

Na koniec wypada zapytać o kolejne plany.

Ten rejs był dla mnie takim żeglarskim Everestem, ale nie znaczy to, że nie ma innych wyzwań. Na razie nie mam kolejnych poważnych planów, ale na pewno się narodzą!

Dziękuję za tę rozmowę i gdziekolwiek będziesz żeglować - życzę ci stopy wody pod kilem!