Słynie z festiwalu, na którym zaczynali najwięksi. Miasto z własną "Wenecją" i naleśnikami uwielbianymi przez gwiazdy

"Witam was ciule!" - takimi słowami wita zebranych na I Festiwalu Polskiej Piosenki w 1963 r. w Opolu Karol Musioł. W pierwszym rzędzie dygnitarze PRL-u. A tu taka gafa? Najpierw zapada cisza. Dopiero po chwili rozlega się gromki śmiech. Jacy tam "ciule"? "Czule" miało być.

Karol Musioł to Ślązak. Czy uraził kogoś? Nic z tych rzeczy. W ten sposób wymawiał słowo "czule". Musioł to ważna postać dla Opola. Mówi się o nim, że był ojcem miasta. Jako przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Opolu (1952–1965) wykorzystał swoją pozycję do stworzenia festiwalu od zera.

Na pomysł zorganizowania takiej imprezy w mieście wpadli razem z Mateuszem Święcickim i Jerzym Grygolunasem z III programu Polskiego Radia, ale to on miał siłę przebicia, poparcie u władz centralnych, należał do partii, więc rozmawiał jak swój ze swoim i udało mu się doprowadzić do realizacji tego przedsięwzięcia. Tym bardziej, że wszystko trzeba było zbudować od podstaw. Jak choćby amfiteatr.

embed

fot. Urszula Abucewicz

Podczas pierwszej edycji festiwalu konkurs wygrała zjawiskowa Ewa Demarczyk, która zachwyciła jury wykonaniem "Karuzeli z Madonnami". Artystka, którą niedawno pożegnaliśmy, ma swoją tablicę w Alei Sławy, a Karola Musioła - wiecznie zabieganego, z falującym na wietrze krawatem i z teczką pod pachą - można spotkać tuż przy Moście Zamkowym, gdy idzie się z Rynku do historycznej części Opola pod Wieżę Piastowską.

Stolica Polskiej Piosenki

To jednak nie burmistrz, a Jerzy Waldorff jest autorem hasła, które na dobre przylgnęło do miasta. Zasiadał wówczas w jury i miał stwierdzić: "Muszę, powiedzieć jako muzyk i jako krytyk, że dawno nie miałem do czynienia z audytorium, które by reagowało na muzykę tak trafnie, tak celnie, z takim smakiem i jednocześnie z taką kulturą jak Opole. (...) Każde miasto ma jakiś swój tytuł, który zazwyczaj dodaje się do nazwy, żeby je scharakteryzować. Chciałbym, żeby Opole miało tytuł: Opole - Stolica Polskiej Piosenki".

I tak też się stało. Od 57 lat na deskach amfiteatru rozlegają się dźwięki polskiej muzyki. To tutaj miał premierę utwór "Dziwny jest ten świat" Czesława Niemena, rozpoczynały się wielkie kariery, wybuchały skandale, a nawet bójki po wręczeniu nagrody. Trzy lata temu z przyczyn politycznych miało nie dojść do festiwalu, a w tym roku w organizacji wydarzenia miała przeszkodzić pandemia. Impreza z czerwca została przeniesiona na wrzesień i już za kilka dni (4-7 września) się odbędzie. W zaostrzonym rygorze sanitarnym, z okrojoną widownią, ale TVP nie zamierza z niej rezygnować.

Ale nie tylko dlatego muzyka unosi się w powietrzu. Na ul. Krakowskiej i na Rynku zobaczymy instalacje w kształcie trąbek, które wieczorową porą mienią się różnymi barwami tęczy. W logo miasta widnieje kolorowa płyta winylowa, do przyjazdu do miasta zachęca hasło "Przebojowe Opole", a na Wzgórzu Uniwersyteckim można odebrać telefon od Agnieszki Osieckiej, Jeremiego Przybory czy Jerzego Wasowskiego.

Idę więc na wyspę Pasieka, gdzie obok Wieży Piastowskiej znajduje się Amfiteatr Tysiąclecia, od 2010 r. przemianowany na Narodowe Centrum Polskiej Piosenki. Jak zawsze, gdy odwiedza się tego typu obiekty puste, bez medialnej oprawy, bez publiczności wypełniającej obiekt po brzegi, czuje się lekkie rozczarowanie. Magia telewizji potrafi zdziałać cuda. Gdy zjawiam się w Opolu, nie przeszkadza mi jednak, że nie odbywa się festiwal, choć różne anegdoty słyszę na każdym kroku.

Z zaciekawieniem zaglądam do Muzeum Polskiej Piosenki, które istnieje od 2007 r., a od 2016 r. ma siedzibę pod widownią amfiteatru. To nowoczesne, multimedialne muzeum, które podczas zwiedzania prowadzi nas przez kolejne etapy rozwoju polskiej muzyki rozrywkowej od lat 20. ubiegłego wieku.

embed

fot. Urszula Abucewicz

Można tu posłuchać oryginalnych nagrań Filipinek, Czesława Niemena, Edyty Górniak, Dżemu, Kazika Staszewskiego czy Tadeusza Nalepy. Obok, przez soczewki umieszczone w ścianie, zagląda się do czasów, w których powstawały.

Zobacz wideo Konflikty między muzykami doprowadziły do rozpadu kilku znanych grup. Oto one

Nad pierwszym poziomem muzeum w ośmiu podwieszonych kulach umieszczono ekrany i wygodne siedziska. Można tam zatopić się w historii polskich piosenek. W specjalnej szafie natomiast można oglądać sceniczne stroje gwiazd polskiej estrady, m.in. płaszcz Bogusława Meca, kostium Majki Jeżowskiej, frak Piotra Rubika oraz sukienki Kasi Kowalskiej, Reni Jusis i Justyny Steczkowskiej, a w wirtualnym lustrze można wybrać z katalogu zdjęcie stroju scenicznego, by za chwilę zobaczyć w lustrze swoją postać w kreacji np. Jeżowskiej lub Rubika. Teraz wystarczy tylko zrobić zdjęcie i wysłać je na dowolny adres mailowy.

Jedną z największych atrakcji muzeum są budki nagraniowe. Zwiedzający mają do dyspozycji trzy kameralne studia. Wybiera się podkład muzyczny, na monitorach wyświetla się tekst, a ty śpiewasz i masz swoją sesję nagraniową. Nagranie potem można przesłać na maila. Opuszczam wystawę, nucąc utwór "Zielono mi". To pewnie sprawka neonu z tytułem piosenki, który wisi tuż przed wejściem na wystawę.

"Zielono mi i spokojnie. Zielono mi" - wciąż nucę, idąc do stojącej nieopodal Wieży Piastowskiej z przełomu XIII i XIV w. To kolejny symbol miasta i tu czekają na mnie kolejne atrakcje. Trudno dziś uwierzyć, że w tym miejscu znajdował się Zamek Piastowski, którego budowę rozpoczął Kazimierz I Opolski. Warownia została rozebrana w 1928 r., a wieża to jedyna pozostałość po twierdzy.

Wysoka na 35 m budowla jest świetnym punktem widokowym. Aby móc podziwiać panoramę miasta, trzeba pokonać 163 stopni. Nie jest to wbrew pozorom żadne wyzwanie, bo po drodze czeka na nas kilka niespodzianek. A to więźniowie tuż na początku naszej wspinaczki, którzy domagają się jedzenia, a to szczury chroboczące po podłodze, bo w dawnych czasach mieścił się tu loch, a także kuchnia, izba i wartownia. Na kolejnej kondygnacji przywita nas książę Bolko I, staniemy się też świadkami bitwy. Multimedialne ekspozycje to strzał w dziesiątkę. Po takich wrażeniach czeka na nas już tylko wejście na taras i podziwianie widoków.

Odbierz telefon od Agnieszki Osieckiej

Spacerując po mieście muzycznym tropem, zawędrowałam na Wzgórze Uniwersyteckie, zwane opolskim Akropolem lub po prostu Górką. To tutaj można podziwiać rzeźby Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego, Marka Grechuty, Czesława Niemena czy twórców Kabaretu Starszych Panów. Jest tu również pomnik poety Jonasza Kofty, Jerzego Grotowskiego czy rzeźba i grobowiec publicysty, politologa, posła i senatora Ziemi Opolskiej Edmunda Osmańczyka. Skwer Artystów to bez wątpienia jedno z najczęściej fotografowanych miejsc w mieście. Można przysiąść na ławeczce wśród polskich artystów, a nawet odebrać od nich telefon za pomocą aplikacji.

embed

fot. Urszula Abucewicz

embed

fot. Urszula Abucewicz

Górka jest ważna dla mieszkańców z jeszcze innego powodu. Według legendy w tym miejscu św. Wojciech chrzcił opolan. Kiedy zaś zabrakło wody do święcenia kolejnych wiernych, miał uderzyć pastorałem o ziemię, a wtedy z tego miejsca miało wytrysnąć "cudowne źródełko". Dziś znajduje się tam studnia św. Wojciecha. W miejscu, gdzie męczennik szerzył Słowo Boże stoi dzisiaj Kościół Matki Boskiej Bolesnej i Św. Wojciecha - nazywany potocznie kościołem Na Górce.

Zobaczycie też kamień z odciśniętymi stopami. To replika. Oryginał znajduje się we wrocławskim Muzeum Archidiecezjalnym. Według legendy to odcisk stóp Wojciecha Sławnikowica, który miał z takim żarem wygłosić kazanie, że kamień, na którym stał, rozgrzał się do czerwoności, a stopy przyszłego świętego zostawiły w nim swój odcisk.

Poza tym na uwagę zasługuje pomnik Joanny Gryzik, która nazywana jest Śląskim Kopciuszkiem. Półsierota, córka służącej, która pracowała u majętnego przemysłowca Karola Goduli, jako jedyna się go nie bała. Jego fizjonomia oszpecona w pożarze, trudny, wymagający charakter sprawiał, że ludzie nie pałali do niego sympatią. Tylko Joasi to nie przeszkadzało. Godula dostrzegł w niej również inteligencję i ścisły umysł. Zapisał więc sześciolatce cały majątek. Ta wykorzystała szansę od losu. Zdobyła wykształcenie i ponoć pomnożyła majątek aż siedmiokrotnie. Jej życiorys to materiał na osobną opowieść.

Miasto Piastów i trochę historii

Opole to nie tylko muzyka. Trzeba pamiętać, że to gród starszy nawet od królewskiego Krakowa. Pierwsza historyczna wzmianka o Opolu pojawia się w 845 r. W latach 1211-1230 rządy sprawował Kazimierz I Opolski z dynastii Piastów, który jako pierwszy zatytułował się księciem opolskim. Do dziś czuwa nad miastem i dumnie prezentuje się na Rynku. To jednak jego syn Mieszko II Otyły przed 1217 r. lokował miasto na prawie niemieckim.

Jeśli podążycie historią tego grodu, wstąpcie do jednego z najstarszych zabytków - kościoła oo. Franciszkanów. Znajdują się tu zabytki, które oddają ducha poszczególnych epok. Najstarszą częścią świątyni jest XIV-wieczne prezbiterium oraz kaplica św. Anny, zwana Piastowską, w której znajdują się pomniki nagrobne książąt opolskich: Bolka I, Bolka II, Bolka III i jego żony Anny. Ufundowana przez Piastów jako kaplica grobowa to jedyne zachowane na Opolszczyźnie dzieło nagrobnej sztuki średniowiecznej. W podziemiach kościoła spoczywają szczątki ośmiu książąt i pięciu księżnych opolskich. W tym wnuczki Władysława Łokietka - Elżbiety.

Mieszczanie na co dzień

"Sztuczne zęby, pojedynczo. Jako też całe szczęki. Po nader niskich cenach" - reklamował swoje usługi dentysta, który wynajmował dwupokojowe mieszkanie przy ul. św. Wojciecha 9. Pod tym adresem dziś mieści się Kamienica Czynszowa, w której można oglądać wnętrza mieszczańskie z lat 1890–1945 r. W XIX w. kamienica należała do rodzeństwa Nowaków, które prowadziło pensjonat dla dziewcząt. W latach 1902-1945 dom stanowił własność piekarza Johanna Nowaka. Dom zbudowany został pod wynajem mieszkań, co stanowiło dodatkowe źródło dochodu dla jego właściciela. Na wąskiej działce zaprojektowano dwupiętrową kamienicę z poddaszem, w której znalazło się sześć dwuizbowych mieszkań o powierzchni ok. 35 m kw. (po dwa mieszkania na każdej kondygnacji).

Kamienica to prawdziwy wehikuł czasu. Każde z pięciu mieszkań zostało wyposażone w innym stylu charakterystycznym dla danej epoki. Im wyższe kondygnacje, tym lokale bliższe naszym czasom. W tych niżej położonych znajdziecie na przykład lodówkę, która nie wymagała energii elektrycznej. Zobaczycie również ukrytą w stole zmywarkę czy pułapkę na muchy. Na strychu umieszczono pralnię i suszarnię. Można powiedzieć, że to taki trochę skansen mieszczański.

Zielone Opole

Gród Piastów ma również urokliwe miejsce, które nazywane jest opolską Wenecją. Bulwary i kamieniczki zbudowane tuż nad Młynówką - dawnym korytem Odry - szczególnie wieczorem robią wrażenie. Nazwa Młynówki, błędnie określanej kanałem, pochodzi od istniejących tutaj w XVII w. dwóch młynów - miejskiego i książęcego.

Trzeba podkreślić, że Opole jest naprawdę zielonym miastem. Pełnym parków, skwerów i otaczających je lasów. Prawie całe leży na obu brzegach Odry, ale zajmuje także dwie wyspy - Bolko i Pasiekę. Na pierwszą z nich - na środku Odry - postanowiłam dostać się rowerem miejskim. Bolko to ulubione miejsce rekreacyjne opolan. Po dotarciu tylko upewniłam się, dlaczego tak jest. Ścieżki piesze, rowerowe, place zabaw dla dzieci i majestatyczne, wiekowe drzewa. Świetne miejsce na złapanie oddechu. Taki zielony azyl w mieście. Na wyspie znajduje się także zoo. Można podziwiać okapi (poza tym osobniki tego gatunku żyją tylko we wrocławskim zoo), flamingi, które świetnie się tutaj czują, niedźwiedzie himalajskie, lemury czy goryle, które żyją sobie w kawalerskim stadzie.

Skansen i zawody, które przechodzą do przeszłości

Ostatniego dnia pobytu w mieście wyruszam do Muzeum Wsi Opolskiej. Na ponad 10 ha odtworzono pełny krajobraz kulturowy wsi opolskiej. Najstarsze drewniane budynki pochodzą najprawdopodobniej z początków XVII w. Jednym z nich jest spichlerz dworski ze Sławięcic (prawdopodobnie z 1610 r.). Zobaczycie chałupę z warsztatem wiejskiego krawca, dom młynarza, szkołę, kuźnię czy chałupkę biednego wyrobnika, zajmującego się nocnym stróżowaniem we wsi. Także karczmę i sklep wiejski, które wyposażone zostały w oryginalne meble czy detale charakterystyczne dla tego typu obiektów (szynkwas, reklamy produktów, stół do gry z tzw. "grzybkiem"). Nie może zabraknąć również kuźni i młyna, a także kościółka. Na terenie skansenu odbudowany został kościół przeniesiony z Gręboszowa.

embed

fot. Urszula Abucewicz

Tuż pod emporami (galeria umieszczana w kościołach nad nawami bocznymi lub wejściem) moją uwagę zwracają tablice z wyciągniętymi rączkami. Podtrzymują tacki, na których umieszczono suszone wianki. To epitafia. Upamiętniają przedwcześnie zmarłe dzieci. Suszone wianki były symbolem niewinności. Najstarsza tablica pochodzi z 1786 r., inne z XIX w. Rodzice w ten sposób oddają cześć córeczce Hanusi Knosalonce. W kościółku zgromadzono również inne epitafia: 17-letniej Zuzanny Matuszczanki czy Augusta Nowaka. Ich widok przywołuje również refleksję, że przecież w tamtym czasie trwała agresywna germanizacja, a na tablicach zachowano piękny staropolski język.

Kiedy przybywam do muzeum, mam to szczęście, że trafiam na weekendowe spotkania z kulturą ludową, a dokładnie na cykl pokazów "Ginące zawody". Można było zobaczyć, jak się plecie wiklinowe koszyki, spotkać z kowalem czy pszczelarzem, spróbować ogórków ukiszonych z dodatkiem liści dębu, podpatrywać koronkarki czy uczestniczyć w zdobieniu jaj tradycyjnymi technikami.

W jednej z chat spotykam Teresę Luchowską, która należy do Śląskiego Koła Koronki Klockowej i przy użyciu tzw. klocków wyczarowuje cuda.

- Jak to się robi? Po prostu się tka - słyszę od koronkarki, która od sześciu lat, posługując się tą techniką, tworzy cudne serwetki i obrusy. Gdy patrzy się na jej warsztat pracy, można złapać się za głowę. Pani Teresa posługuje się 50 klockami.

- Najpierw człowiek się zastanawia: jak sobie z tym poradzę? Poradzę sobie! Żeby nauczyć się czytać, trzeba było poznać alfabet. I tu jest ta sama zasada. Najpierw trzeba poznać techniki koronki, a potem nimi żonglować. Na początku używa się pięciu par klocków. Z biegiem nabierania wprawy liczba klocków stopniowo jest zwiększana - słyszę od mojej rozmówczyni.

embed

fot. Urszula Abucewicz

Klocek to podłużna szpulka, często drewniana. Technika polega na przeplataniu wielu nici nawiniętych na klocki. Dzięki temu powstaje tzw. płócienko tworzące formy ornamentu i różne rodzaje siateczek w tle oraz wypełnieniach motywów. Koronkę podczas tworzenia umieszcza się na specjalnej poduszce z umieszczonym na niej wzorem. Technika umożliwia uzyskanie delikatnych ażurowych wyrobów o bardzo różnorodnych wzorach.

W innej chacie spotkałam Dorotę Garbiec, która prezentowała powstawanie pisanek metodą batiku. - W domu na każdą Wielkanoc piszemy pisanki. To tradycja rodzinna, którą zaszczepiła w nas babcia. Pisanki metodą batiku powstają poprzez nakładanie rozgrzanego wosku na jajko i barwienie go na różne kolory - opowiada.

embed

fot. Urszula Abucewicz

Znakiem rozpoznawczym Opolszczyzny jest kroszonka. Na zafarbowanym jajku wyskrobuje się ostrym narzędziem (brzytwą, nożykiem) wzory, przeważnie geometryczne i kwiatowe. Opolski wzór z polnymi kwiatami: chabrami, makami, niezapominajkami, słonecznikami i zielonymi liśćmi znalazł się na krajowej liście niematerialnego dziedzictwa kulturowego. To efekt starań Opolskich Dziouch, grupy, która promuje opolski wzór na użytkowych gadżetach i porcelanie. Wpisanie na listę dziedzictwa niematerialnego otwiera drzwi do wpisania kroszonki na listę UNESCO.

Technika po raz pierwszy użyta została na Śląsku Opolskim w XIX w., wcześniej znano zdobienia jajek za pomocą wosku i drewnianego patyczka. Zwykle jajka wielkanocne zdobiły przed świętami panny, aby w Poniedziałek Wielkanocny obdarować nimi kawalerów za polewanie ich wodą. Te, które cieszyły się sporym zainteresowaniem, musiały odpowiednio wcześniej zacząć pracę, żeby nie odprawić żadnego z pustymi rękami. Kroszonki, a raczej ich kolory, miały symboliczne znaczenie. Zielone jajka dawano uczniom i podrostkom, czarne jajka przeznaczano dla osób starszych i szanowanych. Fioletowe jajka dziewczyny dawały starszym kawalerom. Dla wybranków serca miały wydrapane czerwone i brązowe, na których czasem zamieszczały krótkie wierszyki. Otrzymanie żółtego jajka równoznaczne było z odrzuceniem zalotów kawalera.

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu skansenu przyszedł czas na posiłek. Jadę więc do słynnej naleśnikarni Grabówka zwabiona pozytywnymi recenzjami i anegdotami o tym, że podczas festiwalu w długim ogonku do okienka, w którym składa się zamówienie, cierpliwie na swoją kolej czekają gwiazdy polskiej piosenki. Bez gwiazdorzenia i fochów. Ja odwiedzam Opole poza festiwalowym sezonem, bez kolejki i długiego czekania szybko otrzymuję swoje zamówienie. Za przystępną cenę (14 zł) zjadłam naprawdę dobry posiłek. Teraz czas na Parzuchę, czyli kawę paloną w opolskiej palarni. Gdy się ją pije, wyczuwa się nuty czekolady i orzechów. A na koniec dobrze wszystkim zrobi kieliszeczek oleskiej śmietankówki, czyli słynnej "świeżej śmietanki z odrobiną alkoholu".

embed

fot. Urszula Abucewicz

Opole ma wiele do zaoferowania. To zielone, nowoczesne miasto, które nie tylko żyje w rytm polskiej piosenki.

Kontakt z autorką Urszulą Abucewicz za pośrednictwem jej Facebooka.