"Cichy zabójca" nad Bałtykiem. Ratownik: Potrafi obalić dorosłego i silnego człowieka

Wakacje 2020 są inne niż wszystkie. Koronawirus zmienił plany urlopowe wielu Polaków, którzy zamiast polecieć na Zakynthos czy na Sycylię postanowili spędzić swój urlop nad polskim morzem. - W tym roku trzeba ze zdwojoną czujnością zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół nas. Woda to potężny żywioł, z którym człowiek często przegrywa walkę - ostrzega Marek Koperski, prezes WOPR-u Województwa Pomorskiego.

Sezon wakacyjny mija w cieniu koronawirusa. GIS nakazuje zachowanie dystansu społecznego na plażach, w mediach pojawiły się informacje o przymusowej kwarantannie wczasowiczów w Rewalu, przy wejściach na plaże tablice informacyjne wciąż przypominają o ryzyku zakażenia się wirusem. Gdy spędza się czas nad wodą, należy pamiętać o czymś jeszcze. O niebezpieczeństwie utonięcia. Jak podaje policja, w ubiegłym roku w ten sposób życie straciło 456 osób. 407 mężczyzn i 49 kobiet. Podczas tegorocznego sezonu w czerwcu śmiertelny bilans wyniósł 48 osób. Co robić, aby wrócić cało z wakacji? 

- Zachęcamy do korzystania z kąpielisk strzeżonych. Często gdy jesteśmy poza miejscem zamieszkania, możemy nie wiedzieć, gdzie znajduje się najbliższe kąpielisko. Najłatwiej i najszybciej znajdziemy najbliższych ratowników na stronie Serwisu Kąpieliskowego GIS. Tam na bieżąco aktualizowany jest status kąpielisk, czyli czy jest na nich flaga biała, czy czerwona. Jest to szczególnie ważne, gdy nad morzem pojawiają się sinice. Jeżeli naprawdę nie mamy w okolicy miejsc strzeżonych, to unikajmy takich, gdzie jest zakaz kąpieli, czyli niebezpiecznych. Zalicza się do nich okolice falochronów, molo, wejścia do portu lub mariny - informuje Maciej Dziubich, prezes Sopockiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. 

- Nie można dopuszczać do sytuacji, żeby ktoś wchodził do wody, gdy obowiązuje zakaz kąpieli i powiewa czerwona flaga. Ostrzeżeniem powinno być też wzburzone morze czy silny wiatr. Ludzie niestety lekceważą takie zakazy. Miejmy nadzieję, że zaczną się zachowywać rozsądniej, bo my, ratownicy, mamy więcej pracy, a dodatkowo w tym roku pojawiło się ukryte zagrożenie - zauważa Marek Koperski prezes WOPR-u Województwa Pomorskiego.

Dystans społeczny a plażowanie 

GIS przypomina, żeby zachowywać dystans społeczny. Niektórzy sugerują, żeby rozciągać swoje plażowanie na jak najdłuższy odcinek nadmorski. Można się więc zastanawiać, co z bezpieczeństwem. Przecież nie cały obszar nad Bałtykiem ma plaże strzeżone.  

- Kąpieliska uruchamiane są w miejscach, gdzie zazwyczaj skupiają się ludzie. Nad morzem są to główne wejścia na plaże, okolice parkingów czy miejsc, gdzie można dojechać komunikacją publiczną. Jeżeli będziemy sugerować, aby odchodzić od skupisk, to jednocześnie obniżamy bezpieczeństwo. Jeżeli ktoś odejdzie za daleko od ratowników, to czas dotarcia również będzie dłuższy, a należy pamiętać, że w przypadku tonięcia cenna jest każda sekunda. Zachowujmy dystans na plaży, ale wybierajmy miejsca strzeżone - radzi Maciej Dziubich. 

- Wszystko zależy od samorządów - dodaje Marek Koperski. - To one podejmują decyzję, żeby zorganizować mniej czy więcej bezpiecznych odcinków na plaży. Jeżeli lokalne władze chcą zapewnić większe bezpieczeństwo urlopowiczom, powinny starać się o zapewnienie większej liczby takich strzeżonych miejsc.  

Zlikwidować bary z piwem na plażach 

Koperski przy okazji zwraca uwagę, że turyści jeszcze przed epidemią szukali miejsc na plażach, gdzie nie ma zgiełku, jest ciszej i nie ma wyszynku piwnego, który od lat podnosi ciśnienie ratownikom.  

- Co roku apeluję, żeby zlikwidować bary plażowe i wprowadzić zakaz picia na plażach. Przecież to jest alkohol. Gdy człowiek na słońcu wypije dwa piwa, ma odjazd. Przestaje być aktywny, nie pilnuje dzieci, gdzieś się położy i śpi. A ratownicy mają kłopot. Nie wiedzą, czy taka osoba zemdlała, czy jest nieprzytomna, czy coś mu się stało, czy to zawał, a może udar? To jest dla nas dodatkowa praca - zastrzega.  

Na nieodpowiedzialne zachowanie urlopowiczów zwraca również uwagę szef sopockiego WOPR-u. - Problemem są ludzie, którzy mają błędnie ustawione priorytety. Zamiast wybierać miejsca, gdzie są ratownicy, kierują się tym, czy jest blisko sklep albo bar. Zamiast pilnować dziecka, które bawi się na brzegu, patrzą w telefon. Zamiast na kajaku pływać w kamizelce, wykorzystują ją jak poduszkę i na niej siedzą - dodaje Dziubich. 

Zobacz wideo Piłeś? Nie wchodź do wody. To najgłupszy pomysł

Człowiek na siłę chciał się utopić 

Alkohol i brawura - to te dwa słowa padają z ust ratowników, jako najczęstsza przyczyna utonięć. Okazuje się, że człowiek sam jest swoim największym wrogiem.  

- W ubiegłym roku moi koledzy we Władysławowie walczyli - dosłownie walczyli - z upartym człowiekiem, który na siłę chciał się utopić. Był pod wpływem alkoholu. Trzy razy wchodził do morza, nie słuchał ratowników. Fala była wysoka i obowiązywał zakaz kąpieli. Trzeba go było więc ratować na siłę, a potem niektóre media podchwyciły, że ratownicy biją wczasowiczów. W taki sposób próbowano to zinterpretować. Dla nas to było szokiem. Ludzie mu ratowali życie. Nie wpuszczali go do wody, żeby się nie utopił. Niezbędna więc była interwencja policji, która skutecznie osłabiła jego zapędy - nie ukrywa wzburzenia Koperski.  

"Cichy zabójca" nad Bałtykiem 

Kąpiący powinni również uważać nad Bałtykiem na prąd wsteczny. Mówi się, że to "cichy zabójca". Powstaje tam, gdzie załamują się fale i może być naprawdę niebezpieczny nawet dla bardzo doświadczonych pływaków. Aż 80 proc. akcji ratunkowych nad morzem to efekt właśnie prądów wstecznych. W 2013 r. w jeden weekend w woj. pomorskim utonęło z tego powodu aż dziewięć osób. Wiele osób, które doświadczyły porwania przez prądy wsteczne, potwierdzi, że nie trzeba wcale wchodzić głęboko, aby stracić kontrolę i grunt pod nogami. Siła prądu bywa tak duża, że bez problemu porwie każdego.

- Prądy wsteczne powstają przy dnie, które jest gwałtownie wypłycane. Na górze tworzy się tzw. fala przybojowa, która się zawija i z siłą wraca na dno. Można to odczuć, stojąc po kolana w wodzie, czujemy, jakby ktoś z ogromną siłą uderzał nas w kostki i ciągnął do wody - tłumaczy Rafał Sroka, starszy ratownik sopockiego WOPR-u.

- Zjawisko prądów wstecznych zawsze tłumaczę w prosty sposób. Gdy przechylimy gwałtownie miskę, to nie zatrzymamy wody, zawartość naczynia się wyleje. Gdyby natomiast miska miała wyższy brzeg, to woda na chwilę by się cofnęła. I tak jak te hektolitry wody wpływają na brzeg, tak muszą wrócić. Morze to wielka balia, w której fala się kołysze, po czym wraca. To niebezpieczny żywioł. Prąd wracającej wody potrafi obalić dorosłego i silnego człowieka. To jest siła, której nie da się okiełznać. Potrafi wciągnąć na 30-50 m w morze, a w zależności od ukształtowania dna, jeżeli jest kamieniste, może poharatać pływaka tak, że aż żal patrzeć - wyjaśnia szef pomorskiego WOPR-u.

Na prądy wsteczne trzeba szczególnie uważać w Trzęsaczu, Kamieniu Pomorskim, na Mierzei Wiślanej i na Wyspie Sobieszewskiej. W Sopocie czy w Gdańsku Jelitkowie fala też potrafi być agresywna, więc lepiej zachować czujność. Gdy pojawiają się takie prądy, ratownicy natychmiast wywieszają czerwoną flagę.

- Niczego nieświadomi urlopowicze często w takich chwilach mówią: "O! Fala, fala! Poskaczemy sobie w fali", ale gdy nagle przewróci dziecko lub mniejszą osobę i wciągnie pod wodę, to nawet nie zobaczymy, kiedy ktoś z naszych bliskich został przez nią porwany - ostrzega Koperski.

Fala jest na tyle silna, że aby jeden ratownik mógł popłynąć na ratunek, w akcji musi wziąć udział cały zespół ratowniczy. Ten, który płynie na pomoc, jest przywiązany do linki. Gdy uda mu się podpłynąć do osoby uwięzionej w wodzie, grupa ratowników zaczyna ich ściągać na brzeg. To ogromny wysiłek.

- Mamy do dyspozycji kołowrót, czyli bęben z liną, zakończony szelkami lub worek z liną od 80 do 120 m. Ratownik-sprinter nakłada te szelki na siebie, bierze dodatkowy przyrząd w postaci boi lub węgorza ratowniczego i płynie do poszkodowanego. Po złapaniu tonącego układa go sobie do holowania, daje znak do ratowników na brzegu, którzy zaczynają ściągać ich na ląd - wyjaśnia Sroka.

Co robić, jeżeli znajdziemy się w środku takiej fali? Absolutnie nie możemy walczyć z prądem i próbować wracać najkrótszą drogą do brzegu. Powinnyśmy płynąć zgodnie z kierunkiem fal, wzdłuż brzegu i po przepłynięciu 50-60 m możemy spróbować zawrócić do brzegu. Jeśli takie zachowanie nie da wymiernego efektu, postarajmy się zrobić wszystko, żeby utrzymać się na wodzie. Odwróćmy się na plecy i czekajmy na dotarcie ratowników.

Wiele osób myli prądy wsteczne z cofką. A są to dwa zupełnie inne pojęcia. - Cofka jest bardziej obserwowana na powierzchni akwenu. Występuje tam, gdzie jest dopływ rzeki, np. przy ujściu rzeki Wisły, ale również na jeziorach. Jeżeli wiatr wieje od morza, to wpycha dużą ilość wody na brzeg, po czym cofa ją z powrotem do morza - tłumaczy starszy ratownik z sopockiego WOPR-u.

Rafał Sroka dodaje, że nad morzem bardziej niebezpiecznym zjawiskiem jest prąd rozrywający, który tworzy się przy ostrogach znajdujących się przy falochronach. - Powstaje w następujący sposób - tłumaczy pan Rafał. - Fala wpycha wodę w stronę brzegu. W pewnym momencie prądy rozchodzą się na zewnątrz - na prawo i w lewo. Prąd, który działa równolegle do siły brzegowej, napotykając na swojej drodze ostrogę, przyspiesza i wtedy właśnie pojawia się prąd rozrywający, wciągający w morze - opowiada. - Moi koledzy po fachu świetnie pokazali to zjawisko na filmiku. Można na nim zobaczyć ratownika idącego w kierunku palisady, kilka metrów przed ostrogami mężczyzna ma wodę po pas, a przy samej palisadzie woda go zakrywa aż po czubek głowy. Dlaczego? Bo tam właśnie działają te prądy, które wybierają piasek w stronę morza.

 

Czarne punkty 

Dwa lata temu cała Polska żyła tragedią, która wydarzyła się w Darłówku. Morze pochłonęło trójkę dzieci. Miejsce, w którym utonęły, okazało się czarnym punktem, a to znaczy, że nie można było się tam kąpać. Plażowicze zignorowali znak i ich pobyt nad morzem zakończył się tragicznie.  

Jednak mapy czarnych punktów nad morzem trudno szukać. Dlaczego? - Gdy na drodze co roku lub co dwa lata w tym samym miejscu zdarza się wypadek komunikacyjny, taki punkt można oznaczyć, natomiast nad morzem trzeba by oznakować praktycznie każde miejsce, w którym nastąpiło zdarzenie czy jakaś tragedia - zauważa Koperski.  

- Najbardziej stosowne byłoby oznakowanie miejsc przy falochronach, ponieważ tam znajdują się gwiazdobloki, które chronią falochron przed zniszczeniem. Tak jest we Władysławowie, Ustce, Darłówku. Należałoby takie znaki umieścić też przy wejściach do portu i przy palisadach. Gwiazdobloki wyglądają niegroźnie, natomiast przy zetknięciu z żywiołem i nawet niewielką falą mogą stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo. Podobnie sytuacja wygląda, gdy próbujemy się kąpać w pobliżu drewnianych pali, czyli ostróg często widzianych na polskich plażach. Uderzenie z siłą fali w taki obiekt może skończyć się nieciekawie. Zaś muszelki, które obrastają palisady, tną jak żyletki. W wodzie tego nie czujemy, dopiero wychodząc na brzeg, człowiek się zastanawia: "Dlaczego ja tak mocno krwawię?" - tłumaczy ratownik. 

Jak długo jednak takie tablice ostrzegawcze postoją? - Wiadomo, jak jest nad morzem: albo je wiatr zwieje, albo sztorm zniszczy - mówi. Dlatego szef pomorskiego WOPR-u już kilka lat temu sygnalizował postawienie nad morzem telebimów, na których wyświetlane byłyby informacje o gwałtownych załamaniach pogody. Swój pomysł zgłosił podczas spotkania z przedstawicielami ministerstwa, które pracowało wówczas nad wprowadzeniem alertu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (alert RCB) przesyłanego SMS-em.  

- Zadałem wówczas pytanie, dlaczego nad polskim morzem i nad Zatoką Gdańską nie można wprowadzić sygnalizacji ostrzegawczej w podobnym stylu jak na Mazurach - mówi.

Na Mazurach w 2011 r. uruchomiono system ostrzegania, który składa się z 17 masztów z lampami. Zostały tak usytuowane, że widać je niemal z każdego miejsca na Szlaku Wielkich Jezior. Gdy zaczną błyskać 40 razy na minutę, oznacza to możliwość nadejścia burzy i wiatru o sile pięć w skali Beauforta. Gdy częstotliwość błysków wzrośnie do 90 razy na minutę, będzie to sygnalizować burzę i silny wiatr (sześć i więcej w skali Beauforta). System ostrzegania został zbudowany, aby zapobiec takim tragediom jak biały szkwał z 2007 r., gdy w czasie nawałnicy utonęło 12 osób.

- Czy musi dojść do tragicznego zdarzenia, np. do załamania pogody w trakcie regat międzynarodowych, żeby poważnie pomyśleć o wprowadzeniu systemu ostrzegawczego nad morzem? - kontynuuje. - Myślę, że wiele firm byłoby zainteresowanych reklamowaniem się na dużych ekranach, więc koszt okazałby się wcale nie taki duży. Mogłyby tam być emitowane reklamy, ale przede wszystkim powinny się tam znaleźć zapowiedzi niebezpiecznych zjawisk atmosferycznych, nadchodzącej burzy, załamania pogody. Odnoszę wrażenie, że bezpieczeństwo nad polskim morzem jest traktowane po macoszemu - stwierdza prezes.  

Koperski dodaje, że telebimy mogłyby być jednym z elementów alertu RCB. Gdy rozładuje nam się komórka lub zostawimy ją w domu, wtedy na plaży mielibyśmy ważną informację o pogodzie wyświetlaną na ekranie.  

Być może dzięki tym rozwiązaniom udałoby się uniknąć tragedii w Darłówku. Dzieci bowiem nie tylko znalazły się w tzw. czarnym punkcie, lecz także w trakcie pobytu rodziny nad morzem wywieszono czerwoną flagę, bo fale zrobiły się większe. Ani mama, ani dzieci nie zwrócili uwagi na zmianę flagi. Może więc gdyby taka informacja pojawiła się na dużym ekranie reklamowym, wzmocniona sygnałem dźwiękowym, rodzina w komplecie wróciłaby z wakacji?

Kontakt z autorką Urszulą Abucewicz za pośrednictwem jej Facebooka.