Wczasy po japońsku... List z Okinawy

Z łodzi podwodnej można oglądać morski świat, a w knajpie wypić drinka ?zgodnego? z naszą osobowością...

Tokio widziane z okien taksówki jest błękitne! Lutowe słońce lśni w szklanych wieżowcach 25-milionowej metropolii i w wodach rzeki Sumida. Niekończący się labirynt ulic, rozjazdów, tuneli, autostrad, nienaturalnie jasny i superfunkcjonalny. Krajowe lotnisko Haneda. Jasno, sterylnie czysto. Łagodność obsługi przywodzi na myśl szpital. Nikt się nie spieszy, cudowna koordynacja gwarantuje, że wszyscy trafią o właściwej porze we właściwe miejsca. Grupa uczniów przecina białą taflę hali. W schludnych mundurkach, z identycznymi teczkami w rękach, nie wyłamują się z ogólnego porządku i dyscypliny. Siedzę przy stoliku czekając, aż obsłuży mnie młody kelner. A on nawet nie spojrzał w moją stronę (potem się dowiaduję, że wielu Japończyków boi się kontaktu z cudzoziemcami).

Pogoda w Japonii

W samolocie żadnego ścisku, szturchania, zniecierpliwienia. Każdy doskonale wie, co ma robić, a przede wszystkim dba o to, by nie przeszkodzić innym. Na lunch dostajemy w ślicznych pudełkach ryż, mięso, sos sojowy, no i oczywiście - pałeczki. Wszyscy jedzą w wielkim skupieniu. Na ekranie wyświetla się trasa lotu - pędzimy na południe w kierunku Naha, stolicy Okinawy. Oprócz mnie, sami Japończycy.

W Naha przesiadamy się do autobusu, który rozwozi wczasowiczów po ośrodkach. Jadąc wzdłuż wybrzeża mijamy wielkie kompleksy hotelowe; jedne wyglądają jak kalifornijskie pałace, inne są anonimowe i szare. Nasz okazuje się skromny, za to bardzo rozległy - niekończące się korytarze, po których hula wiatr. Na dole kilka sklepów z miejscowymi smakołykami (grudki brązowego cukru leżą na tacach, można się raczyć do woli), stoły do ping-ponga, automaty z grami. W innym skrzydle basen i japońska łaźnia. Z korytarzy drzwi prowadzą do pokoi. Możemy spać albo na łóżku, albo na matach rozkładanych w wydzielonej części tatami. Hotelowy szlafrok wzorem i kształtem przypomina kimon - trzeba się nim umiejętnie przewiązać.

Poza nami w ośrodku wypoczywa kilka rodzin i grupa nastolatków. Po południu wybrałam się nad morze, ale nie zaszłam daleko - na drodze pojawił się płot. Co dalej? Pewnie kolejny pensjonat. Wieczorem wracamy na ten przynależny nam skrawek plaży. Morze ma kolor granatowy, fale łagodnie rozbijają się o piasek. Zdejmuję buty. Woda jest ciepła, przyjemnie brodzić w niej w świetle księżyca. Morze Wschodniochińskie - sama nazwa brzmi magicznie.

Następnego dnia docieram do ślicznego wybrzeża. Drobny żwirek pokrywa plażę, morze jest błękitne, przez płytką wodę widać skaliste dno. To dla takich widoków walą tu tłumy zestresowanych codzienną gonitwą Japończyków! Nieopodal znajduje się punkt, z którego stateczek dowozi chętnych do łodzi podwodnej. Po chwili płyniemy przez połacie błękitu, ogrzewane mocniejszym dziś słońcem. Morze miało wielki wpływ na kulturę wyspy. Wierzono, że na jego powierzchni, w krainie Nira-Kanai, mieszkają bogowie, i że płynie z niej błogosławieństwo zapewniające szczęście i obfite żniwa. Groźne tajfuny i powodzie nauczyły mieszkańców cenić przychylność wyższych sił.

Przesiadamy się na łódź podwodną. Jesteśmy w niewielkiej kapsule, w której ściany wmontowano okna. Rozpoczyna się spektakl. Łagodnym, jakby sennym ruchem płyną ku nam ryby o najbardziej fantastycznych barwach i kształtach. Seledyny, czerwienie, żółcie mienią się przed oczami. Płaskie, podłużne, z pyskami jak trąbki, płetwami jak wachlarze. Nie trzeba być zoologiem, żeby docenić ten widok.

W drodze powrotnej trafiam na sklep z demobilem po amerykańskiej armii. W wielkim brezentowym namiocie są plastikowe zabawki, kremy, balsamy i szampony w wielkich pojemnikach, t-shirty, dresy, adidasy. No i militaria. Większość z tych produktów, z natury przydatna, tu ma w sobie coś brzydkiego i niestosownego.

Pierwszy posiłek poza hotelową stołówką ze szwedzkim stołem jem w małej chacie, pokrytej czymś w rodzaju strzechy. W środku nieturystycznie, jakby trochę brudnawo. Zamawiam zupę z kluskami. Przy jedzeniu należy siorbać, co oznacza zadowolenie. Bardzo smaczna ta potrawa, a siorbanie wciąga tak samo jak jedzenie!

Następnego dnia jedziemy na wycieczkę autokarową. Zwiedzamy największe atrakcje Okinawy, jedną po drugiej, w maksymalnym skrócie. Kierowca dowozi nas do kolejnego punktu programu, dostajemy ulotki i podążamy za przewodnikiem. Najpierw fabryka przetworu ananasów, eksportowego produktu wyspy. Można kupić woreczki kandyzowanych owoców na prezent dla kolegów z pracy. Po to tu nas przywieziono! Potem pracownia ceramiki użytkowej, ogród botaniczny, minizoo i na koniec - skansen. Dowiadujemy się, że pierwotnie na Okinawie panował animizm i szamanizm, z czasem do lokalnych wierzeń dołączyły elementy japońskiego szintoizmu, chińskiego taoizmu, a nawet buddyzmu. Mieszkańcy uprawiali kult duchów kami, które przenikają cały wszechświat. Trudno jednak odczuć obecność nadnaturalnych sił pośród tłumu turystów. A przecież w pobliżu mogło się znajdować utaki - święte miejsce spotkania z duchami przodków...

Ostatniego wieczoru jemy kolację w hotelowej restauracji urządzonej w tradycyjnym stylu. Siedząc na matach przy niskich stolikach, obejrzymy słynny taniec Okinawy. Już wiem, jak się zachowywać przy japońskim stole: jedzenie przerywać kontemplacją, skubać pałeczkami małe kawałki, wzdychać, jak przy podziwianiu sztuki. Sake (podaną w krągłej butelce) najpierw nalewam do czarki współbiesiadnika, potem do swojej. Na stole pojawiają się miseczki, tace smakołyków i sosów. Kelnerka, klękając przy stoliku, z nieruchomą twarzą zapowiada kolejne dania.

Przy dźwiękach cichej, monotonnej muzyki rozpoczyna się taniec. Na początku powolny i wyważony, po chwili nabiera ekspresji. (Taniec i muzyka to dziedziny sztuki najlepiej oddające mentalność wyspiarzy. Stylizowane gesty rąk nawiązują do gestów religijnych, jakie wykonywali wierni, żeby przebłagać dobre i odpędzić złe moce). W wykonaniu pięknych dziewczyn w kwiecistych kimonach dawne rytuały przemieniły się w estetyczny popis dla garstki hotelowych gości.

Po kolacji idziemy do nocnego klubu. Monumentalny lokal jest zupełnie pusty. W czerwonawym świetle, pod szeregiem lamp stoją miękkie, purpurowe fotele i ciemne stoliki. Przystojny barman proponuje, że przyrządzi drinki zgodne z naszymi osobowościami. Mój jest chłodny i miętowy, w kolorze zielonobłękitnym. Smakuje ulotnie i nierealnie. Nigdy niczego podobnego nie wypiję...

Okinawa, to największa wyspa w archipelagu Riukiu na Oceanie Spokojnym. Tak samo nazywają się otaczające ją małe wysepki na Oceanie i Morzu Wschodniochińskim - jest ich 161,z czego 44 zamieszkane, rozciągają się na szerokość 1000 km. Panuje tu klimat podzwrotnikowy, a temperatura nie spada poniżej 12 stopni, dlatego wyspy stały się ulubionym wakacyjnym miejscem Japończyków. Okinawa jest prefekturą Kraju Kwitnącej Wiśni dopiero od 1972 r., wcześniej stacjonowały tu wojska amerykańskie.

Więcej o: