Turyści wrócili na szlaki. Razem z nimi sterty śmieci. "Na zdjęciu jest puszka, którą przedziurawił niedźwiedź"

Pierwszy etap łagodzenia obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa sprawił, że turyści wrócili na szlaki. Niestety wciąż wiele osób lekceważy podstawowe zasady poszanowania przyrody i pozostawia po sobie w lasach duże ilości śmieci. Pracownicy parków narodowych oraz schronisk turystycznych zaapelowali o zabieranie odpadów ze sobą.

Wiele pisaliśmy o tym, jak przyroda dobrze sobie radzi, gdy ludzie izolują się w domach. Czystsze powietrze, przejrzysta woda, zwierzęta pojawiające się w miejscach, w których wcześniej ich nie było. Wszystkie te nieoczekiwane, pozytywne skutki pandemii mogą jednak zniknąć w mgnieniu oka. Wystarczyło kilka dni po ponownym otwarciu lasów, parków i plaż, a internet obiegły zdjęcia pozostawionych przez turystów śmieci.

"Co wniosłeś, to znieś"

"Smutną, brudną prawdę otwarcia szlaków" pokazało na swoim fanpage'u Schronisko Górskie PTTK Markowe Szczawiny w Beskidzie Żywieckim na stokach Babiej Góry. Na opublikowanych zdjęciach widać wyrzucone w śnieg puszki, a także stertę śmieci pozostawioną przy schronisku.

Nasz ukochany Park jest otwarty dopiero kilka dni, a to, co znajdujemy przed naszym (zamkniętym) schroniskiem i niestety na szlakach jest coraz bardziej dobijające. Wiemy niestety, że w innych górach i przy innych schroniskach dzieje się dokładnie tak samo. Dlatego apelujemy - znoście na dół swoje śmieci

- piszą pracownicy schroniska i przypominają, że w górach na całym świecie obowiązuje norma zwyczajowa "co wniosłeś, to znieś". Zwracają także uwagę, że odpady mogą stanowić zagrożenie dla zwierząt - puszka, którą znaleźli na szlaku, została przedziurawiona przez niedźwiedzia.

Podobny apel wystosował Karkonoski Park Narodowy. Pracownicy poprosili, aby zabierać śmieci ze sobą i nie pozostawiać ich przy schroniskach, zamkniętych strefach wypoczynku czy na szlakach.

Sterty śmieci pod Gubałówką

Smutny obrazek pokazała też Straż Gminna Kościelisko. W ubiegłym tygodniu ktoś pod osłoną nocy wyrzucił duże ilości odpadów przy drodze prowadzającej na Gubałówkę. Nie są to co prawda śmieci pozostawione przez spacerujących turystów, bowiem straż podkreśla, że "ilość i charakter tych odpadów wskazuje, że ktoś "czyścił" lokal po poprzednich użytkownikach", jednak widok jest tak samo, a może nawet jeszcze bardziej przygnębiający. 

1000 wagonów kolejowych śmieci

Problem wyrzucania odpadów gdzie popadnie jest, jak widać, wciąż żywy i, niestety, nie dotyczy tylko wąskiej grupy osób - śmiecą zarówno turyści, którym zużyty papierek czy pusta puszka tak bardzo ciążą w plecaku, że nie są w stanie z nimi zejść, jak i ludzie, którzy szukają sposobu, aby uniknąć płacenia za wywóz śmieci. To pokazuje, że wciąż potrzebne są kampanie i apele, które uświadomią ludzi, jak wielką krzywdę wyrządzają planecie, która, bądź co bądź, jest ich domem.

Każdego roku, tylko z lasów pod zarządem Lasów Państwowych wywożona jest równowartość 1000 wagonów kolejowych śmieci.

- Widać wyraźnie, kiedy był długi weekend, majówka lub inny wolny dzień. No i niestety bardzo często widzimy, kiedy się rozpoczął sezon grzybowy, bo grzybiarze zostawiają bardzo dużo śmieci. To jest o tyle większe wyzwanie, że oni wchodzą głęboko w las. Śmieci zostają też po coraz bardziej popularnych leśnych imprezach sportowych, choć teraz nadleśnictwa pilnują, żeby w umowach zawierać zobowiązanie organizatorów do posprzątania lasu - mówi Anna Malinowska, rzeczniczka Lasów Państwowych.

Zobacz wideo Wyrzucili śmieci w pobliżu ujęcia wody

W ubiegłym roku strażnicy leśni nałożyli 784 mandaty karne o łącznej wartości 204 920 zł (pieniądze trafiają do Skarbu Państwa), w 24 przypadkach z powodu odmowy przyjęcia mandatu skierowano wnioski do sądów. Nie wydaje się to być dużo, ale też strażników jest 1000, średnio po dwóch na nadleśnictwo, a lasy rozległe.

Ludzie chcą tylko zdobyć szczyt, reszta bez znaczenia

Jednak nie tylko polski turysta pozostawia po sobie śmieci w górach czy w lesie. Andrzej Bargiel w naszym cyklu Ludzie w klimacie opowiadał, że zetknął się z tym problemem również w innych częściach świata.

- Obserwuję tych, którzy bardzo często mają marzenie, żeby wejść na szczyt i robią to. Kondycyjnie są przygotowani, ale kompletnie nie obchodzi ich aspekt ekologiczny takich działań. W ogóle nie widzą tego, że w górach powinniśmy dbać o to, żeby nasza ingerencja była jak najmniejsza, o to, by nie pozostawiać po sobie niczego, żadnego śladu, nie mówiąc już o śmieciach. Oni po prostu tylko chcą zdobyć szczyt. W Himalajach to ma jeszcze taki wymiar, że zazwyczaj ci ludzie czują, że ich to zupełnie nie dotyczy, bo zapłacili sporo pieniędzy komuś, kto obiecał ich na ten szczyt zaprowadzić. Zakładają, że to nie jest ich sprawa. To jest dość przerażające, kiedy realizując swoje cele w otoczeniu dzikiej przyrody, nie obchodzi nas w jakim stanie ją zostawiamy.

Dodaje, że wiele osób po takich wyprawach chce szybko wracać do domu i zakładają, że śmieciami zajmie się lokalna agencja, która wyprawę zorganizowała. Problemem jest jednak odpowiednia utylizacja odpadów. - Jest to nawet jakoś usprawiedliwione, bo pakujesz swoje rzeczy, idziesz na dół, a ci ludzie jeszcze zostają i tam się krzątają, robią porządki. Jednak kluczem skuteczności jest tutaj dopilnowanie, żeby wszystko, co tam z nami jest, zostało odpowiednio zutylizowane. Niestety najczęściej te śmieci wrzucane są do szczelin lodowca lub palone na miejscu, by nie musieć ich przez wiele kilometrów znosić - tłumaczy.

Całą rozmowę z Andrzejem Bargielem, który opowiada m.in. o sprzątaniu lodowca Khumbu Icefall i znalezieniu m.in. aparatu Leica oraz kamery sprzed 30 lat z filmem, który udało się później odtworzyć, przeczytacie TUTAJ.