Przez sześć godzin siedzieli w samolocie, bo piloci spalali paliwo. A potem i tak musieli lądować, by dotankować

Pasażerowie Ryanaira, którzy we wtorek lecieli z Budapesztu na Gran Canarię, na długo zapamiętają feralną podróż. Sześć godzin spędzili w samolocie, który stał na lotnisku. Wszystko przez to, że był za ciężki i musiał spalić paliwo.

Samolot miał odlecieć z lotniska w Budapeszcie na Gran Canarię 18 lutego o godz. 6.30. W rzeczywistości stało się to o godz. 12.19. Węgierskie media podają, że samolot był zbyt ciężki i musiał spalić paliwo, pozostając na płycie lotniska - z powodu awarii nie mogło się to odbyć w tradycyjny sposób. Pasażerów początkowo nie poinformowano, co się dzieje, nie mogli też wyjść z samolotu.

Po pewnym czasie zaczęli narzekać na nieprzyjemne zapachy, które wydobywały się z samolotu. Nie dostali też niczego do jedzenia ani do picia - dopiero po kilku godzinach zaproponowano podróżnym zakup przekąsek i napojów. Zgłaszali też, że jest zimno, bo nie zostało włączone ogrzewanie.

Według relacji węgierskich mediów w pewnym momencie na płytę lotniska została także wezwana policja. Jeden z pasażerów miał nie wytrzymać ze zdenerwowania i zapalić papierosa w toalecie. Interwencja nie była jednak konieczna, bo podróżny dobrowolnie opuścił pokład.

Samolot ostatecznie wystartował blisko sześć godzin później. Musiał jednak lądować w Madrycie, aby dotankować. Dopiero potem udał się w dalszą podróż na Wyspy Kanaryjskie

Ryanair przeprosił pasażerów za sytuację. Węgierskie władze zwróciły się do Ryanaira z natychmiastowym żądaniem zbadania sprawy. 

Dlaczego samoloty się spóźniają? To nie zawsze wina pogody

Zobacz wideo
Więcej o: