Maseczka w plecaku i sznaps na odkażanie, czyli urlop w Tyrolu

W schronisku wita nas symboliczna kozica w maseczce. Ale tylko ona, bo obsługa maseczek już nie nosi, a od gości też się ich nie wymaga. Od 15 czerwca obostrzenia w austriackim Tyrolu zostały znacznie poluzowane, co nie znaczy, że zupełnie ich nie ma. Czego powinniśmy się spodziewać, gdy zdecydujemy się na wypad na alpejskie szlaki?

Wyjeżdżałam do Tyrolu 11 czerwca, kiedy granice Polski i Austrii były dla zwykłego ruchu turystycznego jeszcze zamknięte. - Musisz mieć test, że nie masz koronawirusa - poinformowali mnie Austriacy, do których jechałam. Test zrobiłam, choć mina mi zrzedła, gdy okazało się, że z kilku rodzajów akceptowany był tylko jeden, molekularny, czyli najdroższy (495 zł za test plus 100 zł za wydanie zaświadczenia po niemiecku). Okej, nie ma sprawy, trzeba, to trzeba.

Na granicach ani później nikt o test nawet nie zapytał. Swoją drogą przekroczenia granic nawet nie zauważyłam (polsko-niemieckiej też nie) - kontroli żadnych nie było. Za to maseczek wymagano. W sklepach, na stacjach benzynowych, przy hotelowej recepcji. Ale tylko do 15 czerwca - od tej daty maseczki zakłada się już tylko w nielicznych miejscach, takich jak apteki czy w środkach komunikacji publicznej. Ale uwaga! Inaczej jest w Niemczech, gdzie maseczki w pomieszczeniach publicznych nadal są niezbędne, więc nie zdziwmy się, jeśli za ich brak zostaniemy wyproszeni lub zmuszeni do ich zakupu.

Zobacz wideo Wakacje 2020. Jak będą wyglądać?

Mandat dla prezydenta

O to, jak Austriacy dostosowali się do zakazu wychodzenia z domu, zapytałam moją mieszkającą w Tyrolu koleżankę, Kasię Gaczorek, która pracujące w Tyrolskiej Organizacji Turystycznej. - W domach kompletnie zamknięci byliśmy od 16 marca do 7 kwietnia. Jedynym usprawiedliwieniem wyjścia były zakupy, wyprowadzanie psa, kwestie medyczne albo pomoc osobie starszej, chociaż odwiedzanie się w rodzinie było zabronione. W przypadku rodziców, którzy byli po rozwodzie, ale wspólnie wychowywali dziecko, przez pewien czas było nawet tak, że jeśli ono było u matki, to nie mogło widywać się z ojcem - opowiada Kasia.

A aktywności fizyczne? - W Innsbrucku mamy promenadę wzdłuż rzeki Inn, która jest główną drogą do biegania i komunikacji rowerowej, ale w tym czasie była zamknięta. No i nie można też było wychodzić w góry, przy czym do obserwacji terenu policja używała nawet dronów - pada odpowiedź.

Moi znajomi Austriacy, którzy mieszkają na prowincji, ludzie wyjątkowo aktywni, spędzający każdą wolną chwilę na łonie natury, nie kryją jednak, że z wyjściami w góry bywało różnie. - Szczerze mówiąc i my, i nasi sąsiedzi, żeby nie zwariować, czasem w góry chodziliśmy. Tylko się tym nie chwaliliśmy. Zwłaszcza że tej wiosny były świetne warunki na wycieczki skiturowe... - uśmiechają się.

Ale to ci, którzy góry mieli pod nosem i dobrze je znali. Ogólnie Austriacy są jednak zdyscyplinowani i przepisy respektują, przy czym prawo jest dla wszystkich takie samo. Znamiennym tego przykładem była sytuacja z austriackim prezydentem Alexandrem Van der Bellenem. - Otóż na początku maja, kiedy w Wiedniu działały już restauracje, ale wciąż panowały obostrzenia, policja złapała prezydenta, gdy o pierwszej w nocy siedział na tarasie lokalu i ze znajomym pił wino - opowiada Kasia Gaczorek. - Dostał mandat, bo można było siedzieć tylko do 23. Prezydent publicznie przeprosił, mandat zapłacił, pokrył też koszt mandatu restauratora.

Nie wiemy, ile wynosił mandat prezydenta, ale kary za łamanie pandemicznych przepisów były niebagatelne - wynosiły nawet 30 tysięcy euro dla podmiotów gospodarczych, a dla osób prywatnych dwa tysiące euro. W samym Tyrolu ukarano około 400 osób, przy czym chodziło głównie o nienoszenie maseczek i organizację zbyt dużych wesel (teraz już można robić wesela do 400 osób).

embed

Informacje o zasadach zachowania się, fot. Monika Witkowska

Odkażanie gardła

Głównym celem mojego wyjazdu do Austrii były sprawy biznesowe, niemniej nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała się w góry, zwłaszcza że Alpy Zillertalskie do wszelkich wędrówek czy rowerowych wycieczek są wręcz wymarzone. Większość schronisk dopiero się jednak otwiera, przy czym dla tych wyżej położonych czerwcowy termin uruchomienia wcale nie jest związany z koronawirusem - co roku tak jest ze względu na warunki klimatyczne. Zresztą w tym roku śnieg i tak zalega wyjątkowo długo, o czym przekonałam się na szlakach, gdzie mimo początku lata wciąż przydawały się raki. - W schroniskach maseczki nie musisz mieć, ale ze względu na covidowe przepisy nie dajemy pościeli. Czyli śpiwór i własną poszewkę na poduszkę trzeba ze sobą przynieść - takie instrukcje dostałam mailem jeszcze przed wyjazdem.

To, że ryzyku zakażeń trzeba przeciwdziałać, nie podlega dyskusji, ale na przepisy zarządzający schroniskami trochę się skarżą. - Przy jednym stole mogę posadzić jedną ekipę, mieszać ludzi nie mogę. Czyli kiedy przyjdzie kilku indywidualnych turystów, to muszę ich rozsadzić przy różnych stołach. Jeśli jednak potem niespodziewanie zjawią się kolejni, to mimo niemal pustego schroniska może okazać się, że z braku wolnych stołów przyjąć ich nie będę mógł - skarży się miejscowy chatar (gospodarz schroniska górskiego).

Przy dobrej pogodzie gości można usadzać na zewnątrz, ale z pogodą może być przecież różnie, a dystans jednego metra między osobami trzeba zachować. Na jakie zyski w tym sezonie liczy? - Zakładam, że w stosunku do ubiegłego roku będzie to w najlepszym razie o połowę mniej - stwierdza pogodzony już chyba z losem.

W kolejnym schronisku wita mnie uśmiechnięta dziewczyna. - Wiesz, my tu mamy swój sposób na koronawirusa! - mówi. Zanim zdążę zapytać jaki, nalewa mi kieliszek wysokoprocentowego sznapsa. - Trzeba się odkażać! - stwierdza, choć obie rzecz jasna traktujemy to z przymrużeniem oka.

Stawiać na swoich

Na górskich szlakach spotykamy głównie Niemców (od lat statystyki wskazują, że ta nacja stanowi ok. 50 proc. odwiedzających Tyrol cudzoziemców) oraz Austriaków. Sabine Jahns z biura promocji Zillertalu stwierdza, że dramatu w zakresie odwiedzin regionu nie ma, choć oczywiście mogłoby być lepiej. - Ale już teraz, chociaż jesteśmy po niedawnym otwarciu granic, daje się zauważyć wzmożony wzrost przyjazdów. Liczymy w dużej mierze na rodzimych turystów. Większość Austriaków odpuści w tym roku dalekie, egzotyczne wakacje czy wypady na przykład do Hiszpanii, więc może przyjadą do nas? Właśnie do takich założeń przystosowane są tegoroczne kampanie marketingowe - podsumowuje.

Podobnie zakładają w hotelu, w którym mieszkam w Mayrhofen - miasteczku, które jest idealną bazą dla miłośników aktywnych wakacji w dolinie Ziller. Do 29 maja austriackie hotele były dla zwykłych turystów zamknięte, tak więc obiekt obsługiwał jedynie bardzo znikomy ruch biznesowy i to bez serwowania posiłków. Teraz, gdy patrzy się na praktycznie pełną podczas posiłków restaurację, można zakładać, że wszystko powoli wraca do normy.

Podobne wrażenia mam także z hotelu Stage12 w Innsbrucku. - Póki co mamy głównie gości z Austrii, Niemiec i Szwajcarii, ale na sierpień zapowiedziało się sporo Włochów - mówi recepcjonistka. - To, co było miłe, to to, że rozumiejąc naszą sytuację, klienci za niewykorzystane rezerwacje zwykle nie odbierali pieniędzy, ale zgadzali się na przesunięcie na późniejsze okresy czy przyszły rok - dodaje.

Trudno nie zauważyć, jak innsbrucki hotel dba o komfort psychiczny swoich gości. Widać to po prośbach, by nie jeździć windą w więcej niż dwie osoby albo po organizacji śniadania. Wszystkie produkty podawane są w malutkich słoiczkach czy pojemniczkach, aby zminimalizować dotykanie tego, co się zjada. 

embed

fot. Monika Witkowska

Jak to jest w Tyrolu z turystami z odległych krajów? Od pewnego czasu Austria, za sprawą lodowców, przyciągała latem licznych gości z Półwyspu Arabskiego, którzy przyjeżdżali zobaczyć śnieg, a przy okazji uciekali od panujących u siebie upałów. Do ich ulubionych miejsc należał znajdujący się w Zillertalu lodowiec Tux, podczas gdy sam Innsbruck, tyrolska stolica, stanowił żelazny punkt programu głównie dla turystów z Indii czy Chin. W tym sezonie na egzotycznych turystów nikt w Tyrolu raczej nie liczy.

Nie ma tego złego...

Jakie prognozy na najbliższe miesiące snują reprezentanci austriackiego rynku turystycznego? Wszyscy moi rozmówcy nie mieli wątpliwości, że będzie to trudny i specyficzny sezon, jednak zamiast załamywać ręce, trzeba działać. W muzeach ruch już całkiem spory, atrakcje typu kanioningi czy raftingi też już mają sporo rezerwacji. - Jeśli chodzi o miejscowe biura turystyczne, o bankructwach na szczęście nie słyszałam, ale wiadomo, że zwłaszcza te małe mają bardzo ciężko - mówi Kasia Gaczorek.

- Ale nie chodzi wyłącznie o organizację wycieczek. Dodatkowo dobiło je to, że przez pandemię zatrzymał się zupełnie ruch lotniczy, a Austriacy są przyzwyczajeni, że bilety kupują nie samodzielnie, w internecie, ale właśnie przez biuro podróży (swoją drogą biura mają często atrakcyjniejsze ceny niż te podawane w sieci). Na szczęście teraz loty są już wznawiane. Z kolei co do hoteli, których często właścicielami są rodziny, to wiele z nich jest na kredytach, bo ciągle w coś przecież inwestowano, a to w wyciągi, a to w baseny i spa. Teraz, gdy nie ma klientów, nie ma jak tych zadłużeń spłacać. I to jest dramat, bo mówi się, że są podobno fundusze inwestycyjne z Azji, ale też z Niemiec, które tylko czekają na upadek czy to hoteli, czy to kolejek górskich, żeby można je było wykupić - opowiada Kasia.  

Jak wyglądała ekonomiczna pomoc rządowa w stosunku do zwykłych ludzi? - Dość szybko, jak tylko pandemia się zaczęła, austriacki rząd wprowadził tzw. Kurzarbeit, czyli model krótkiej pracy - tłumaczy Katarzyna Gaczorek. Oznaczało to, że do połowy czerwca można było być zatrudnionym tylko na 10 proc. etatu, co przekładało się na 10 godzin pracy tygodniowo. Firma płaciła pracownikowi płacę minimalną, podczas gdy państwo wyrównywało różnicę aż do 85 proc. pensji. System wyhamował zwolnienia pracowników. Aktualnie mamy w Tyrolu prawie 45 tys. bezrobotnych, z czego większość z sektora turystyki, gastronomii i handlu, ale gdyby nie Kurzarbeit, liczba mogłaby być większa - mówi Kasia. 

W praktyce "krótsza praca" oznaczała, że jeśli ktoś nie mógł pracować w domu, to przychodził do biura trzy razy w tygodniu, na przykład do południa i dostawał za to nawet 85 proc. zarobków. Sielanką trudno to jednak nazwać. - O samobójstwach w Austrii się nie mówi, ale sporo osób, zwłaszcza menadżerów średniego szczebla, korzysta z pomocy psychiatrów. Dwie profesje na pandemii zyskały szczególnie, o czym świadczyło to, że nie można było umówić się na terminy - to właśnie psychiatrzy i jeszcze prawnicy - twierdzi Kasia. 

Z papierem toaletowym tak jak u nas 

Na koniec zahaczam jeszcze o sprawy niezwiązane bezpośrednio z funkcjonowaniem rynku turystycznego, ale dające obraz lokalnej mentalności, co z punktu widzenia przyjeżdżających turystów też jest przecież ciekawe. Czego Austriakom w pandemii brakowało? - Jeśli chodzi o rzeczy materialne, to podobnie jak w Polsce, papieru toaletowego i mydła! - śmieje się Kasia. - A, i jeszcze słuchawek z mikrofonem, bo potrzebne były dzieciom przy nauce online. 

Czego zatem doświadczenie pandemii nauczyło Austriaków? - Choćby organizacji czasu. Na przykład tego, że nie trzeba jechać z Innsbrucka cztery godziny pociągiem do Wiednia, żeby odbyć godzinne spotkanie i cztery godziny wracać, bo można umówić się przez internet i zaoszczędzić sporo czasu - stwierdza moja koleżanka.

- Ale ogólnie inaczej patrzy się na wiele spraw, bo z perspektywy wcześniejszego dobrobytu ludzie zaczęli widzieć potrzebę przewartościowania swojego nastawienia. Zauważyli, że i samochód, i praca, i wszystkie materialne rzeczy nie mogą być celem nadrzędnym, bo może przyjść kryzys i wszystko można stracić. Pojawia się myślenie o przyszłości, o ekologii i o produktach regionalnych, bo nagle zauważono, jak bardzo jesteśmy uzależnieni od importu, zwłaszcza z Chin - dodaje.

No dobrze, a moje ogólne wrażenia z Austrii, jeśli chodzi o podejście do koronawirusa? Jest bez paniki, zdroworozsądkowo, mniej restrykcyjnie niż w sąsiednich Niemczech, ale nie można zarzucić lekceważenia sytuacji. O tym, że nadal problem jest, przypominają wszechobecne tablice, które zwracają uwagę, żeby się nie ściskać, nie całować, że trzeba myć ręce, że zamiast stukać się kieliszkami, lepiej się do siebie uśmiechnąć. W każdym razie maseczka to w tym roku niezbędny element wakacyjnego ekwipunku, bo nigdy nie wiadomo, czy jednak nie trzeba będzie jej założyć. 

embed

fot. Monika Witkowska