Rybka nad morzem za ponad 250 zł. Krótkowzroczne działanie, które oburza innych przedsiębiorców

Z powodu pandemii wieli Polaków spędza wakacje w kraju. Turyści chętnie dzielą się w mediach społecznościowych swoimi wrażeniami. Często są to paragony ze smażalni, które wprawiają w osłupienie. Za przysłowiową rybkę na plastikowym talerzyku jedna z osób zapłaciła ponad 250 zł. Branża turystyczna dziś winduje ceny, a za rok będzie płacz, bo turyści zamiast nad polskie morze pojadą do Chorwacji czy Grecji. Sprawdzamy, co na ten temat myślą restauratorzy, przedsiębiorcy i ekonomiści.

Jedna z użytkowniczek Twittera opublikowała zdjęcie paragonu. W komentarzach napisała, że to nie jej rachunek, a znaleziony na Facebooku. Wiadomo jednak, że to zdjęcie z tego roku - na paragonie widać datę 13 czerwca 2020. Dwie zupy, ryba na wagę, frytki, surówki, sok i piwo kosztowały 251 zł. Inny urlopowicz za obiad dla rodziny zapłacił niewiele mniej - 193 zł.

Niedawno opublikowaliśmy tekst z analizą cen nad Bałtykiem oraz w zagranicznych kurortach. Z danych wynika, że sam nocleg nad polskim morzem kosztuje tyle, co cały urlop za granicą. Wakacje nad Bałtykiem z pewnością więc do tanich nie należą.

Wizja szybkiego zysku niektórych zaślepiła

Do drożyzny nad Bałtykiem odniósł się Jacek Gadzinowski, specjalista ds. komunikacji i e-commerce, a także youtuber nagrywający pod pseudonimem Jack Gadovsky. "Jak polska branża turystyczna i gastronomiczna pracuje na to, aby szybko zniechęcić do siebie klientów? Odpowiedź jest prosta: działa na hiperinflacyjnych cenach".

Po czym dodaje: "Serwis, jakość - nijak ma się do ceny. Nie "płaczę" w kwestii cen, prawo popytu, podaży oraz mody, chęci zakupowych rodaków. Natomiast w ten sposób branże, które wymieniłem, pracują na popularność kierunków typu Bułgaria, Chorwacja, Włochy, Grecja czy Tunezja i Egipt. Ceny tam zaczynają być po prostu przystępniejsze (polskie morze potrafi kosztować 2,5-3,5 tys. za tydzień, i to bez fajerwerków, na osobę). Za rok wiadomo, gdzie będą wyjazdy. A później płacz, że biznes "sezonowy". Szkoda, że wizja szybkiego zysku przesłoniła szansę rozwoju polskiej branży gastronomicznej i turystycznej. Wiem że problem jest bardziej złożony, natomiast trudno o tym napisać w 1k znaków na LI" - pisze Jacek Gadzinowski na profilu Linkedin.

- To nie fair - mówi w rozmowie z Podróże Gazeta.pl Justyna Stępniak, która od 1998 r. wraz z mężem prowadzi w Kołobrzegu bar Chata Rybaka. - Tak wygórowane ceny, które widzimy na paragonach publikowanych w mediach, są przesadą. I słusznie ludzie się bulwersują, ponieważ takie postępowanie jest nieuczciwe. Obawiam się, że po takich doświadczeniach rodacy mogą zniechęcić się do wypoczywania nad polskim morzem. A szkoda, bo my od wielu, wielu lat staramy się, żeby klient odwiedzający nasz bar nie przepłacał. Sami jesteśmy z zamiłowania turystami, lubimy podróżować, więc wiemy, co znaczy taki wydatek. Prowadząc nasz biznes, kierujemy się empatią i dlatego też staramy się trzymać poziom.

- Dwieście złotych za dwie porcje ryby? To jest przerażające - denerwuje się właściciel smażalni z Krynicy Morskiej, który prosi o zachowanie anonimowości. - Takie windowanie cen jest krótkowzroczne i nie służy naszej branży.

Nie rozdrażniać ludzi

Justyna Stępniak nie kryje, że w tym roku nieco wzrosły ceny dań w jej barze. Jednak trzeba przyznać, że wciąż są na przyzwoitym poziomie. Za zupę rybną (duża porcja 400 ml) zapłacimy 7 zł, za 100 g dorsza 8,90 zł, 100 g flądry to koszt 6 zł, a sandacza 14 zł.

- Byliśmy zmuszeni zmienić cennik, ponieważ dostawca podniósł nam ceny. Staramy się tego nie robić w sposób drastyczny, tylko stopniowo - mówi Stępniak. - Działamy sezonowo. Jesienią zamykamy biznes, wiosną odwieszamy działalność i ruszamy bez wprowadzania zmian. Nie chcemy zastrzelić naszych klientów nowymi cenami, nawet jeśli na wiosnę nasi dostawcy liczą sobie za towar więcej. Zmieniamy ceny dopiero wtedy, gdy jesteśmy do tego zmuszeni. To jest ostateczność. Staramy się nie rozdrażniać ludzi wyższymi cenami.

- Ceny w moim barze są takie same przez cały rok - dodaje przedsiębiorca z Krynicy Morskiej. - Nie chcę tłumaczyć nieuczciwych przedsiębiorców, bo nie lubię naciągactwa. Otwierają się na sezon, płacą olbrzymie dzierżawy. A do tego jeszcze muszą opłacić mieszkania dla pracowników. Koszty mają ogromne, a czasu, żeby zarobić, niewiele.

Drożyzna dobrego PR-u nie robi

W wyniku pandemii ucierpiały zarówno sezonowe bary i smażalnie, jak i całoroczne restauracje usytuowane w miejscach chętnie odwiedzanych przez turystów.

- Na pewno artykuły o drożyźnie nie przynoszą sławy Pomorzu, ale też czytałem teksty informujące o tym, że turyści, którzy przyjeżdżają nad morze są pozytywnie zaskoczeni, że nie muszą stracić całego budżetu na jeden obiad. To wszystko zależy od tego, gdzie się trafi - mówi w rozmowie z Podróże Gazeta.pl Ireneusz Szydłowski, właściciel Tawerny Dominikańskiej. - Prowadzę restaurację w centrum Starego Miasta w Gdańsku i rynek cen na Starówce jest ukształtowany. Nie powiem, że są przystępne dla każdego klienta, ale wiadomo, że drożyzna dobrego PR-u nie robi. My nie podnieśliśmy cen. Cały czas wierzymy, że ten trudny czas się skończy. Na razie myślimy o tym, żeby przyciągnąć do naszej restauracji turystów z Polski. Zamiast podnosić ceny, będziemy je obniżać i wprowadzimy rabaty.

Jak Tawerna Dominikańska radzi sobie w tych trudnych czasach? - Nie zwalnialiśmy personelu, ale znacząco ograniczyliśmy zatrudnienie pracowników sezonowych. Odczuwamy brak gości zagranicznych - dodaje Szydłowski. - Teraz osiągamy 55 proc. obrotu w porównaniu do poprzednich lat. Jest słaby, ale wystarczający, żeby przeżyć. Ale mamy sezon. Boimy się tego, co będzie po wakacjach. Obawiamy się, że utargi mogą spaść do 15 czy 20 proc. Czekamy na decyzję rządu, żeby znieść ograniczenia dla turystów zagranicznych przybywających spoza Unii Europejskiej.

Sytuacja branży turystycznej jest złożona

Zamiast jednoznacznie krytykować postępowanie przedsiębiorców działających w branży gastronomicznej i turystycznej prezes zarządu Pracodawców Pomorza proponuje, aby na ich sytuację spojrzeć szerzej.

- Sytuacja branży turystycznej jest złożona. Z jednej strony branża ucierpiała najbardziej na pandemii, teraz powoli wraca na tory normalności, ale nie w pełni tego słowa znaczeniu, bo liczba turystów spadła i to znacząco. Ale z drugiej strony trzeba zwrócić uwagę, że większość firm, która działa w branży turystycznej, to są firmy małe, mikro. Świadomość tych przedsiębiorców, jeśli chodzi o aspekty długoterminowe związane z utrzymaniem się na rynku, jest niewielka. W wielu przypadkach nie ma to też większego znaczenia, bo jest to branża sezonowa. Przedsiębiorca działający w tej branży otwiera np. bar czy lodziarnię na trzy miesiące, a po sezonie wraca do innej działalności. Bardzo często tak jest - zauważa Tomasz Limon, dyrektor zarządzający Pracodawców Pomorza, organizacji pracodawców, która działa na obszarze województwa pomorskiego.

- W o wiele trudniejszej sytuacji są pensjonaty czy hotele. Chociaż mniejsze ośrodki, hotele butikowe, agroturystyka mają teraz większą podaż i lepiej sobie radzą niż duże hotele. Z wiadomych przyczyn. Ludzie wolą jechać do mniejszych ośrodków, gdzie potencjalne zakażenie się koronawirusem jest mniejsze niż w dużych hotelach - dodaje.

Dr Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna Konfederacji Lewiatan zwraca uwagę, że na wzrost cen składa się kilka czynników.

- Notujemy ograniczenia w dostępie do usług turystycznych w krajach o niższym poziomie cen. Nie bez powodu dużym zainteresowaniem polskich turystów cieszą się Bułgaria, Albania, Turcja czy Egipt. Tam poziom wynagrodzeń i cen lokalnych dóbr jest niższy, co przekłada się na atrakcyjność kosztową. W tym roku tego arbitrażu nie można dokonać - mówi w rozmowie z Podróże Gazeta.pl.

- Klientom, którzy wybierają tanie kierunki na urlop, wolne miejsca w drogich hotelach wypełnianych dotąd turystami ze Skandynawii czy Niemiec niewiele dają. Tu z pewnością ujawnia się niedopasowanie popytu i podaży. Dla większości Polaków pozostaje więc turystyka krajowa (dla niektórych to trwała preferencja, dla innych brak alternatywy). Przy relatywnie krótkim sezonie w Polsce i presji po stronie pracodawców, by nie chomikować urlopów wypoczynkowych, mamy do czynienia z wakacyjnym szczytem. Tymczasem liczba miejsc noclegowych w najbardziej obleganych miejscach jest ograniczona. Jeśli rywalizujemy o dobro rzadkie, wzrasta jego cena. Paradoksalnie, przy takiej sztywnej podaży bony turystyczne tylko wzmocnią ten efekt.

Buchholtz zwraca też uwagę na brak rąk do pracy, reżim sanitarny i krótszy sezon. - I bez koronawirusa na polskim rynku pracy brakuje pracowników (a ograniczenia w przyjeździe migrantów zarobkowych nie pomagają). Ponadto reżim sanitarny ogranicza liczbę użytkowników, a więc zwiększa koszty operacyjne. Mamy też do czynienia z krótszym sezonem. Jeśli właściciel zarabia jedynie przez cztery miesiące w roku, będzie rosła skłonność do stworzenia sobie buforu bezpieczeństwa. Szczególnie, że nie można wykluczyć ryzyka drugiego lockdownu czy choćby wybuchu ogniska koronawirusa w obiekcie. Nawet jeśli ograniczenia w podróżowaniu zostaną w przyszłym roku znacząco zniesione, część z tych trendów trwale kształtuje dynamikę cen w turystyce. Bon turystyczny będzie można wykorzystać jeszcze w kolejnych dwóch latach, co również sprzyja utrwaleniu wyższych poziomów cen - stwierdza ekonomistka z Konfederacji Lewiatan.

Realny problem - inflacja

Prezes Pracodawców Pomorza zwraca uwagę, że przedsiębiorcy, którzy zawyżają w znacznym stopniu wysokość swoich usług, działają w sposób krótkowzroczny. Ale na wzrost cen wpływa coś jeszcze.

- Są przedsiębiorcy, którzy chcą podreperować swoje finanse i nadrobić utratę przychodów po trzech miesiącach zamknięcia. Jest to krótkowzroczne działanie. Trudno powiedzieć, jak to się skończy. Generalnie ceny poszły w górę zauważalnie. Ale wpływ na cenę mają nie tylko sami przedsiębiorcy. Koszty funkcjonowania przedsiębiorstw wzrosły np.: energia, wynajem lokali, koszty pracy pracowników, przecież z początkiem tego roku wzrosła płaca minimalna - w tym roboczo-godzina. Wszystkie te czynniki się skumulowały i na pewno mają wpływ na końcową cenę usług w turystyce i gastronomii. Dodam jeszcze, że rośnie inflacja i jest to niepokojące zjawisko. Na początku czerwca inflacja była najwyższa od początku roku, co oczywiście ma przełożenie na ceny - tłumaczy Limon.

I dodaje: Zauważyłem taką tendencję, że niektóre usługi w hotelach (mam takie sygnały) spadły. Hotele obniżyły ceny. Z kolei wzrosły ceny gastronomii. Trzeba wziąć pod uwagę, że restauratorzy muszą z powodu pandemii ponosić dodatkowe koszty: są obostrzenia, ograniczona liczba osób w danym lokalu, trzeba było wprowadzić dystans społeczny, rozdzielić gości.

Zobacz wideo Wysoka inflacja zjada pieniądze Polaków

Na ten aspekt zwraca właśnie uwagę Justyna Stępniak. - Środki bakteriobójcze niezbędne w gastronomii kupujemy litrami. Do tej pory nie było takich potrzeb, teraz stosowanie ich wynika z obostrzeń, więc musimy wszystko dezynfekować. Wzrosły też znacznie ceny choćby rękawiczek, które nasi pracownicy noszą cały czas. W ubiegłym roku za paczkę rękawiczek płaciliśmy 20 zł, na wiosnę żądano 100 zł, teraz prawie 60 zł. To są dodatkowe koszty, ale nie wzięliśmy ich pod uwagę, nie złupiliśmy gości i nie odbiliśmy sobie tego w cenie posiłku. Uznaliśmy, że byłoby to niestosowne, niewłaściwe i nieuczciwe - mówi właścicielka Chaty Rybaka w Kołobrzegu.

Na pytanie zaś, jaka cena jest uczciwa za dorsza lub flądrę w smażalni nad morzem, dodaje: To zależy od dostawcy, kto, jakie ma źródło i skąd bierze rybkę. Myślę, że każdy sobie sam powinien na to pytanie indywidualnie odpowiedzieć. Nie można uogólniać.

Przedsiębiorca z Krynicy Morskiej przypomina natomiast o zakazie połowu dorsza na Bałtyku, który obowiązuje od dwóch lat. Regulacja odbiła się na podwyżce cen, jeśli chodzi o zakup ryb. Zwraca również uwagę na złą interpretację oferowanego menu przez klientów.

- W wielu lokalach ceny za rybę podaje się w przeliczeniu na 100 g. Turysta, zamawiając porcję ryby, zazwyczaj nie wie, ile ona będzie ważyć i potem przy płaceniu rachunku jest zdziwienie, że jest tak drogo - mówi szef smażalni.

Pójdź dalej, by zjeść taniej

W internecie urlopowicze dzielą się swoimi doświadczeniami z wakacji nad polskim morzem. Tymi złymi i dobrymi. Publikują nie tylko paragony ze znacznie zawyżonymi cenami, lecz także takie, w których są na przyzwoitym poziomie. Na jednym z nich widać, że w Jarosławcu za pizzę trzeba było zapłacić 16,50 zł, inna internautka chwali się, że w Gąskach i Sarbinowie za obiad z dorszem, surówką i frytkami zapłaciła 24 zł, a z mintajem i miruną - 32 zł. Wciąż jednak trzeba uważać na niespodzianki i ogołocenie portfela.

Restaurator z Gdańska radzi, żeby nie stołować się w barach usytuowanych tuż przy plaży, atrakcjach czy w centrach miast.

- Być może ci restauratorzy, którzy prowadzą swoją działalność tuż przy wejściu na plażę albo w centrum miasta, tworzą np. z sześcioma innymi restauracjami monopol, które utrzymują wysokie ceny i turysta w tym obrębie po prostu nie zje taniej. Duże obłożenie lokali mimo wysokich cen nie stanowi przecież mobilizacji do tego, żeby je obniżać, dlatego warto poszukać, pójść dalej i zjeść nieopodal, a nie przy samym centrum i zaoszczędzić trochę pieniędzy - tłumaczy Ireneusz Szydłowski.

Ceny wzrosły o kilkaset procent

Prezes Pracodawców Pomorza jest ostrożny w ocenie przedsiębiorców, którzy prowadzą biznes w branży sezonowej, piętnuje jednak zachowania tych, którzy przekraczają granice.

- Z jednej strony można ich zrozumieć, bo po zamrożeniu gospodarki i lockdownie na kilka miesięcy, gdy nie mogli prowadzić swojej działalności gastronomicznej, hotelowej, teraz się otworzyli i muszą ponosić dodatkowe koszty, wynikające z obostrzeń. Na to się składa wzrost wynagrodzeń od tego roku, inflacja. Jest wiele różnych czynników, które wpływają na cenę końcową tych usług - wyjaśnia Limon. - Najgorzej jest, moim zdaniem, w ośrodkach typowo turystycznych, które poza sezonem są zamknięte na cztery spusty i nic tam się kompletnie nie dzieje, typu Łeba, Władysławowo, Hel. Tam te ceny ewidentnie wzrosły i jest to zauważalne. Można to porównać do innych zachowań przedsiębiorców, gdy na początku pandemii część z nich chciało to wykorzystać i na niej zarobić. Ceny maseczek czy środków do dezynfekcji rąk wzrosły o kilkaset procent. My jako organizacja piętnujemy działania przedsiębiorców oparte na zasadzie trochę lichwiarskiej, wykorzystujące krzywdę i problemy społeczeństwa przez podnoszenie cen. To jest nieuczciwe i na pewno nieetyczne - stwierdza.

Danie ma być ważone już po usmażeniu lub upieczeniu, a nie przed obróbką

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypomina o podstawowych prawach konsumentów, które można wykorzystać, kiedy zostaniemy oszukani w restauracji.

- Wielu Polaków podczas urlopu odwiedza okoliczne restauracje i bary, korzysta ze środków transportu. Nie zawsze jednak wszystko idzie zgodnie z planem, dlatego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów jak co roku ostrzega, jakie przykre niespodzianki mogą spotkać konsumentów w trakcie wyjazdów wakacyjnych. Przypominam, że podstawowym prawem każdego konsumenta jest możliwość złożenia reklamacji, gdy na przykład organizator wycieczki nie wywiązuje się z ustalonego programu, pokój w hotelu różni się od zamówionego, a posiłek podany w restauracji nie odpowiada opisowi w menu - mówi Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.

UOKiK przytacza wyniki kontroli z Inspekcji Handlowej z ubiegłego roku, aby uzmysłowić, na co powinniśmy zwrócić uwagę w okresie wakacyjnym. Wyniki wskazują na to, że wciąż jest wiele do poprawy. Inspektorzy sprawdzili 169 restauracji, w 87 proc. z nich wystąpiły nieprawidłowości. Łącznie sprawdzono 5 tys. partii produktów, do 2,9 tys. z nich zgłoszono zastrzeżenia.

Najważniejsze nieprawidłowości wykryte podczas kontroli dotyczyły zamiany składników (rolada ustrzycka zamiast oscypka), wydawania za małych porcji, braku informacji o alergenach, korzystania z przeterminowanych produktów czy nieprawidłowe przechowywanie żywności (brudne, niesprawne lodówki).

Urząd przypomina także, że konsumenci w restauracjach mają prawo do pełnej informacji o potrawie oraz jej cenie. Jeśli w karcie podana jest cena np. za 100 g mięsa lub ryby, to przed złożeniem zamówienia powinieneś dostać choćby przybliżoną informację o ich wielkości. "Pamiętaj, danie ma być ważone już po usmażeniu lub upieczeniu, a nie przed obróbką, kiedy jest cięższe. Jeśli restauracja pobiera obowiązkową opłatę za obsługę, to musi o tym jasno i czytelnie informować w widocznym miejscu, np. w menu" - uczula UOKiK.

W przypadku zastrzeżeń do potrawy klient ma prawo do reklamacji w postaci obniżenia ceny lub wymiany dania. "Pamiętaj jednak, że nie dotyczy to subiektywnych wrażeń, czyli że nie możesz złożyć reklamacji, tylko dlatego, że obiad ci nie smakował" - czytamy w komunikacie.

W dalszej kolejności istnieje także możliwość zgłoszenia skargi do Inspekcji Handlowej bądź Inspektoratu Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) w momencie, gdy jakość produktów była niezadowalająca.

Kontakt z autorką Urszulą Abucewicz za pośrednictwem jej Facebooka.