Kazimierz Nóżka: Jestem szczęśliwy, że mieszkam sobie w Bieszczadach, gdzie wszystko toczy się w harmonii, w ładzie, w porządeczku

Pewna wilczyca przewodzi watasze. Gangi walczą ze sobą o wpływy i terytoria. Niedźwiedź Józefek, wyjątkowy smakosz zachodzi za skórę pszczelarzom. A Aga? Słynna niedźwiedzica z Baligrodu? Co u niej słychać? Marcin Szumowski, dziennikarz Polsatu po raz kolejny nakłonił Kazimierza Nóżkę - leśniczego leśnictwa Polanki - do zdradzenia tajemnic ze świata bieszczadzkich ludzi i zwierząt. I tak powstała książka "Wilczy gang".

Urszula Abucewicz, Podróże Gazeta.pl: Trzymam w ręku waszą najnowszą książkę. Jej tytuł to „Wilczy gang”. Dlaczego nie wataha?

Marcin Szumowski: Myślę, że to słowo doskonale pasuje do wilczego towarzystwa, które działa trochę jak gang. Podporządkowuje sobie tereny, dzieli łupy i rządzi. W dodatku często dochodzi między nimi do różnych konfliktów. Leje się krew i likwidowani są konkurenci. Granice wpływów są dobrze zaznaczone i rzadko przekraczane. To brutalny świat, stąd i gangsterski tytuł.

Kazimierz Nóżka: Wszystkim wilki kojarzą się z watahą. Z zorganizowaną społecznością, w której zwierzęta te tworzą grupy i podgrupy. Myślimy, że się lubią i przyjaźnią w tej leśnej przestrzeni. Nie możemy sobie wyobrazić, że jeden wilk może zabić drugiego. A czasami jest tak, że jeden gang wejdzie drugiemu w drogę, dochodzi do ostrego starcia i bywają ofiary śmiertelne. W ich świecie obowiązuje podział terytorium, podział łupów. Zwierzęta muszą się dostosować i liczyć z tym, że jeśli złamią panujące reguły - mogą od kogoś oberwać. Od innego towarzysza z innej grupy czy z innego gangu.

Czy matriarchat często się u nich zdarza? Opisujecie matronę, która rządzi zgrają wilków. Jak to się stało, że zdobyła władzę?

M.Sz: To nie jest kwestia matriarchatu, bo czegoś takiego u wilków nie ma. Jest samiec alfa i samica alfa. Akurat w tym opisywanym „związku” wadera ma nieco mocniejszy charakter niż basior. Często wychodzi przed samca alfa i to ona ustawia grupę.

Kilka razy nagrała się na fotopułapce. Zazwyczaj Kazio nazywa zwierzęta, a tym razem ja pozwoliłem sobie wybrać dla niej imię i nazwałem tę waderę Zołzą.

K.N.: Tylko że ja nadaję piękne imiona.

Kazimierz Nóżka: Jestem szczęśliwy, że mieszkam sobie w Bieszczadach, gdzie wszystko toczy się w harmonii, w ładzie, w porządeczkuKazimierz Nóżka: Jestem szczęśliwy, że mieszkam sobie w Bieszczadach, gdzie wszystko toczy się w harmonii, w ładzie, w porządeczku Paweł Lewandowski

Rok temu w Bieszczadach w Hoszowie jednej tylko nocy wilki zagryzły 13 psów. W Rabem zabiły dorosłego konia, w Bandrowie Narodowym: u jednego gospodarza - dwie jałówki, u drugiego - źrebaka, u trzeciego - dziesięć owiec. Ludzie się boją, że wilk może porwać człowieka. Czy rzeczywiście wilki są takie niebezpieczne?

K.N.: Tereny, o których mowa, to jest taki styk dzikiej zwierzyny z człowiekiem. Trudno kochać kogoś, kto rozszarpuje krowę, owcę czy psa. Trzeba wejść w skórę takiego rolnika, który wstaje rano i widzi, że w rowie leży rozpruta krowa czy cielaki. Trudno zachować w takich sytuacjach zimny umysł i się nie zdenerwować. Trzeba by więc tę kwestię w jakiś sposób uregulować, ale kto się tym zajmie to jeden Pan Bóg wie.

Rolnicy żądają odstrzału wilków, a przecież zwierzęta te są pod ochroną.

M.Sz.: Wilki są pod ścisłą ochroną. To jest pytanie do naukowców, biologów i do całej rzeszy ludzi, którzy zajmują się tym zagadnieniem. Nie da się ukryć, że wilków jest coraz więcej. Mają coraz liczniejsze potomstwo. W Bieszczadach była widziana wataha licząca ponad 20 wilków. Zazwyczaj wilcza rodzina to 6-8 osobników, zatem ich liczebność zaczyna przybierać rozmiary wykraczające poza pewne normy. Jeśli taka sytuacja się utrzyma, w pewnym momencie trzeba będzie zarządzać wilczą populacją. Jak to robić? Myślę, że może trzeba powołać zespół naukowców. Powinni się zastanowić , jak rozwiązać ten problem. Z bronią wkraczać trzeba ostrożnie, bo można zrobić więcej złego niż dobrego.

Od tego tematu jednak nie uciekniemy. Na pewno będzie powracał w przypadkach, gdy zaatakowane zostaną psy, trzoda czy konie. Sensem wilczego życia jest polowanie. Zapewnienie sobie i swojej rodzinie pokarmu. Wilk musi gdzieś pożywienie zdobyć. Jeśli łatwo mu je zdobyć przy człowieku, to będzie to robił. Nie można za to go winić, bo taka jest jego biologia. Skuteczne sposoby na ochronę przed wilkami są i się sprawdzają. Jeśli mimo wszystko wilk staje się natarczywy i stwarza zagrożenie, wówczas można rozważyć ostateczne kroki. Odstrzał powinien być zawsze ostatecznością.

Jeśli chodzi o ataki na człowieka, to dwa lata temu wilk zaatakował dwójkę dzieci. Nie wiadomo dlaczego.

M.Sz.: Był prawdopodobnie przetrzymywany przez człowieka, bo miał mocno starte pazury. Może to oznaczać, że był trzymany w pomieszczeniu z betonową posadzką. Takie rzeczy się niestety zdarzają, gdy ludzie wybierają wilczątka z nor. Wilk inaczej się rozwija niż pies. Gdy wchodzi w okres dojrzewania staje się agresywny, zaczyna walkę o dominację, człowiek się go boi, więc się zwierzęcia pozbywa. A taki wilk już nie boi się człowieka i staje się niebezpieczny.

Kiedyś ktoś mi powiedział mi, że strach przed wilkami jest wynikiem popkultury i nie powinniśmy się ich bać. To one boją się człowieka, więc szybko uciekną. Gdy je więc zobaczymy, to powinniśmy się nimi zachwycić, ponieważ ten moment będzie trwał bardzo krótko.

K.N.: Proponowałbym, żeby ta osoba wczuła się w rolę pani Stefanii z Bukowca, babci, która z grupą wnucząt idzie środkiem wsi i naprzeciw drogą w stronę Korbanii w biały dzień między 11.15 a 11.30 maszerują trzy dorosłe wilki. I ta babcia ma stanąć z tymi dziećmi i patrzeć na nie bez strachu, a wręcz mówić im: „podziwiajcie wilki”?

Nikt do końca nie potrafi przewidzieć zachowania dzikiej zwierzyny, szczególnie drapieżników. Trzeba ludziom mówić, żeby uważać, żeby czuć przed tymi zwierzętami respekt i pamiętać, że mogą być groźne. Przecież ułożone psy domowe mogą pogryźć dziecko czy też zrobić krzywdę ludziom, a co dopiero zwierz, którego nie znamy i nie znamy jego zamiarów.

M.Sz.: Też byłbym daleki od mówienia: „nie bójmy się”. Raczej powiedziałbym: „czujmy respekt”. Przed niedźwiedziem, wilkiem, jeleniem czy każdym większym zwierzęciem. Spójrzmy na przykład na dziki. W nadmorskich miejscowościach traktowane są jak miejscowa atrakcja. Często są dokarmiane przez turystów, bywa że nawet z ręki. A to niebezpieczne zwierzęta. Zwłaszcza odyniec, posiada zabójczą broń. Ma szable, którymi jest w stanie zabić człowieka. Wystarczy jedno uderzenie w udo, przecięcie tętnicy i człowiek się wykrwawi zanim dotrze pomoc.

Niebezpiecznie bywa też, gdy niedźwiedź ruszy za nami w pogoń. Panie Kaziu, przeżył pan kilka takich ucieczek. Jak się zachować, gdy nagle futrzak stanie na naszej drodze?

K.N.: Takich niebezpiecznych sytuacji było kilka. Są bardzo do siebie podobne i nie dają o sobie zapomnieć. Kiedy człowiek widzi jak nagle potężna masa cielska zaczyna rozwijać niesamowite szybkości, to wydaje się, że ucieczka jest niemożliwa. Taka pogoń dzieje się w sekundę, a potem

szczególnie przed zaśnięciem, gdy człowiekowi przewija się przed oczyma leśne życie, wracają klatki, na których uciekam przed niedźwiedziami. Oczywiście te miłe przeżycia też pojawiają się przed snem, ale niestety częściej mój mózg przywołuje sytuacje ucieczek przed Borysem czy inną bestią.

I myślę sobie wtedy, że mimo tego, że znam instrukcje i wiem, jak powinienem się zachować, w organizmie włącza się automatyzm. Głowa mówi: „Stój! Nie ruszaj się!”, a nogi człowieka niosą gdzieś, gdzie wydaje mu się, że będzie bezpieczny. A gdy się ucieka, to niedźwiedź zazwyczaj goni. Zachowuje się prawie jak pies.

Gdy więc już sytuacja ucieczki ma miejsce - to zrzućmy coś z siebie: kurtkę, plecak, czapkę. Z nadzieją, że na chwilę zwierzę zatrzyma się przy tej rzeczy, a my będziemy mieli chwilę czasu na reakcję - co dalej zrobić.

Jak uniknąć takiej sytuacji?

M.Sz.: Jeśli idziemy szlakiem mniej uczęszczanym, pogwizdujmy sobie, podśpiewujmy, czasem klaśnijmy w dłonie, nie róbmy hałasu, ale dajmy sygnał niedźwiedziom, które gdzieś są w pobliżu, że idziemy. I one wtedy odejdą. Najgorsza sytuacja to zaskoczyć zwierzę. Wtedy może zaatakować.

K.N.: I to w zupełności wystarczy. Niektórzy turyści noszą ze sobą piszczałki, inni gaz pieprzowy w przypadku spotkania twarzą w twarz, ale nie przesadzajmy. To są dzikie zwierzęta, jeżeli nas usłyszą i wyczują, to powinny nam zniknąć z drogi tak szybko, że nawet nie zdążymy im zrobić zdjęcia.

Ale niestety zawsze może się coś zdarzyć. To jest trochę tak jak z ludźmi. Idziesz ulicą, mijasz setkę ludzi, 99 proc. powie ci „dzień dobry”, a nagle setny bez powodu przyłoży ci w łeb. I nie wiesz za co.

Co słychać u Agi? Ulubienicy pana Kazia?

K.N.: Na razie jest troszkę niepewności i smutku. Czekamy.

Marcin SzumowskiMarcin Szumowski Fot. Paweł Lewandowski

Dlaczego?

K.N.: Od października nie ma ani jej, ani jej potomstwa. Aga na chwilę wróciła z dwójką maluchów Jasiem i Małgosią, po czym przepadła. Miesiąc temu pojawiło się zdjęcie, na którymś portalu. Pani fotograf przesłała mi zdjęcie. Jesteśmy w stanie ocenić, że na 99,8 proc. jest to Aga z dwójką młodych. Ale bardzo daleko od nas. Niestety.

Mamy nadzieję, że do nas wróci, bo niedźwiedzie migrują. Może ją tu coś ubodło, może coś się nie spodobało, nie wiadomo. Poszła sobie w siną dal. Mniej więcej wiemy, że jest w nadleśnictwie Stuposiany. To dość daleko od nas. Aczkolwiek dla niedźwiedzi to żadna przestrzeń. Może do nas wróci.

Kazimierz Nóżka: Jestem szczęśliwy, że mieszkam sobie w Bieszczadach, gdzie wszystko toczy się w harmonii, w ładzie, w porządeczkuKazimierz Nóżka: Jestem szczęśliwy, że mieszkam sobie w Bieszczadach, gdzie wszystko toczy się w harmonii, w ładzie, w porządeczku Krzysztof Kempisty

Niedźwiedzie nie są zwierzętami stadnymi? Są samotnikami?

M.Sz.: Tak. Żyją samotnie. Łączą się tylko w okresie rui, a potem samica zostaje sama z tymi młodymi i też sama je wychowuje. Absolutnie nie tworzą rodzin czy stad. To są życiowi samotnicy.

K.N.: Nieraz widzimy tropy dużego czy młodszego samca, ale nie widzimy obiektu. Dzięki fotopułapkom możemy dyskretnie rejestrować ich obecność. Zwierzyna nie wie, że została uchwycona okiem fotopułapki o godz. 14.00, a o godz. 15.50 już gwiazdorzy na mediach.

Ale też jest taki Józefek, który jest prawdziwą mendą. I dodajmy, że to nie jest moje określenie.

K.N.: Józefek jako menda wybitna narobił mnóstwo szkód w ciągu jednego sezonu pszczelarskiego. Bartnicy nie pamiętają podobnej sytuacji od dziesięcioleci, żeby za zdewastowaniem każdej pasieki w różnym stopniu od miejscowości Berezka do miejscowości Rajskie na przestrzeni 20 km stał jeden i ten sam niedźwiedź. Pszczelarze zabezpieczając się, nie tylko zakładają ogrodzenie elektryczne, ale również fotopułapki. To właśnie na nich zaobserwowaliśmy, że w każdej ze zniszczonych pasiek pojawia się ten sam osobnik - Józefek.

Wciąż jest zmorą pszczelarzy?

M.Sz.: Na szczęście wyjątkowo boi się pastuchów elektrycznych, więc do tych ataków przestało już dochodzić. Ale krwi trochę napsuł.

Co wabi niedźwiedzie do pasiek?

K.N.: Okazuje się, że głównym celem wizyty w pasiekach nie jest miód. To, co je korci do zajrzenia do ula to tzw. czerw, czyli larwy pszczół, a najprościej mówiąc białko. My też lubimy różne ptasie mleczka - a niedźwiedzie uwielbiają białe larwy, które są w ramkach. Zwierzaki zabierają całe plastry, na których oczywiście jest też miód. Jednak ich głównym celem jest zdobywanie białka.

Wróćmy na chwilę do miasta. Panie Marcinie, lubi pan gołębie? I czy można je lubić?

M.Sz.: Ludziom się wydaje, że gołębie są strasznymi brudasami, a gdy sięgnie się do historii to okaże się, że są to bardzo odważne i bohaterskie ptaki. Otrzymywały medale, miały swoje stopnie - funkcjonowały trochę jak żołnierze. Istniały całe jednostki wojskowe, które wykorzystywały gołębie. To doskonali podniebni nawigatorzy. Gołąb wypuszczony na drugim końcu Europy potrafi wrócić do swojego gołębnika, skrytego gdzieś w maleńkiej wiosce pod lasem. Gołębie to także prawdziwi mistrzowie podniebnych lotów. Są wśród nich nie tylko długodystansowcy, ale i doskonali akrobaci. Widziałem film, na którym gołąb wyprowadził w pole polującego sokoła. Podziwiałem jego spryt , ekwilibrystykę i niemoc drapieżnika, który wciąż chybiał. Tak, lubię gołębie i darzę je sympatią.

Osobiście uważam, że nie ma dobrych i złych zwierząt, bo każde ma do spełnienia swoją rolę w ekosystemie. Gołąb jest potrzebny i wróbel jest potrzebny. Bocian i motyl. A niestety w miastach różnie z tym bywa. Wróbel jest oceniany pozytywnie, ale już wrona, gołąb czy gawron już nie. To jest przyroda, która działa jak dobry mechanizm, jeśli zaczniemy w te trybiki sypać piasek, to równowaga zostanie zaburzona.

K.N.: Jestem taki szczęśliwy, że mieszkam sobie tu w Bieszczadach, gdzie wszystko toczy się w harmonii, w ładzie, w porządeczku. Jestem w mieście raz na kilka lat, ostatnio może trochę częściej z racji promocji książek. Lubię wtedy zatrzymywać się, żeby podziwiać gołębie. Nie wiedziałem, że ludzie w mieście nazywają je latającymi szczurami.

Mieszczuchy mają gołębie, a leśnicy sójki. Też potrafią nieco utrudnić życie, choć oczywiście w inny sposób.

K.N.: Sójka przekazuje informację, że zbliża się intruz. Zwierzę wtedy staje się czujne, najczęściej ucieka. I często dzieje się to w takim momencie, gdy jestem dość blisko i gdy już cieszę się, że będę miał świetne ujęcie, wtedy sójka podnosi alarm, a spłoszona zwierzyna ucieka. Takie właśnie sójki są. Podobno miały wylecieć za morze, ale ciągle nie wyleciały.