Czym była segregacja plażowa? I dlaczego kobiety wjeżdżały do wody w wozach kąpielowych? Bałtyk, jakiego nie znacie

Co Tomasz Raczek robił na transatlantyku Stefan Batory? Dlaczego po plaży paradowano w piżamach? I gdzie nad morzem była "nowa Warszawa", a gdzie "małe Zakopane"? Aleksandra Arendt-Czekała, autorka książki "Bałtyk. Historie zza parawanu", odsłania tajemnice polskiego morza i opowiada o ludziach, których losy splotły się z Wybrzeżem.

Urszula Abucewicz, Podróże Gazeta.pl: Teraz nad Bałtykiem można spotkać wielu miłośników morsowania i nikogo to już nie dziwi. Ale w twojej książce przeczytałam, że już w XIX w. zalecano kąpiele w zimnej wodzie. Można by więc podobną praktykę nazwać morsowaniem? 

Aleksandra Arendt-Czekała: Nie do końca. Morsowanie to krótkotrwałe zanurzenie w wodzie. Podobno największą frajdę przynosi, gdy temperatura powietrza jest ujemna. Kuracjusze, którzy przyjeżdżali nad Bałtyk, wierząc, że morskie kąpiele mogą ich uleczyć z wielu dolegliwości, zażywali kąpieli raczej w tych cieplejszych miesiącach.  

Zachowały się relacje pacjentów, którzy przybywali np. do Sopotu. Zanim ruszyli na plażę, konsultowali się z lekarzem, który dawał im konkretne wytyczne. Takie zdrowotne kąpiele miały trwać od 15 do 20 minut. Woda miała mieć temperaturę od 12 do 15 stopni. Wierzono, że morska woda może uleczyć np. z reumatyzmu, anemii czy depresji.  

embed

fot. zbiory prywatne Aleksandry Arendt-Czekały

Czyli jednak daleko do morsowania...

Moim zdaniem tak. Zwyczaj kąpieli w zimnej wodzie w Europie upowszechnili Anglicy na przełomie XVIII i XIX w. To właśnie jeden z angielskich lekarzy zachwalał, że zimna woda potrafi wyleczyć z wielu różnych chorób.  

W Polsce kąpiele w morzu upowszechnili Francuzi - tuż po zakończeniu wojen napoleońskich. Na początku z uroków Bałtyku korzystały wyższe sfery. Nie wiązało się to ze szczególnymi zakazami czy kwestiami społecznymi po prostu tylko ich było na to stać. Reszta po prostu zajmowała się pracą.  

Kto wie, może w Trójmieście moglibyśmy podziwiać zwycięstwa polskich skoczków podczas Pucharu Świata. Triumfy Adama Małysza czy Kamila Stocha. Ponoć były nad morzem skocznie narciarskie...  

Kiedy pierwszy raz natknęłam się na wzmiankę o skoczniach narciarskich w Trójmieście, też nie mogłam w to uwierzyć. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałam. A one były i tuż po II wojnie światowej miały się całkiem nieźle. Takie drewniane "obiekty" były w Gdańsku, Sopocie i Wejherowie.  

Co ciekawe, w Sopocie w latach 50. XX w. podjęto próbę zbudowania murowanej skoczni. Plan był, rozpoczęto nawet prace, ale nigdy ich nie ukończono. Projekt nowoczesnej skoczni, na której można by było oddawać skoki o długości do 55 metrów opublikowano w ówczesnym "Dzienniku Bałtyckim". Niestety skocznia ostatecznie nie powstała.  

Dlaczego?

Tego, przyznaję, nie udało mi się ostatecznie ustalić. Moi rozmówcy wskazywali na kilka przyczyn. Jedni twierdzili, że pomysłodawcom zabrakło środków. Inni, że projekt zrujnowała pogoda, bo podczas większych opadów woda z gliną bez problemu mogła spłynąć z budowy na pobliski stadion lekkoatletyczny. Z kolei jeden ze skoczków, Harry Gawrych przyczyn fiaska tego projektu upatruje w wyjeździe architekta, który skocznię zaprojektował.

To był dość ryzykowny sport. Jeden z twoich rozmówców wspominał, że czuł się tak, jakby skakał w przepaść.  

Tak, to słowa Zbigniewa Chodorowskiego, który skakał na skoczni w Dolinie Radości w Gdańsku tuż po II wojnie światowej. Podobno tamta skocznia była tak sprofilowana, że chłopcy, którzy się na nią wdrapywali, nie widzieli z progu, co jest na dole. Podczas pierwszego skoku pan Zbigniew modlił się, żeby już tylko znaleźć się na dole. Ówcześni "skoczkowie" amatorzy tak naprawdę nie mieli żadnego wyposażenia. Korzystali z nart znalezionych gdzieś w piwnicy. Często były one różnej długości, miały też różne wiązania. O kombinezonach nikt wtedy nie marzył. Każdy zakładał to, co miał. Jakiś powyciągany sweter, spodnie, które za bardzo nie krępowały ruchów i po prostu się skakało, jak to mówi pan Zbigniew, stylem pokracznym. Zawodnik starał się zrobić wszystko, żeby nie upaść. Utrzymywał pozycję prostą, stojącą, a ręce miał wyciągnięte do boku. Niektórzy jeszcze wymachiwali rękami.   

Z kolei Harry Gawrych, skoczek z Sopotu, wspomina, że niedzielne skoki młodzików zawsze cieszyły się sporym zainteresowaniem. Do dzisiaj pamięta, jak jego mama krzyczała: "Harry, Harry". Wtedy oddawano skoki o długości do 25 metrów. Do skoków Małysza czy Stocha nie można tego porównać. Na pewno tamtym młodym skoczkom sprzed kilkudziesięciu lat nie można odmówić determinacji.  

Zbigniew Chodorowski i Tadeusz Stawski na dawnej skoczniZbigniew Chodorowski i Tadeusz Stawski na dawnej skoczni zbiory Zbigniewa Chodorowskiego

Tych nietypowych obiektów nad morzem było znacznie więcej. Z twojej książki dowiedziałam się, że w Jastrzębiej Górze była winda plażowa.  

To było dla mnie kolejne zaskoczenie. Byłam kilka razy w Jastrzębiej Górze, ale o windzie nigdy nie słyszałam. Z kolei sama jej nie pamiętam, bo runęła, gdy nie było mnie jeszcze na świecie. To, jak ciekawą historię miał ten obiekt, uświadomili mi dopiero mieszkańcy, z którymi o niej rozmawiałam. Winda plażowa w Jastrzębiej Górze była wielkim marzeniem inżyniera Jerzego Osmołowskiego ze stolicy, który stworzył "małą Warszawę" nad Bałtykiem. Razem z przyjacielem Adolfem Makomskim kupił nad morzem nieużytki. Dla całej miejscowości stworzono plan parcelacyjny. Wyznaczono na nim, gdzie będą budynki, drogi, zieleńce i bulwar i winda na klifie. Wykonaniem planu zajęła się spółka "Jastgór", którą Osmołowski założył z partnerami.

Pierwsze prace budowlane nad windą ruszyły w 1938 r. Zgodnie z projektem na klifie miała stanąć wysoka wieża z żelbetonu. Na samej górze miał się znaleźć taras o szerokości dwóch metrów. Konstrukcja stanęła w sierpniu 1939 r. w przededniu II wojny światowej. Do jej uruchomienia brakowało tylko dźwigu i kabiny. Niewykluczone, że dalszych prac zaprzestano, bo coraz częściej z niepokojem patrzono na naszych sąsiadów zza zachodniej granicy. Wojna wisiała w powietrzu.  

Winda, w przeciwieństwie do niektórych willi, które zostawił po sobie Osmołowski, przetrwała II wojnę światową. I czekała na lepsze czasy. I takich doczekała w latach 60., gdy do projektu powrócono i rzeczywiście tę windę uruchomiono. 

Jak długo działała? Musiała być ogromną atrakcją w tamtych czasach. 

Co do tego, jak długo działała winda, to wersje są różne. Moi rozmówcy znacznie się tu różnili. Jedni twierdzili, że dźwig działał zaledwie rok, inni że nawet pięć lat. Ja skłaniam się ku wersji pana Janusza Śródeckiego, ówczesnego pracownika Urzędu Morskiego. Według jego informacji winda funkcjonowała zaledwie dwa sezony. W 1969 r. została już wyłączona z użytku. Powód: coraz bardziej odchylała się od brzegu. 

Szkoda, bo była dużą atrakcją. Podobno mieszkańcy okolicznych miejscowości, nie tylko turyści, przyjeżdżali tam w niedzielę, żeby wjechać na górę, zobaczyć okolicę z innej perspektywy. Niestety na początku stycznia 1982 r. winda po prostu runęła. Jej niektóre elementy tworzą umocnienie wybrzeża.  

Jeśli chodzi o historie, a raczej legendy. Ile jest prawdy w tej o Winecie, słynnym słowiańskim grodzie, który miał podzielić los Atlantydy? I gdzie możemy szukać zatopionego miasta? 

W każdej legendzie jest ziarenko prawdy. A nad tym, gdzie leżała Wineta, dumało już wielu uczonych. Badacze, którzy także dziś zajmują się tym tematem, nie mają łatwo. Jest wiele wariantów legendy o bogatym i potężnym grodzie na południu Bałtyku. Nawet samo nazewnictwo nie ułatwia sprawy. W skandynawskich legendach pojawia się gród o nazwach: Jomsborg, Julin, Jumne. Nazwa Wineta pojawia się dopiero w kronikach z XII w. Niektórzy historycy twierdzą, że Winetę należy utożsamiać ze średniowiecznym Wolinem.  

Wolin to legendarna Wineta? 

Wolin był bogatym grodem i prężnie działającym ośrodkiem. Znajdował się na południowym wybrzeżu Bałtyku w miejscu, gdzie krzyżowało się wiele szlaków handlowych. Podobno dla Wikingów był oknem na świat Słowian. I mimo swej potęgi w końcu upadł. Wiele elementów z historii tego grodu pasuje do legendarnej układanki o Winecie, ale do tej pory żaden z naukowców nie powiedział na sto procent: tak, to tutaj była Wineta. Choć prawdopodobieństwo jest duże.  

embed

rys. Martyna Czekała, rysunek pochodzi z książki "Bałtyk. Historie zza parawanu"

Z twojej książki dowiedziałam się też, że w XIX w. na plaży obowiązywała segregacja plażowa.  

Rzeczywiście w XIX w. i na początku XX w. na bałtyckich plażach segregowano plażowiczów ze względu na płeć. Wynikało to z uwarunkowań społecznych i kulturowych. Wspólne kąpiele obu płci były nie do pomyślenia. Na kąpieliskach obowiązywały restrykcyjne regulaminy.  

O co chodziło z tą segregacją?  

Plaże dzielono na trzy części: dla pań, dla panów oraz dla małżeństw z dziećmi. Strefy wydzielano w różny sposób, np. budowano płoty albo wieszano białe płachty. Na niektórych kąpieliskach po prostu wyznaczono godziny, w których, jak to określała Magdalena Samozwaniec, kąpała się "płeć piękna" lub "płeć niebezpieczna". 

Mimo kar finansowych, niektórzy próbowali obchodzić te zakazy. Dochodziło do sytuacji, w których pary wynajmowały od rybaków dzieci, żeby móc wspólnie spędzić czas na plaży dla małżeństw z dziećmi. Jedna z takich historii skończyła się tragicznie. Dziecko się utopiło.   

Były też zabawne sytuacje, kiedy mężczyźni nakładali kobiece czepki i próbowali przepłynąć do żeńskiej strefy. Pomysłowości i fantazji na pewno plażowiczom nie brakowało.  

I też na pewno nie brakowało kolorytu. Panie wjeżdżały do morza w specjalnych wozach kąpielowych. 

W XVIII w. nie było w dobrym tonie, by kobiety z wyższych sfer prezentowały się publicznie bez porządnej sukni oraz gorsetu. Z kolei kąpiel w ubraniu też nie należała dla najprzyjemniejszych. Zbawienne okazały się drewniane wozy kąpielowe. Kobieta wsiadała do wozu, a potem ten wjeżdżał do morza. Jak zażywały kąpieli? To już zależało od plażowiczki. Niektóre panie kąpały się nago, inne się przebierały. Potem bezpiecznie i z dala od wścibskich oczu wjeżdżały na brzeg. Z niektórych relacji wynika, że wozy kąpielowe można było jeszcze zobaczyć nad Bałtykiem w XX w.  

A kiedy zaczęła się zmieniać moda plażowa? Kiedy zaczęliśmy odsłaniać ciało? 

Pierwsze stroje kąpielowe w niczym nie przypominały tych współczesnych. Do wody wchodziło się w "dziwacznych strojach" takich z rękawami, kołnierzykiem i w pantalonach. Znaczące zmiany zaczęły się pojawiać w dwudziestoleciu międzywojennym. To wtedy kobiety odważyły się pokazać łydki! Z czasem pojawiły się jednoczęściowe trykoty. Na gdyńskich plażach bardzo popularne były też tzw. piżamy, czyli stroje półplażowe, w których spacerowano brzegiem morza. Stroje dwuczęściowe pojawiły się dopiero w latach 40. Ale typowe bikini stało się popularne dopiero dekadę później, gdy skąpy strój założyła Brigitte Bardot.  

Moda plażowa bardzo zmieniła się na przestrzeni latModa plażowa bardzo zmieniła się na przestrzeni lat Narodowe Archiwum Cyfrowe

Nad polskim morzem mamy również mekkę nudyzmu. Podczas pierwszego zlotu naturystów przyjechało osiem tysięcy ludzi. Ale mieszkańcy nie byli tak wyluzowali. W pewnym momencie powiedzieli dość.  

W Polsce opalanie nago zrobiło się popularne w latach 70. i 80. XX w. Zazwyczaj plażowicze wybierali jakieś ustronne miejsce z dala od "tekstylnych nudziarzy". Najsłynniejsza plaża, o której z resztą w śpiewał Zbigniew Wodecki, znajduje się trzy kilometry za Chałupami w stronę Kuźnicy. Z roku na rok golasów było coraz więcej, a to nie wszystkim się podobało. Mieszkańcy Chałup nie kryli zgorszenia i w 1984 roku zagrozili, że zbojkotują wybory do rad narodowych, jeśli władze czegoś nie zrobią z naturystami. Pod apelem podpisało się 16 osób. Władze wprowadziły zakaz kąpieli w stroju Adam i Ewy.   

Plaża wciąż funkcjonuje, choć nie jest już tak oblężona. A i mieszkańcy Chałup mają już zupełnie inne podejście do naturystów.  

ChałupyChałupy Martyna Czekała, rysunek pochodzi z książki 'Bałtyk. Historie zza parawanu'

Miłośnikiem nudyzmu był m.in. Janusz Głowacki.

Januszowi Głowackiemu zdecydowanie nie dopisało szczęście. Funkcjonariusze MO przyłapali go na plażowaniu nago w Pucku. Zanim się ujawnili, obserwowali sytuację zza krzaków na wydmie. Potem mieli podejść do nagusów i zapytać: "Ciekawe, gdzie panowie trzymają dowody osobiste". Sprawa znalazła finał przed kolegium.  

Tomasz Raczek zaś rzucił dobrą pracę, żeby pracować jako oficer rozrywkowy na statku Batorym. Jak na to wpadłaś?  

O niezwykłej przygodzie Tomasza Raczka dowiedziałam się dzięki Muzeum Emigracji w Gdyni. Placówka co jakiś publikowała informacje dotyczące transatlantyków. I tak zainteresowałam się "Stefanem Batorym". Potem trafiłam na spisaną relację oficera rozrywkowego Tomasza Raczka. Zaskoczyło mnie, że warszawiak z krwi i kości marzył o tym, by zostać wilkiem morskim.  

I to marzenie postanowił spełnić.  

Pomogła mu oczywiście rozpoznawalność. Gdy w 1986 r. poprowadził z Grażyną Torbicką festiwal w Sopocie, zyskał rozgłos. O swojej fascynacji morzem opowiedział podczas uroczystego obiadu, na którym był m.in. przedstawiciel Polskich Linii Oceanicznych. Od słowa do słowa okazało się, że jest wakat, bo oficer rozrywkowy, który u nich pracuje, musi zejść na ląd. Na pytanie więc, czy pan Tomasz mógłby go zastąpić, dziennikarz bez wahania odparł, że bardzo chętnie. Na pytanie kiedy, usłyszał, że właściwie od teraz, zaraz. Na załatwienie formalności miał dwa tygodnie.  

Raczek wrócił do Warszawy, zdeterminowany, że popłynie. Poszedł do swojego szefa, reżysera Tadeusza Chmielewskiego i oświadczył, że chciałby wziąć urlop bezpłatny. Chmielewski nie chciał o tym słyszeć. Raczek o zgodę na urlop musiał poprosić ministra kultury. Napisał oficjalne pismo, w którym tłumaczył, że popłynięcie w rejs jest jego wielkim marzeniem. No i się udało. Chociaż pracownica ministerstwa była przekonana, że to jakiś żart.  

Tomasz RaczekTomasz Raczek Martyna Czekała, rysunek pochodzi z książki 'Bałtyk. Historie zza parawanu'

Nie tylko Tomasza Raczka zafascynowało morze. Czym dla ciebie jest Bałtyk? 

Pochodzę z Kaszub, z Bolszewa koło Wejherowa. Mimo to nie czułam się jakoś szczególnie związana z morzem. To zmieniło się dopiero kilka lat temu, gdy zamieszkałam w Gdańsku, a morskie historie coraz częściej zaczęły się pojawiać w mojej zawodowej pracy. Dla mnie Bałtyk to coś więcej niż chłodna, słonawa woda, która oblewa nasze wybrzeże. To historie ludzi, którzy w różny sposób związali swoje losy z Bałtykiem. To barwne legendy, w których jest ziarnko prawdy i siła żywiołu, z którym trudno wygrać.  

A czy nie żal ci, że na plażach zamiast stylowych koszy wiklinowych, możemy zobaczyć ludzi odgrodzonych od siebie parawanami?   

Parawany są dużo łatwiejsze w obsłudze, ale na pewno mają mniej uroku niż kosze wiklinowe, które swego czasu tworzyły wręcz "wiklinowe osiedla". Drewniane wozy kąpielowe pewnie też byłyby nietypową atrakcją. Ale moda się zmienia i oczekiwania plażowiczów też. Ale kto wie, może jeszcze kiedyś wrócą nad polskie morze.

Kontakt z autorką Urszulą Abucewicz za pośrednictwem jej Facebooka.