"Dzisiaj Grecy żądają reguł". Od absolutnej wolności do zakazów i przestrzegania prawa

- Byłem zainspirowany opowieściami na temat Grecji z lat 80. i początków lat 90. Moi przyjaciele opowiadali mi o luzie, z jakim się tutaj żyje. Załapałem się na końcówkę tych złotych dziesięcioleci. Pamiętam czasy, gdy latało się na zakupy do Mediolanu, na kawę po wiedeńsku do Wiednia. Wsiadało się w poranny samolot, a wracało wieczornym - mówi Marcin Pietrzyk, uznany przewodnik po Grecji, w której mieszka od ponad 20 lat. Autor książki "Grecja po mojemu. Przewodnik dla grekomaniaków". Jak zmieniali się Grecy? A jak turyści? I jakie miejsca są jeszcze niezadeptane w państwie Homera?

Urszula Abucewicz, Podróże Gazeta.pl: Czy po 24 latach życia w Grecji stałeś się już Grekiem? 

Marcin Pietrzyk, przewodnik po Grecji, autor książek: Raczej skutecznie go udaję. Wciągnęło mnie to miejsce. Mentalność Greków mi odpowiada. Światło, słońce, szum morza, niebieskie niebo, ale też pozytywnie nastawieni ludzie… Wszystko to dodaje mi energii.  

Zaakceptowałem ten kraj, odnalazłem się w tym, co zastałem i czuję się tutaj bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie życia w innym miejscu na ziemi.  

Miłość do kobiety, czy do sztuki? Co sprawiło, że tu zamieszkałeś? 

Przypadek. Po raz pierwszy przyjechałem do Grecji z kolegami po fachu, bo studiowałem wtedy dziennikarstwo w Warszawie. Po powrocie powiedziałem naczelnemu, że nie mogę nic napisać o tym kraju po jednej wizycie, że muszę pojechać tam jeszcze raz.  

I jakoś tak się potoczyło, że rzuciłem pracę w redakcji i nie miałem na siebie w ogóle pomysłu. I wtedy zaproponowano mi pracę rezydenta. "Pojedź, odpocznij. Popracuj trzy miesiące. Przemyśl, co będziesz robić w życiu". I tak te trzy miesiące trwają już 24 lata. W pewnym momencie pojawiła się również moja żona, Despina, Greczynka. I tak oto wszystkie elementy się połączyły i wiodę bardzo greckie życie.  

Jesteś absolwentem państwowej Szkoły Przewodników w Salonikach. Ten system edukacji przewodników jest chwalony w całej Unii Europejskiej i stawiany jako wzór dla innych krajów.  

Od zawsze pracowałem w turystyce, ale trzy lata studiów w Szkole Przewodników pozwoliły mi zrozumieć Grecję. To był niezwykły czas. Tysiące godzin wykładów, a oprócz tego studniowa wycieczka po Grecji. Odwiedzaliśmy miejsca, których wprawdzie nigdy nie pokażemy turystom, ale musimy je po prostu znać. Dzięki temu mogę tą Grecją żonglować, szukać odniesień i porównań.   

Kiedy zaczynałem pracę jako pilot, wiedzę czerpałem ze zwykłych przewodników i wtedy modliłem się, żeby tylko nie było pytań, a dzisiaj nie mogę się wygadać.  

Marcin Pietrzyk jest licencjonowanym przewodnikiem po GrecjiMarcin Pietrzyk jest licencjonowanym przewodnikiem po Grecji archiwum Marcina Pietrzyka

Jak w ciągu tych 24 lat zmieniała się Grecja i Grecy? 

Byłem zainspirowany opowieściami na temat Grecji z lat 80. i początków lat 90. Moi przyjaciele, opowiadali mi o luzie, z jakim się tutaj żyje. Mówili, że panuje tutaj absolutna wolność. "Życie sobie, prawo sobie. Nie ma reguł" - słyszałem.  

Załapałem się na końcówkę tych złotych dwóch dziesięcioleci. I rzeczywiście Grecy byli bardzo rozrzutni. Żyli na wysokim poziomie. Mieli dobre pensje. Nie płacili podatków. Oczywiście trzeba było je płacić, ale jeśli ktoś tego nie robił, to nie ponosił żadnych konsekwencji, więc wszyscy ten system wykorzystywali. 

Pamiętam czasy, gdy latało się na zakupy do Mediolanu, na kawę po wiedeńsku do Wiednia. Wsiadało się w poranny samolot, a wracało wieczornym. Sam tak raz zrobiłem. Tak się wtedy żyło. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że to kiedyś musi się skończyć.  

I wprowadzono euro. 

Tak. Rzeczywiście takim gwoździem do trumny było wprowadzenie euro. Już nie można było kombinować, prowadzić kreatywnej księgowości. Ale jeszcze wtedy wszystko w miarę dobrze funkcjonowało. Grecy na początku XXI wieku przygotowywali się do igrzysk olimpijskich w Atenach. Budowali stadiony, powstawała koniunktura. Zorganizowali naprawdę profesjonalne igrzyska. Nikt nie wierzył w ten sukces, ale malutka Grecja udowodniła, że potrafi przygotować wielką imprezę. Wszystko się doskonale powiodło organizacyjnie, ale przekroczony został budżet i to kilkukrotnie. Potem trzeba było te długi spłacać i zaczęły się problemy. To już była zapowiedź kryzysu, który mocno objawił się w 2010 r. Efekt tego jest taki, że po 10 latach kryzysu, którego końca ja osobiście nie widzę, Grecy się bardzo zmienili.  

Na czym polega ta zmiana? 

Stali się bardziej oszczędni, bo jeżeli pensje poleciały o 50 proc., a ceny poszły kilkakrotnie w górę, to trzeba oglądać jedno euro z każdej strony. 

Kiedyś przed świętami Bożego Narodzenia czy Wielkanocy w sklepach z odzieżą były kolejki, bo każdy musiał mieć najmodniejszą kreację, w której zaprezentuje się przy rodzinnym stole. Dzisiaj już tego nie ma.  

Nasiliła się też fala emigracji. Rozczarowani życiem w ojczyźnie albo wracają do australijskiego Melbourne, albo szukają szczęścia w innych zakątkach świata.

Dlaczego akurat do Melbourne? 

Mówi się, że Melbourne to jedno z największych greckich miast na świecie. Mieszka tam prawie pół miliona Greków. W latach 80., w czasach dobrobytu, zaczęli wracać do ojczyzny. Teraz, skoro zmieniła się koniunktura, wyjeżdżają do Australii. 

Dzisiaj Grecy żądają reguł. Chcą przestrzegać prawa. To jest im potrzebne. Idealnym dowodem na to jest respektowanie przez nich całkowitego zakazu palenia w miejscach publicznych, które od października minionego roku wprowadził obecny premier.  

Poprzednie rządy bezskutecznie próbowały wprowadzić ten zakaz i żadnemu z nich się nie udało. Nawet jak nie było popielniczek, to niedopałki wrzucano do doniczek. Wszyscy kombinowali i to prawo omijali. Teraz jest inaczej. Proszę mi wierzyć, że Grecy rzeczywiście przestali palić w restauracjach czy tawernach. Stało się coś, w co zawsze powątpiewałem, że kiedykolwiek się uda. To jest dla mnie dowód na to, że Grecy potrafią się zmienić i potrzebują zasad.  

Czy to prawda, że Grecy wyprowadzają się z miast i wracają w rodzinne strony? 

To właśnie kolejny efekt kryzysu. Znowu zaczęły funkcjonować wioski. Gdy w miastach koszty utrzymania znacznie wzrosły i nie można było znaleźć pracy, Grecy wrócili w rodzinne strony, do korzeni. Zwrócili się w stronę tradycji. Dzięki temu na Peloponezie furorę robi przetwórstwo oliwek, można tam kupić bardzo dobrą oliwę. Rozwija się też winiarstwo.   

A czy jest coś co się nie zmieniło? 

Nie zmieniła się ich radość życia. Wciąż wyjdą do tawerny, pójdą na kawę, żeby pogadać, popłakać nad swoim losem, pocieszyć się nawzajem.  

Zresztą Grecja od zawsze była biedna. Tutaj niemal wszyscy pamiętają biedę, bo ten kraj bankrutował wielokrotnie. Mówią, że jeśli tyle razy dawaliśmy radę, to przeżyjemy i to. Właśnie dlatego są wciąż niepoprawnymi optymistami. To w nich przetrwało.  

Ponoć zajęcie miejsca przez Greków w restauracji to rytuał?  

To kolejna niezmienna rzecz. W Grecji zwykle do restauracji idzie się większą paczką. Sam wybór odpowiedniego miejsca może trwać kilkanaście minut. Biesiadnicy zastanawiają się, czy stół stoi w dobrym miejscu. Czy tu będzie chłodno? Czy będzie wiało? A może będzie słońce? Nie daj boże przeciąg? Potem się zastanawiają, gdzie, koło kogo każdy chce usiąść. To jest cała ceremonia. Potem zaczyna się zamawianie. Z tym jest łatwiej, bo zamawia się wszystkiego po trochu.  

Zachował się tutaj piękny zwyczaj, że wszyscy jemy z jednej miski. Kelnerzy stawiają dania na środek stołu, po czym wszyscy się dzielą. Przez pierwsze pół godziny nie ma rozmowy, bo wszyscy jedzą i rywalizują ze sobą, kto zje najlepsze kąski. To jest coś, co mnie oczarowało od pierwszej chwili. Kocham tak jeść posiłki. Czuję w takich chwilach wspólnotę. I to się w Grecji nie zmieniło pomimo kryzysu i braku pieniędzy. A po posiłku non stop się gada. I leją się kolejne karafki z winem.  

Grecy śmieją się z nas, Polaków, że pijemy frappe jednym łykiem. 

Oczywiście, bo jak się w Grecji idzie do kawiarni, to się pije kawę przez dwie godziny. Bardzo powoli. A kiedy turyści siadają, to oni potrafi taką kawę wypić jednym pociągnięciem słomki. Kelnerzy są w szoku. Zastanawiają się, jak tak można, bo w Grecji żyje się bardzo powoli. Motto życiowe Greków brzmi: siga siga (powoli, powoli). Takie zachowanie szokuje Greków, zastanawiają się: gdzie im tak się spieszy? Niech usiądą i sobie odpoczną.  

Ale pośpiech to nie tylko cecha Polaków. Wszyscy turyści tak robią. 

No właśnie turyści. Czy również oni się zmienili? 

Coraz mniej ludzi chce zwiedzać. To efekt all inclusive. Ludzie nie chcą wyjść z hotelu, bo stracą drinki, jedzenie. "Przecież wszystko mam opłacone" - często słyszę. "Zobaczyłem zdjęcia w internecie, zupełnie mi to wystarczy. Nie muszę tam jechać" - usłyszałem kiedyś.  

Wielkie wyspy typu Rodos, Kos czy Korfu opanowane zostały przez wielkie koncerny i większość hoteli w 90 proc. funkcjonuje w formule all inclusive. Kiedyś na lotnisku turysta, który spędził tydzień na Rodos, zapytał mnie, jaka obowiązuje w Grecji waluta, bo nie wydał ani jednego euro. Pewnie w ogóle nie wyszedł z hotelu. Niestety to norma. Tak robi większość turystów.  

Prawda jest taka, że opcja all inclusive zabija turystykę, bo ludzie nie zwiedzają, nie wchodzą do  kawiarni, baru czy tawerny, których zresztą jest coraz mniej. Szczególnie na dużych wyspach. 

Wszyscy wiedzą, że turyści lubią Grecję. Przyjeżdża ich tu ponad 30 milionów. Ale co z tego, skoro dochody spadają? Muzea są puste, nikt do nich nie chodzi. Kolejka jest tylko na Akropol w Atenach. Ale w muzeum w Delfach już nie.  

Pamiętam, gdy 15 lat temu przyjeżdżało tu osiem milionów urlopowiczów.  Były większe kolejki w muzeach niż teraz. A przecież odpuszczając sobie te miejsca, tracimy dużą część wrażeń z podróży.  

Marcin Pietrzyk w AtenachMarcin Pietrzyk w Atenach archiwum Marcina Pietrzyka

Piszesz w książce, że nie rozumiesz fascynacji Zakynthos, do której musiałeś się mocno przekonywać.  

Dalej się do niej przekonuję. Nie potrafię zrozumieć jej fenomenu. Jedynym atutem Zakynthos są piękne plaże, których może jej pozazdrościć wiele regionów w Grecji. Natomiast zabytków tu nie ma.  

Stolicę wyspy, która zostało zniszczona przez tragiczne trzęsienie ziemi, odbudowano niechlujnie. Wstyd na to patrzeć. Aż mnie nosi.   

Pamiętam w zeszłym roku byłem na Zakynthos, bo odbierałem grupę na objazdówkę po Peloponezie i mówią do mnie: "Masz grupę z lotu katowickiego". Wchodzę do hali przylotów i nagle widzę, że z Katowic lądują trzy samoloty. To jest naprawdę niezrozumiałe, że taki jest tutaj ruch.  

Myślę, że na popularność tej wyspy składają się: fajne plaże, w miarę dobre czterogwiazdkowe hotele, bogate all inclusive. Co więcej potrzeba do szczęścia w Grecji? Słońce, dobre jedzenie i plaża.  

Zastanawiam się, jak można podziwiać zachód słońca na Santorini w tłumie, w którym trudno wetknąć szpilkę. 

To jest koszmar. W zeszłym roku miałem wycieczkę objazdową po Cykladach i jednym z punktów programu było podziwianie zachodu słońca na Santorini. I po raz pierwszy dopadła mnie fobia. Przeraziła mnie liczba ludzi. Prowadząc grupę na punkt widokowy, nagle poczułem, że nie spaceruję, tylko ten tłum mnie niesie.   

Przeraziło mnie to. To oczywiście efekt bardzo dobrego marketingu. Ktoś to kiedyś wypromował i teraz trudno kogokolwiek przekonać, że równie ładny zachód słońca można podziwiać nie tylko w Oia. Wszyscy i tak jadą tam w ciemno. I to są te momenty w pracy, które mnie męczą. 

Ale kiedy widzę zachwyt mojej grupy, myślę sobie, że warto było się pomęczyć. Ja wiem, że istnieje inna alternatywa, ale turysta niekoniecznie. Ma zakodowane, że zachód słońca w Oia i koniec.  

Czy jest coś jeszcze w Grecji, co może cię zaskoczyć?  

Wyobraź sobie, że tak. Kilka lat temu odkryłem wyspę Leros i powiem ci, że byłem nią bardzo zaskoczony, kiedy trafiłem tam po raz pierwszy.  

Kiedy do niej dopływałem, wyglądała jak jedna wielka góra pozbawiona roślinności, bo zresztą Dodekanez taki jest. I wpływamy do portu, omijamy tę skałę i nagle wyłania się przepiękne miasto.  

Leros jest tak ukształtowana, że z zewnątrz widzimy tylko skały, ale jej wnętrze skrywa zatoki czy naturalne porty. Jest idealną kryjówką. Nie bez kozery to na niej wybudowano więzienia, w których przetrzymywano komunistów, a także mieścił się największy szpital psychiatryczny w Grecji. To tutaj także Mussolini zbudował ogromne miasto, które obsługiwało port marynarki wojennej.  

Na tej wyspie nie uświadczysz turystyki masowej, bo jest tu niewielki pas startowy, na którym mogą lądować niewielkie samoloty. Pewnie dlatego panuje tu kameralny klimat. To miejsce, gdzie można się wyciszyć, bo ten spokój panuje tu o każdej porze roku.  

Czy polecisz jeszcze jakąś wyspę, która cię urzekła, a jest mniej znana? 

Na Cykladach obok Santorini jest wyspa Ios. Wyspiarze kłócą się ze światem, czy jest tam pochowany Homer, czy nie.

Długo tam nie chciałem jechać, bo wydawało mi się, że jest to jakaś malutka wysepka, więc po co tam będę jechał. Ale dałem się w końcu namówić i nie pożałuję tego nigdy, bo Ios ma przepiękne plaże, a do tego jest tu bardzo mało turystów. 

Pamiętam i to było dla mnie szokiem, że śniadania serwują tu dopiero od godz. 12. Wkrótce się przekonałem dlaczego, bo Ios to świetne miejsce dla ludzi, którzy lubią imprezować. Życie toczy się w nocy. Przeżyłem szok, kiedy zobaczyłem, ile barów jest usytuowanych koło siebie. Nie ma tu rodzinnych hoteli ani aquaparków, jest za to mnóstwo młodych ludzi. To jest takie drugie Mykonos. Mekka rozrywki i wakacyjnego stylu życia.  

Na pewno obowiązkowym punktem wycieczki po Grecji są Meteory. Ale ty masz jeszcze dodatkową niespodziankę, jeśli chodzi o to spektakularne miejsce. 

Klasztory w Meteorach są równie spektakularne, co tajemnicze. Według legendy święty Atanazy, założyciel Wielkiego Meteoru, dotarł na szczyt skał na grzbiecie orła. W rzeczywistości pewnie pomogli mu mieszkańcy miasteczka Kalambaka, którzy świetnie opanowali sztukę wspinaczki. W XIV w. mnisi zaczęli budować klasztory na szczytach skał. Wówczas wzniesiono 24 monastyry. Do dzisiejszych czasów przetrwało sześć klasztorów. Ja najbardziej lubię Rusanu, zamieszkany od ponad 40 lat przez mniszki, z którymi jestem zaprzyjaźniony. Zawsze sobie porozmawiamy, zapytają, co słychać u mnie i mojej żony. Panuje tu przyjacielska, rodzinna atmosfera. Czuję się tutaj najlepiej. Lubię odwiedzać te mniejsze klasztory, w których panuje bardziej kameralny klimat.

A po doświadczeniach duchowych zabieram moje grupy do słynnej restauracji Meteora, którą od 95 lat prowadzi rodzina Gertsos. Rządzi tu babcia Keti. Znam Keti i całą rodzinę od lat i obserwuję, jak kolejne pokolenie przejmuje stery. Posiłek tutaj to wielka ceremonia. Właściciele witają każdego uśmiechem i zapraszają do kuchni. A tam stoi wielki piec zastawiony wielkimi kotłami, podobnymi do tych, które kiedyś były w klasztorach. Do tego Keti łamaną polszczyzną opowiada, co dzisiaj ugotowała. Jagnięcinę z bakłażanami, klopsiki cielęce w pomidorach albo wołowinę z cebulkami. I tak od 95 lat żywią tysiące pielgrzymów i turystów z całego świata.  

Dla wielu ludzi, których tu przywiozłem, to był jeden z najbardziej zapamiętanych momentów wycieczki - jedzenie u babci Keti.  

I to jest taki fajny kawał kultury greckiej, bo dla mnie Grecja to nie tylko zabytki, muzea czy klasztory, ale także tawerny, restauracje i cukiernie. Tak się odkrywa kraj.  

Marcin Pietrzyk na NaksosMarcin Pietrzyk na Naksos archiwum Marcina Pietrzyka

*** 

Marcin Pietrzyk jest licencjonowanym przewodnikiem na oprowadzanie po Grecji. Mieszka z żoną Greczynką, Despiną, w Salonikach. Nakładem Pascala ukazała się książka "Grecja po mojemu. Przewodnik dla grekomaniaków". Prowadzi bloga Moja Hellada. Poza tym działa aktywnie w strukturach związkowych greckich przewodników. Jest członkiem Zarządu Związku Przewodników Salonik i Północnej Grecji oraz reprezentantem Północnej Grecji w Ogólnogreckim Zrzeszeniu Przewodników. Zajmuje się promocją zawodu oraz podnoszeniem kwalifikacji przewodników.  Organizuje wycieczki objazdowe. 

***

Z Marcinem Pietrzykiem rozmawiała Urszula Abucewicz (kontakt do autorki za pośrednictwem Facebooka).