Harnaś i Kuba wożą turystów nad Morskie Oko. "To nie są konie pociągowe"

Polacy korzystają z ostatnich dni wakacji. Tatry przeżywają prawdziwe oblężenie. Codziennie na szlak wchodzi kilka tysięcy osób i niestety wiele z nich, wbrew idei chodzenia po górach, woli dojechać do Polany Włosienica, skąd jest bardzo blisko nad Morskie Oko, wykorzystując cierpienie zwierząt. Czy można położyć temu kres? Czy Tatrzański Park Narodowy rozważa wprowadzenie pojazdów elektrycznych?

Ewa Harapin, która w wieku 12 lat zachorowała na nowotwór i w następstwie choroby musiała mieć amputowaną nogę, w ubiegłym miesiącu o własnych siłach weszła nad Morskie Oko i nad Czarny Staw pod Rysami. Już we wrześniu w ramach projektu Do góry kulami wejdzie z Klaudią Knieją na Szpiglasowy Wierch, który ma 2172 m n.p.m. Pani Ewa mimo woli zwróciła uwagę na zasadność funkcjonowania transportu konnego na trasie wiodącej nad Morskie Oko.

Część tradycji?

Zwolennicy transportu konnego tłumaczą, że to część tradycji i dlatego nie powinno się z niego rezygnować. Wozy konne, które kursują na tej trasie, wprowadzono pod koniec lat 80. XX w. Od 1910 r. do samego schroniska można było dojechać autobusem, samochodem czy motocyklem. Jeszcze na początku lat 80. XX w. do Polany Włosienica kursowały liniowe autobusy pospieszne z Zakopanego.

Wszystko zmieniło się w 1988 r., gdy doszło do osuwisk ziemi w okolicach Wodogrzmotów Mickiewicza i uszkodzenia szosy. Drogę najpierw zamknięto, potem zmodernizowano. Po remoncie na trasę nie wróciły już ani samochody, ani autobusy. Wprowadzono dorożki konne, które pod koniec XX w. przybrały kształt wozów konnych, konstruowanych na podwoziu samochodów dostawczych, mogących przewozić nawet 30 pasażerów. I od tego momentu zaczęło się cierpienie zwierząt.

Na ich trudny los zwracali uwagę przewodnicy tatrzańscy, jednak przełomowym momentem był 2009 r., kiedy na Włosienicy walczył o życie sześcioletni koń Jordek. Jeden z turystów nagrał sytuację, a film opublikował w internecie. Rozpętała się burza, ale też zaczęła się zmieniać postawa społeczna w kwestii wykorzystywania zwierząt pracujących nad Morskim Okiem.

- Widzimy zmianę społeczną, co nas bardzo cieszy - mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt Viva! - Ludzie stali się bardziej wrażliwi na krzywdę koni. Nagrywają różne sytuacje, których są świadkami i potem do nas przesyłają. Udało nam się wypracować zmianę społeczną szybciej niż zmianę formalną. Nie chodzi o zmianę przepisów, bo przepis jest dobry. Ustawa o ochronie zwierząt w artykule 6 zakazuje przeciążania zwierząt pociągowych i jucznych ładunkiem w sposób oczywisty nieodpowiadającym ich sile i kondycji oraz zmuszania ich do zbyt szybkiego biegu.

Regulamin do zmiany

- Problem polega na nieprzestrzeganiu tego przepisu przez Tatrzański Park Narodowy i na przeciążaniu zwierząt ponad miarę. Zootechnicy, którzy opiniowali dla TPN regulamin przewozów konnych, popełnili szereg błędów obliczeniowych, przez które ich wyniki przeczą podstawowym prawom fizyki. Wady tych "analiz" potwierdził biegły sądowy w opinii zleconej przez prokuraturę - tłumaczy.

Beata Czerska, prezes Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami, również zwraca uwagę na błędne wyliczenia zawarte w regulaminie. Dodaje, że jest z wykształcenia inżynierem i potrafi prawidłowo wyliczyć, ile koń na trasie do Morskiego Oka może uciągnąć, żeby nie był przeciążany. Aktywistka bazuje na podręczniku prof. Bryły z 1927 r., który był stosowany w czasach, gdy konie były powszechnie użytkowane. Naukowiec podaje, że dla trasy o nachyleniu średnim 5 proc. i prędkości jazdy ok. 1,9 m/s całkowita masa ładunku przypadającego na jednego konia nie powinna przekraczać 300 kg (brutto).

- To oznacza, że w warunkach, w jakich pracują dzisiaj konie w Morskim Oku, ich ładunek jest źle dobrany i za duży o ok. tonę, a jedynym pojazdem, jaki mógłby tam jeździć, jest lekka dorożka! - podkreśla.

To nie są konie pociągowe

Organizacje prozwierzęce domagają się wykonywania rzetelnych badań lekarsko-weterynaryjnych stanu zdrowia zwierząt dopuszczanych do pracy, a także chcą doprowadzić do zmian w regulaminie przewozów konnych.

- To nie są konie pociągowe, to są konie m.in. rasy śląskiej, a więc przeznaczone do lekkiej jazdy pociągowej, czyli do bryczki. Trudno nazwać dwutonowy wóz bryczką (ważący tyle z pasażerami). Nawet na roli konie tak ciężko nie pracują. Gdyby nastąpiły te zmiany, o których wdrożenie postulujemy, to czas użytkowania zwierząt na drodze do Morskiego Oka wydłużyłby się, bo dzisiaj wynosi ok. 3,5 roku - stwierdza Czerska. - Zależy nam na tym, żeby zwierzęta odciążyć do poziomu sił normalnych, zapewniając pracę w reżimie zgodnym z obowiązującą ustawą o ochronie zwierząt.

Zarzuty o błędy w regulaminie i ekspertyzach odrzuca Tatrzański Park Narodowy, powołując się na autorytet dra hab. Ryszarda Kolstrunga, który jest cenionym specjalistą z Katedry Hodowli i Użytkowania Koni Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie.

- Ekspertyzy i opracowania dotyczące pracy koni na drodze do Morskiego Oka są różne, kilka z nich jest przedstawionych na stronie internetowej Tatrzańskiego Parku Narodowego w zakładce "przewozy konne". Ekspertyza Pani Beaty Czerskiej jest jedną z nich. Nie ma jednoznacznej zgody wśród autorów przedstawionych opracowań w kwestii norm lub udźwigu, które można stosować przy pracy koni. W ekspertyzie pani Beaty również wytknięto błędy. Dr Kolstrung jest cenionym specjalistą w swojej dziedzinie, opieramy się na jego autorytecie - odpowiada Zbigniew Kowalski z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Kowalski zwraca uwagę, że konie pracujące na drodze do Morskiego Oka poddawane są corocznym obowiązkowym badaniom weterynaryjno-hipologicznym.

- Badania przeprowadzają zarówno lekarze weterynarii opłacani przez organizacje prozwierzęce, jak i wskazani przez właścicieli koni oraz Tatrzański Park Narodowy. Ich wyniki przeczą zarzutom organizacji prozwierzęcych. W 2013 r. Fundacja Viva! zleciła weterynarzowi Pawłowi Golonce wykonanie badań poziomu kinazy kreatyninowej (CK) we krwi u koni pracujących w Morskim Oku. CK to enzym określający stopień "zmęczenia" mięśni szkieletowych i mięśnia sercowego u koni. Miały jednoznacznie wykazać, czy konie pracują w przeciążeniu. Badanie przeprowadzone u jednej trzeciej koni pracujących na drodze do Morskiego Oka nie wykazało przekroczenia norm CK we krwi. W sytuacji gdyby konie z Morskiego Oka pracowały w takich przeciążeniach, o jakich mówi Fundacja Viva!, stężenie CK we krwi u wszystkich koni musiałoby znacznie przekroczyć normę - tłumaczy przedstawiciel TPN.

- Co więcej, w 2015 r. zaproszona do komisji i badająca konie z Morskiego Oka z ramienia Vivy! lekarz weterynarii przed kamerami zarzuciła fundacji niezgodne z prawem naciski o nieujawnianie niekorzystnych (z punktu widzenia organizacji prozwierzęcych) wyników badań, świadczących o dobrych parametrach fizjologicznych kontrolowanych koni. Pani doktor nie dokończyła badań, została zastąpiona kolejnym lekarzem weterynarii - kontynuuje Kowalski i dodaje, że wpływ na treść najnowszego regulaminu miała również lek. wet. Bożena Latocha, działająca z ramienia Fundacji Viva!

- TPN jak zwykle mija się z prawdą. Wyniki badań koni, choć obarczone licznymi błędami z powodu wadliwej organizacji badań, wskazują na przeciążenia u zwierząt. Dodatkowo zakończenie współpracy z lek. wet. Ludmiłą Stypikowską spowodowane było moją utratą zaufania do pani doktor po tym, jak bez konsultacji z nami zgodziła się na zmiany regulaminu niekorzystne dla koni oraz po przebadaniu zaledwie kilku koni udzieliła mediom wywiadów o ich doskonałej kondycji, choć po przebadaniu wszystkich zwierząt wnioski nie były już takie optymistyczne - mówi Anna Plaszczyk.

Prezes TTOZ Beata Czerska zwraca natomiast uwagę, że plan badań wysiłkowych, na których bazie konie są dopuszczane do pracy, jest zły i nie pozwala na rzetelną ocenę stanu zdrowia zwierząt. - Nie było badań narządu ruchu, a parametry tętna i oddechu to jednak za mało. Dodatkowo nie nadzoruje się w ogóle ładowności wozu w trakcie próby wysiłkowej ani czasu przejazdu, umożliwiając wolniejszą jazdę i postoje, konie badane przez komisję TPN często przyjeżdżają "na pusto" lub z niedoładowanymi wozami, nie zapisuje się godziny przyjazdu i czasu wykonywania badania. Są duże opóźnienia na poszczególnych bramkach, gdzie zwierzęta są badane przez weterynarzy. W tych warunkach nie da się rzetelnie ocenić ani stanu zdrowia koni, ani nawet stopnia wytrenowania poszczególnych zwierząt - tłumaczy Czerska.

TPN uwzględnił sugestie różnych organizacji i wprowadził wymóg badania narządu ruchu. Co nie zmienia faktu, że sprawa dotycząca poszczególnych wykonanych już ekspertyz jest analizowana przez prokuraturę w Limanowej w związku ze sprawą wniesioną wobec starosty tatrzańskiego, dyrektora TPN oraz prezesa Stowarzyszenia Przewoźników do Morskiego Oka.

Konie w podkowach na obcasach

Poza błędami w regulaminie Anna Plaszczyk zwraca uwagę m.in. na pracę koni w kłusie, która jest zabroniona.

- Konie pracują na asfalcie w podkowach hacelowych. Można rzec, że w takich jakby podkowach na obcasach. Proszę sobie wyobrazić, że kobieta chodzi całe życie na obcasach. Zgodnie ze sztuką hacele po każdym powrocie do stajni powinny być wykręcane, żeby zwierzę mogło stać w naturalnej pozycji. Niestety, są one przyspawane na stałe. Do tego dochodzi praca w kłusie, bo konie tak pokonują całą drogę w dół. Przekładając to na człowieka, można powiedzieć, że bieganie po asfalcie jest bardzo złe dla układu ruchu, np. stawów. Tak samo jest w przypadku koni.

- Nawet jeżeli zmniejszymy im ciężar, wymyślimy cudowne hamulce, które będą za nie hamować, to one i tak wciąż będą biegły kłusem, żeby było szybciej, żeby więcej pasażerów przewieźć, żeby więcej zarobić. Konie więc zawsze będą cierpiały, w związku z czym dla nas najrozsądniejsza jest likwidacja tego transportu - dodaje aktywistka.

Plaszczyk z Fundacji Viva! zdradza, że organizacja, którą reprezentuje, przyjmie pod opiekę wszystkie konie, które w wyniku likwidacji transportu konnego do Morskiego Oka miałyby trafić do rzeźni.

- Będziemy je leczyć i zapewnimy im emeryturę do naturalnej śmierci, więc jeśli by się tak okazało, że 340 koni z dnia na dzień straci pracę, my przyjmiemy je z otwartymi ramionami -  zapewnia.

O likwidacji nie ma mowy

Jak na razie TPN nie zamierza wprowadzać takiego scenariusza w życie.

- Tatrzański Park Narodowy na razie nie ma zamiaru przeprowadzić radykalnej zmiany dotyczącej usług przewozów konnych na drodze do Morskiego Oka. Nie ma żadnego orzeczenia sądowego ani innego dokumentu stwierdzającego, że transport konny do Morskiego Oka jest nielegalny - odpowiada Kowalski i przytacza komunikat głównego lekarza weterynarii z 27 sierpnia 2014.

- "Użytkowanie koni pociągowych do przewozu osób nie jest działaniem niezgodnym z przepisami o ochronie zwierząt. Nie ma więc podstaw do wydania zakazu prowadzenia takiej działalności". Udało się doprowadzić do powstania regulaminu przewozów konnych (obecnie obowiązujący został wprowadzony zarządzeniem Dyrektora 19 kwietnia 2018 roku); jego zapisy były konsultowane zarówno z ekspertami z zakresu weterynarii i hipologii, jak i organizacjami prozwierzęcymi. Skarga na wprowadzony regulamin wniesiona przez Fundację Viva! została w sierpniu 2018 r. odrzucona przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie - dodaje.

Drugie dno

Plaszczyk sugeruje, że być może TPN kieruje się względami finansowymi, a nie etycznymi.

- Problem polega na tym, że Tatrzański Park Narodowy zarabia na tym biznesie. 1500 zł od jednego fiakra. Rocznie daje to kwotę ok. miliona złotych. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że TPN dostaje dotację z ministerstwa w kwocie 4 mln zł, to ten milion od fiakrów z Morskiego Oka jest znaczącą częścią budżetu. Oczywiście TPN ma również wpływy z biletów (ok. 8 mln zł). Porównując jednak dotację ministerialną z milionem od fiakrów, nic dziwnego, że nie podejmują decyzji o likwidacji transportu konnego. Uważam, że TPN cechuje się brakiem odwagi cywilnej, żeby przyznać, że to jest złe i powinno się to zakończyć. Wygodniej jest im udawać, że nie ma problemu niż podjąć zdecydowane działania - stwierdza pani Ania z Fundacji Viva!.

- Z uzyskanego przychodu TPN musi opłacić dzierżawę pasa drogowego dla zarządzającego drogą Starostwa Powiatowego w Zakopanem. Z tych pieniędzy pokrywane są też koszty obowiązkowych badań dla koni czy napraw miejsc postoju dla koni. Zbudowana również została wiata dla koni - słyszę od Kowalskiego z TPN. - Roczny budżet TPN-u wynosi ok. 20 mln zł - dodaje.

Fiakrzy skazani

Tuż przed wybuchem epidemii po raz pierwszy dwóch fiakrów zostało skazanych za znęcanie się nad zwierzętami. Do zdarzeń, po których stanęli przed sądem, doszło w 2016. Pierwszy z mężczyzn, Jan W., zmuszał siedmioletniego konia Maksa do pracy z pękniętym kopytem. Przed sądem przekonywał, że nie miał świadomości, że taki uraz powoduje u konia ból. Drugi z fiakrów, Wojciech Ch., nie zadbał o to, żeby zapewnić koniom odpowiednie przerwy w pracy. W dokumentach podał, że przeprowadził dwa kursy i w każdym z nich skorzystał z innej pary koni. Tymczasem trzykrotnie skorzystał z tej samej pary - potwierdził to monitoring. Zwierzęta jeździły do Morskiego Oka bez żadnej przerwy. Jeden z przemęczonych koni - dziewięcioletni Shann - upadł na trasie. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch., ale mężczyzna sam zrezygnował z pracy.

Sąd uznał mężczyzn za winnych, ukarał ich jednak wyłącznie grzywną. Każdy z nich musi zapłacić łącznie 3100 zł.

- Stwierdzenie, że "fiakrzy nie dbają o konie i wykorzystują je ponad miarę" jest, jak każda generalizacja, krzywdzące dla większości z nich. Zdarzały i pewnie zdarzać się będą pojedyncze przypadki niewłaściwego traktowania koni, ale gdy uda się potwierdzić takie sytuacje, wyciągane są konsekwencje wobec fiakra. Wszelkie zgłoszenia do TPN o niewłaściwym traktowaniu koni lub naruszaniu regulaminu (niektóre potwierdzane nagraniem lub zdjęciem) wyjaśniamy - zapewnia Zbigniew Kowalski.

- Dopasowanie koni do pracy związanej z przewozami ludzi i współpracujących ze sobą jest bardzo trudne. Gdy uda się więc znaleźć i dobrać odpowiednie, to większość fiakrów stara się jak najlepiej o nie dbać, aby służyły do pracy jak najdłużej, bo dla wielu wozaków są podstawą ich działalności zarobkowej. W przypadku incydentów, które zdarzają się na drodze do Morskiego Oka w czasie pracy, jak potknięcia czy spłoszenia koni, sami fiakrzy informują pracowników TPN, wiedząc, że w dzisiejszych czasach zatajenie tego faktu jest prawie niemożliwe - tłumaczy.

Do sprawy jednego ze skazanych fiakrów odniosła się Anna Plaszczyk.

- W przypadku Wojciecha Ch. w postępowaniu sądowym udowodniono, że zapisy w dzienniczku pracy koni nie zgadzały się z rzeczywistością, a przewrócenie się konia na trasie fiakier próbował zataić, więc trudno tu mówić o pomówieniach. Tym bardziej, że fakty te przed sądem potwierdzali również pracownicy TPN. Jednak wcześniej, mając świadomość łamania przepisów przez fiakra, nie zawiadomili organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad końmi, a sprawa do sądu trafiła tylko dzięki Vivie! Właśnie tak los koni nie jest obojętny Tatrzańskiemu Parkowi Narodowemu - twierdzi.

Pojazdy elektryczne

Może więc rozwiązaniem jest wprowadzenie pojazdów elektrycznych kursujących na trasie do Morskiego Oka?

- W 2014 r. testowano pojazdy elektryczne. Pojawiła się firma, która chciała się tym zająć. Panowie mieliby je prowadzić, więc dla nich nic by się nie zmieniło, a nawet w ciągu godziny mogliby przewieźć o dwie osoby więcej, a to znaczy, że i zarobić więcej. Z tego, co udało się nam dowiedzieć, część fiakrów była otwarta na zmianę, a część zdecydowanie przeciwna. Kiedy próbowaliśmy dociec dlaczego i zapytaliśmy o to jednego z nich, usłyszeliśmy: "nie, bo nie". Gdy to usłyszałam, przestałam im współczuć. Skoro dostali alternatywę i z niej nie skorzystali, to nie widzę powodu, dla którego wciąż powinnam zajmować się kwestią tego, z czego będą żyli. My zajmujemy się zwierzętami, to one nie mają wyboru. Człowiek zawsze ma wybór.

- Mimo że dotychczasowe badania nie wykazały przeciążeń koni, a opinie specjalistów przeczą tezom o przemęczeniu koni, wyszliśmy naprzeciw osobom, które uważają, że praca dla koni na tej trasie jest zbyt ciężka i rozpoczęliśmy prace nad wspomaganiem elektrycznym wozów. Prototyp takiego wozu przeszedł fazę testów. Niestety w styczniu 2018 r. uległ spaleniu. Tatrzański Park Narodowy zlecił wykonanie nowego prototypu. Gdy zostanie dostarczony, zaczną się kolejne testy. Mamy nadzieję, że jeśli uda się to rozwiązanie wprowadzić w życie, rozwieje na dobre wszelkie wątpliwości dotyczące tego, czy konie w Morskim Oku pracują ponad siły - przedstawia stanowisko Tatrzańskiego Parku Narodowego Zbigniew Kowalski.

Kowalski przekonuje, że to rozwiązanie ma pozwolić na kultywowanie tradycyjnej na Podhalu formy transportu, utrzymanie dużej, bo ok. 300 sztuk, hodowli koni, umożliwienie społeczeństwu kontaktu z tymi zwierzętami, przy jednoczesnym zapewnieniu im możliwie najlepszych warunków pracy i dobrostanu. - Co ciekawe, organizacje prozwierzęce nie wyraziły chęci udziału w opracowywaniu wozu. Wręcz przeciwnie, od samego początku były negatywnie nastawione do projektu. Trudno nam to zrozumieć w sytuacji, gdy wspomaganie ma służyć poprawieniu warunków pracy koni - dodaje.

- Na koniec chcemy podkreślić, że los koni nie jest nam obojętny, czego wyrazem jest szereg działań podejmowanych przez nas od lat. Jednak dopóki szanowani w kraju i na świecie specjaliści od koni nie opowiedzą się za likwidacją tej formy transportu w Morskim Oku, nie możemy ulegać naciskom kilku organizacji prozwierzęcych, których przedstawiciele nie mają kwalifikacji do wypowiadania się na temat zdrowia koni. Zarzuty o znęcanie czy zamęczanie koni na tej trasie można rozpatrywać w kategorii pomówień, bo nie znajdują potwierdzenia w wypowiedziach osób kompetentnych w tej dziedzinie ani w wynikach badań.

Aktywiści apelują do dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego "o odwagę, honor i zwykłą ludzką przyzwoitość. Wzywamy Pana do bezzwłocznego podjęcia odpowiednich działań!" - czytamy w petycji dotyczącej natychmiastowej likwidacji transportu konnego na trasie do Morskiego Oka.