Jak Bożka świat zdobywała. Kariera od "pucybuta do milionera dziewczyny z PRL-owskiej Stalowej Woli"

"Hawaje bez Bożeny są jak wulkan bez lawy. Niesamowita wprost kariera od 'pucybuta do milionera' dziewczyny z PRL-owskiej Stalowej Woli" - napisała o niej Nina Terentiew. Dla Bożeny Jarnot to właśnie Hawaje od ponad 50 lat są domem. Zamieszkała w Honolulu, na wyspie Oahu. Jak to się stało, że trafiła do raju na Ziemi, do stanu Aloha? Spotykamy się akurat w Polsce. Często tu przyjeżdża do wnuka i syna.

Urszula Abucewicz, Podróże Gazeta.pl: Jak się mieszka w raju?

Bożena Jarnot: Jak u Pana Boga za piecem. To jeden z najwspanialszych zakątków świata. Nie na darmo mówi się o Hawajach, że są rajem. Osiem wysp, z czego sześć jest zamieszkałych.

Słońce świeci tutaj cały rok. Na palcach jednej ręki można policzyć dni bez słoneczka. Klimat? Najwspanialszy na świecie. Temperatura wynosi 28 st. C. Nigdy nie jest cieplej ani zimniej. Mamy też 18 klimatów, więc gdy słońca nie ma, to jedziesz na drugą stronę wyspy, a gdy tam jest pochmurno, to wsiadasz w samolot i po 15 minutach jesteś na Maui. To magiczne, trochę zatrzymane w czasie miejsce. Nic dziwnego, że Amerykanie marzą o tym, aby właśnie tutaj wziąć ślub, bo Honolulu nie jest tak klimatyczne. To metropolia. Dużo tu wieżowców i hoteli, tętni tu życie i mieszka najwięcej ludzi - milion mieszkańców.  

Piękna pogoda, względna wilgotność i bryza oceaniczna sprawiają, że upały nam tak bardzo nie doskwierają.

Bożena Jarnot napisała książkę o swoim życiu pt. 'Moje Hawaje'Bożena Jarnot napisała książkę o swoim życiu pt. 'Moje Hawaje' Bożena Jarnot / archiwum prywatne

Hawaje są pięćdziesiątym stanem Ameryki.

Tak, dlatego gdy leci się tutaj na wakacje, trzeba mieć wizę. W latach 80. i 90., w czasach gdy emigrowano za pracą do USA, wiele osób najpierw więc składało wniosek o wizę na Hawaje, a potem leciało do Chicago. Występując o wizę na Hawaje, jadąc w podróż poślubną czy inną uroczystość, zwykle otrzymywało się zgodę na wjazd. Do Chicago tak łatwo nie było. Zawsze pojawiały się wątpliwości, że ktoś jedzie do pracy i już do Polski nie wróci.

Jak to się stało, że znalazłaś się w latach 60. w Chicago? Słyszałam, że twoja mama dokonała niemożliwego i w czasach, gdy naprawdę trudno było dostać jeden paszport, udało się jej załatwić pięć dokumentów dla całej pięcioosobowej rodziny.  

W latach 60. to było wręcz niemożliwe. To, że znaleźliśmy się za oceanem, po drugiej stronie globu, to zasługa mojej mamy, która postawiła sobie cel, żeby dać nam szansę na lepsze życie. Pewnego dnia usłyszeliśmy hasło: "jedziemy do Ameryki" i choć wcale nie było tak łatwo, udało się. Mama cudem zdobyła pięć paszportów i w 1965 roku całą rodziną wyjechaliśmy do Chicago: mama, tato, brat, siostra i ja - środkowe dziecko, pełne entuzjazmu, otwarte na nowy, wspaniały świat.

Chociaż wcale tak łatwo nie było. Miałam 13 lat, zostałam wyrwana z korzeniami. Nie znając angielskiego, wylądowałam w ósmej klasie i większość osób nie miała powodów, żeby się do mnie zbliżać, no bo jak pogadać z kimś, kto nie mówi w twoim języku? Uczyłam się więc angielskiego z telewizji, oglądałam wszystkie możliwe seriale, a mój starszy trzy lata brat uwielbiał kowbojskie filmy. Siedzieliśmy, oglądaliśmy bez przerwy i po czasie angielskie słówka same weszły do głowy.

Jakie były twoje początki w Ameryce?

W Stanach Zjednoczonych mieszkał brat mamy. To on nas sprowadził. Mieliśmy początek, ale nie taki, żeby wszystko było nam po prostu dane.

Moi rodzice wyemigrowali z trojgiem dzieci i z pięcioma dolarami na osobę, bo nie można było wziąć więcej. Płynęliśmy Batorym i pamiętam do dzisiaj, że baliśmy się własnego cienia, bo nie stać nas było praktycznie na nic. Czy coś do picia czy to napiwek. Na statku wszystko było płatne ekstra. Pięć dolarów to była naprawdę śmieszna, symboliczna suma.

Gdy zaczęłam chodzić do szkoły katolickiej, to byłam taki "wybij okno", porywałam się z motyką na księżyc, wszędzie było mnie pełno. Już po drugim roku pobytu w Ameryce kupiłam sobie samochód. Pracowałam. Zarabiałam więcej niż mój tato, pracując dorywczo w sklepach spożywczych. Zarabiałam wtedy od 80 do 100 dolarów tygodniowo. To były całkiem duże pieniądze, bo nowy samochód kosztował wtedy 2500 dolarów, a galon benzyny 25 centów. To była naprawdę bogata Ameryka i wspaniałe czasy.

Jak się znalazłaś na Hawajach?

W Chicago poznałam mężczyznę z Wrocławia - młodego 19-letniego Wojtka - kolegę mojego brata. Pracowali razem, przychodził do nas i od słowa do słowa zaiskrzyło między nami. Niestety, zapomniał, że w Ameryce, gdy nie chodzisz do szkoły, a do tego toczy się wojna, to nie ma ucieczki przed służbą wojskową. Dostał tzw. papiery poborowe, odbył sześciotygodniowe przygotowanie, podczas którego nauczył się, jak trzymać karabin i został skierowany na wojnę do Wietnamu.

Jeszcze przed jego wyjazdem wzięliśmy ślub i już jako małżonek został wyeksportowany w nieznane. 19-letnie dziecko dostało karabin i przez prawie dwa lata siedziało w dżungli. Żadna mama sobie tego nie potrafi wyobrazić, co to znaczy, gdy twoje dziecko siedzi na drzewie i widzi, jak na jego oczach giną koledzy. Jemu udało się przeżyć, bo miał akurat wartę, siedział na tym drzewie i go nie zauważono. Takie tragiczne przeżycia na zawsze zmieniły jego psychikę.

Po roku służby w Wietnamie młodemu wojskowemu przysługiwał tydzień wakacji na ziemi amerykańskiej, jeżeli chce się zobaczyć z żoną czy z rodziną. Hawaje były najbliższym miejscem. Jako dziewiętnastolatka lecę więc na spotkanie z mężem. Nie wiem, dokładnie gdzie. Pamiętam, że bilet kosztował 80 dolarów tam i z powrotem, a hotel siedem dolarów. I tam wtedy spędziliśmy, można powiedzieć, nasz tydzień miodowy.

Gdy tylko się tu znalazłam, zakochałam się w tym przepięknym zakątku świata. Palmy, zapach, kwiaty. Przyleciałam dwa dni wcześniej, więc nikt na mnie nie czekał. I gdy tak stoję, nagle podchodzi do mnie wojskowy i zdejmuje naszyjnik z lei ze swojej szyi, wiesza na mojej  i mówi: "Chyba ty go bardziej potrzebujesz niż ja". Ten gest zmienił moje życie.

Później przez wiele lat, gdy pracowałam w turystyce, kiedy szłam na lotnisko witać gości czy przyjaciół, zawsze brałam dodatkowy lei, patrzyłam, kto jest niewitany, kto wydaje się zagubiony, podchodziłam i wieszałam na szyi takiej osoby girlandę kwiatów i odchodziłam.

Mąż wrócił na wojnę, ja do Chicago i pewnego dnia napisałam do niego list: "Kochanie jestem ponownie zakochana, więc jak chcesz ze mną być, to tylko na Hawajach, bo ja się już pakuję i wyjeżdżam". Byłam takim małym diabełkiem, który zawsze stawiał na swoim. Jak sobie coś postanowiłam, to robiłam wszystko, żeby wcielić ten plan w życie.

Mąż nie żałuje tej decyzji?

Nie jesteśmy już razem, ale Wojtek do dzisiaj mieszka na Hawajach i jest szczęśliwy. Wielokrotnie mi powtarza: "Bożka, dzięki tobie mieszkam w raju i nie wyobrażam sobie żyć gdzie indziej".

Czekałam dwa lata aż miłość mojego życia wróci z Wietnamu, ale jego psychika, osobowość bardzo się zmieniły. Młody mężczyzna, który spędza prawie dwa lata w Wietnamie wrócił cały fizycznie, ale psychicznie nie był już zdolny do życia. Trzeba było sobie radzić, mieszkać i żyć. Tym bardziej, że w 1973 r. urodziłam syna, Marka. Zostałam więc młodą kobietą z dzieckiem, na wyspie bez rodziny i z mężem, który sobie życiowo nie radził. Oczywiście wiedziałam, że zawsze mogę wrócić do mamy do Chicago, ale byłam zdeterminowana, żeby przetrwać na wyspach.

Upór się opłacał?

Rozwiodłam się wprawdzie z pierwszym mężem, ale wkrótce poznałam innego mężczyznę, z którym spędziłam 20 lat. Wojtka Jarnota poślubiłam, kiedy mój syn miał siedem lat. Poznałam go na Hawajach. Łączyły nas wspólne interesy, prowadziliśmy razem kilka firm, on miał córkę z pierwszego małżeństwa. Żyliśmy sobie wspaniale. Można powiedzieć dwoje młodych ludzi, którzy kochają Hawaje. Założył potem firmę turystyczną Russia Hawaii, bo był bardzo biegły w językach. On miał rosyjską firmę, ja polską. I tak promowaliśmy Hawaje w Polsce i Polskę na Hawajach.

Organizowałam festiwale kultury polskiej na Hawajach i festiwale kultury hawajskiej w Polsce. W 1996 r. udało mi się przywieźć do sali kongresowej w Warszawie zespół hawajski. Dziś nie wierzę, że coś takiego mi się udało.

Moim marzeniem było postawienie chaty góralskiej na Hawajach, w której zawsze można by było usłyszeć muzykę Chopina. Trochę czasu mi zabrakło na zrealizowanie tego pomysłu. A kto wie, może jeszcze się uda?

Udało ci się z powodzeniem organizować śluby na Hawajach.

Kiedy w 1998 r. organizowałam festiwal hawajski w Hotelu Wiktoria, podeszli do mnie młodzi ludzie Marta i Cezary i powiedzieli, że ich marzeniem jest wzięcie ślubu na Hawajach. Do tego powiedzieli, że chcieliby, żeby to wódz udzielił im tego ślubu. Popatrzyłam na te dzieciaki, bo wyglądali jakby mieli po 17 lat, w duchu pomyślałam, że pewnie chcą dostać się do Ameryki przez Hawaje i w ten sposób zacząć nowe życie po drugiej stronie oceanu. Rzuciłam do nich: "Napiszcie. Jest wrzesień. Mamy czas, żeby zadziałać". Prawdę mówiąc, nie było to w ogóle w moich planach. Pracowałam już wprawdzie w branży turystycznej, ale organizowaliśmy wycieczki i wyjazdy na inne wyspy. W grudniu wylądowali na Hawajach, wódz udzielił im ślubu. Oni zostali naszymi ambasadorami, wzięli nawet udział w naszej pierwszej Wigilii na Hawajach. Od tego się zaczęło. Kilka dni temu spotkałam Martę w Warszawie.

Jeden z ślubów, który zorganizowała firma Bożeny Hawaii Polonia ToursJeden z ślubów, który zorganizowała firma Bożeny Hawaii Polonia Tours Bożena Jarnot / archiwum prywatne

Czy takie śluby są ważne?

Oczywiście. Trzeba je tylko uprawomocnić w Polsce. Możesz wziąć ślub w Las Vegas, w Chicago, gdziekolwiek chcesz, tylko po powrocie do kraju musisz to zgłosić do Urzędu Stanu Cywilnego.  

Hawaje mają chyba najłatwiejsze procedury. Nie ma specjalnych wymagań czy dokumentów, które wcześniej trzeba przedstawić w urzędzie. Przyjeżdża para i na lotnisku mówi: "Pani Bożeno, my chcemy jutro wziąć ślub". A ja na to: "Możecie nawet dziś". Wystarczy, że para młoda ma paszport, dokona opłaty w kwocie ok. 80 dolarów, wypełnia formularz, składa przysięgę, że wszystko, co tutaj zostało napisane, jest świętą prawdą. Podpisuje, że to jest ich pierwszy, drugi czy trzeci ślub. Według prawa amerykańskiego, jeżeli kłamali, to tylko na swoją niekorzyść. Jeżeli ktoś zgrzeszył czy nie napisał prawdy, to później on ponosi konsekwencje.

Jako konsul honorowy też możesz udzielać ślubów. Jak się stało, że nim zostałaś? I z czym Polacy się do ciebie zgłaszają?

Z czym się nie zgłaszają? Ze wszystkim. Od lat pełniłam rolę polskiej przystani na Hawajach. Objęcie tego stanowiska zaproponował mi Jerzy Surdykowski, który był wówczas konsulem generalnym w Nowym Jorku. Wtedy nie było tu żadnego oficjalnego polskiego przedstawicielstwa, a mieszka tu ok. 2 tys. Polaków. Jest też dużo przyjeżdżających gości, którzy zgłaszają wypadki śmiertelne, morderstwa (zabił swoją żonę z miłości, bo ją za bardzo kochał), kradzieże, wypadki rowerowe czy problem z paszportami. Zdarzają się różne sytuacje.

Na wyspach jest ok. 40 konsuli honorowych. Spotykamy się co miesiąc, żeby wymienić się informacjami, dowiedzieć się, jak działa nasza jednostka wojskowa na Hawajach (znajduje się tu strategiczny punkt militarny). Prawie 200 tysięcy mieszkańców na Hawajach to żołnierze, bo jesteśmy położeni najbliżej Azji. Duży dochód Ameryka i Hawaje czerpią z wojska i turystyki.

Wódz Sielu Avea udziela wywiaduWódz Sielu Avea udziela wywiadu Bożena Jarnot / archiwum prywatne

Jak żyje się w miejscu, w którym jest tylko lato?

Wspaniale. Niczego mi nie brakuje. Jak potrzebuję zimy, to wsiadam w samolot i po pięciu godzinach lotu jestem w Portland i mogę do czerwca jeździć na nartach. Uwielbiam Polskę odwiedzać jesienią i na wiosnę, bo tych pór roku nie mamy. Chociaż kalendarzowo przyroda też się budzi w taki sam sposób. Jesień mamy cały czas, bo niektóre liście opadają to z jednego to z drugiego drzewa. Codziennie pada też deszcz. Mówimy, że to jest płynne słońce. A jak codziennie pada, to i wychodzi tęcza. Jest więc klimatycznie. Na Mauna Kea, czyli Białej Górze, mamy śnieg. Ten najwyższy wulkan na archipelagu jest pokryty białą szatą śniegu. Mieści się tam obserwatorium astronomiczne.

Cezary z Martą wrócili na Hawaje po 15 latachCezary z Martą wrócili na Hawaje po 15 latach Bożena Jarnot / archiwum prywatne

Przydomek Hawajów to stan Aloha.

Aloha znaczy miłość. Aloha i'a au oe - kocham cię. Słowo aloha znaczy radocha. Wszystko, co dobre, mieści się właśnie pod tym magicznym słowem. Stąd wzięła się nazwa "stan Aloha". Jesteśmy stanem miłości i dobroci. Wystarczy się uśmiechnąć i powiedzieć aloha i wszystko załatwisz.

Koniecznie trzeba wspomnieć jeszcze o plażach, które są ponoć najpiękniejsze na świecie.

W rankingu 10 najpiękniejszych plaż na świecie wymieniane są zawsze. Znajdziemy tu pięć gatunków plaż: żółtą, czarną, zieloną, czerwoną i białą. Każda wyspa ma takie magiczne miejsce. Idziesz pięć mil taką plażą albo dłużej i myślisz sobie: "muszę tu wrócić albo już stąd nie wyjeżdżam".

Bożena Jarnot podczas wieczoru hawajskiegoBożena Jarnot podczas wieczoru hawajskiego Bożena Jarnot / archiwum prywatne

Czy umiesz tańczyć taniec hula?

Musiałam raz wystąpić, więc się uczyłam. Nawet w Polsce brałam ostatnio lekcje hula, ale raczej hulać więcej nie będę. Różne były sytuacje, kiedy trzeba było i poloneza i hula zatańczyć. Ale to nie jest moja pasja. Trzeba to wyssać z mlekiem matki.

Słyszałam, że szukałaś dla syna polskiej kandydatki na żonę i udało się.

Postawiłam sobie poprzeczkę wysoko, bo bardzo chciałam, żeby moje wnuki mówiły po polsku. Mojego syna nauczyłam mówić w języku ojczystym. Przyjeżdżał do Polski na kolonie. Do pierwszej klasy chodził w Tarnobrzegu. Wiem, jak trudno zbudować związek, gdy pojawiają się różnice kulturowe, gdy więc nadarzyła się okazja, żeby syn mógł podjąć pracę jako trener golfa w Polsce, postanowił skorzystać z tej okazji. To był początek 2002 roku.

Przede wszystkim chciałam, żeby zobaczył Polskę już w nowym wydaniu, taką amerykańską. Kiedy przyjeżdżał, gdy był mały, nasz kraj był bardzo biedny. Chodził z dziadkiem do Peweksu, gdy ten chciał kupić sobie piwo. Gdy chcieli kupić motorynkę, to znaleźli po trzech dniach gdzieś na wsi.

Marysię, swoją przyszłą żonę, poznał w pracy. Organizowała spotkania golfowe, pilnowała, żeby młody instruktor tak szybko nie uciekł z Polski, miała mu pokazać Warszawę i sprawić, żeby nie czuł się samotny. Najwyraźniej zrobiła dobrą robotę. W 2004 r. 11 września, 16 lat temu wzięli ślub w Kościele Mariackim. Było magicznie. Z tego związku mam pięknego wnuczka, który ma 15 lat. Ma na imię Kai, co po hawajsku znaczy ocean.

Marysia na Hawaje przyleciała w ciąży, Kai urodził się w tym samym szpitalu, co jego tata. Obydwoje mają z tatą w paszporcie miejsce urodzenia: Honolulu.

Jak Barack Obama.

Tak. Nasz prezydent Obama urodził się w Honolulu i chodził do tej samej szkoły, co mój syn.

Kiedy najlepiej pojechać na Hawaje?

Zawsze. Jak u was zimo, to tam lato. Każda pora jest dobra. Ja z wnukiem wybieram się tam latem. Tam się urodził. Kończy tutaj szkołę, ale za dwa lata będzie Hawajczykiem na stałe. Cieszy się, że ma dwie kultury, że pisze, czyta, mówi po polsku. Ale Hawaje są w jego duszy, w jego sercu.

Wiem, że zawsze będzie miał ten wybór jak ja. Dwa piękne kontynenty, dwa światy, dwie kultury, przyjaciół i tam i tu. To jest coś pięknego. Jestem Polką z urodzenia, Amerykanką z paszportu, Hawajką z serca.

Jak pandemia wpływa na turystykę?

Leżymy totalnie. Gubernator podjął decyzję o zamknięciu granic do 1 października. Nie jest to dobra decyzja. Polska czy reszta świata ma otwarte granice. 250 tys. osób na wyspach utrzymuje się z turystyki. Jeśli pozostaną dłużej bez pracy, hotele, restauracje, usługi już się nie podniosą. Nie mogę pojąć hawajskiej polityki. Takie działania totalnie sparaliżują naszą turystykę.

Jest to raj na Ziemi, ale dobrze jest podzielić się z kimś tą radością, że można wyjść na plażę i cieszyć się, że można dotknąć tych pięknych brzegów oceanicznych, zobaczyć góry, wejść do dżungli.  Naprawdę Bozia dała nam wszystko. Czynne wulkany na dużej wyspie Hawaii. Kanion Pacyfiku. Gdy leci się helikopterem i ogląda kanion, to naprawdę zapiera dech. I ta przyroda, a szczególnie zniewalający zapach, który sprawia, że człowiek stale jest na takim przyjemnym haju. Tu chce się żyć.