Elbrus: z lodowcem pod stopami

Niskie ciśnienie, tlenu coraz mniej, w głowie natrętna myśl o powrocie...

Z niewielkiej wioski Elbrus u stóp pięciotysięcznika o tej samej nazwie (5642 m n.p.m.) rozpoczynamy atak na szczyt od strony wschodniej. Niewielu wspinaczy decyduje się na tę trasę, bo jest znacznie trudniejsza i bardziej niebezpieczna od podejścia południowego. W obu wypadkach niezbędny jest profesjonalny sprzęt i dobra mapa. Na Kaukazie zginęło już wiele osób (nie wiadomo ile, bo rosyjskie statystyki milczą), w tym kilku Polaków. Wsłuchując się w śpiew muezina nawołującego przez głośniki do modlitwy, ruszamy w góry.

Pierwszy nocleg, a zwłaszcza słoneczny poranek, ukazał nam cały majestat tego miejsca. Zaglądające do doliny słońce oświetliło ośnieżone szczyty i ich zielone podnóża. Czy to możliwe, że lśniące wysoko na horyzoncie lodowce wkrótce znajdą się pod naszymi stopami?

W ciągu kilku dni marszu spotkaliśmy jedynie garstkę ludzi, głównie Rosjan i Ukraińców. Na szlaku jest niezwykle spokojnie, tylko człowiek i wszechogarniająca, niemal nieskażona cywilizacją przyroda.

Nagle nad naszymi głowami zaczynają się kłębić sine chmury. Na przełęczy Irik-chat (ponad 3600 m n.p.m.) pogoda się załamuje. W ciągu jednego dnia jesteśmy świadkami wszystkich pór roku. Porywisty wiatr rozkłada na łopatki, wyrywa z ziemi namioty. Na zmianę pada marznący deszcz i śnieg. Temperatura spada do 5 stopni poniżej zera, rozpętuje się burza. Robi się coraz chłodniej. Przy takiej pogodzie zdobycie Elbrusu od wschodu byłoby zbyt niebezpieczne. Poza tym nie mamy czasu ani prowiantu, żeby czekać na poprawę pogody. Zapada decyzja: wracamy na dół i próbujemy innej drogi. Nie poddamy się po tylu dniach spędzonych w górach!

Tego samego dnia, idąc osiem godzin bez przerwy, po zmierzchu dotarliśmy z powrotem do wsi Elbrus. A nazajutrz rano byliśmy już u podnóża Elbrusu po stronie południowej. Kolejką dojeżdżamy na wysokość 3800 m n.p.m. Potem już tylko odliczamy godziny do nocy, kiedy rozpoczniemy wędrówkę na szczyt.

Trzecia nad ranem, zupełne ciemności. Nad głowami bajkowo rozgwieżdżone niebo, pod stopami skrzypi śnieg. Silny wiatr, mróz piecze w policzki, w palcach u nóg i rąk już dawno nie ma czucia. Na wschodzie pojawia się poświata, po chwili wschodzi słońce i robi się nieco cieplej. Wraca krążenie, możemy iść dalej. Pogoda eliminuje kolejne grupy (tej nocy na Elbrus wchodziło ok. 100 osób, a na szczycie stanęła jedna czwarta). Powoli przebijamy się przez śniegową wichurę. Niskie ciśnienie, tlenu coraz mniej, w głowie natrętna myśl o powrocie...

Wreszcie koło południa stajemy na szczycie. Teraz nie liczy się zmęczenie, przeszywające zimno i głód. Ważne jest, że się udało - Elbrus zdobyty! Pozostaje pewien niedosyt. Wschodni szlak dalej tam jest i czeka na nas tak samo jak my na niego

PS Przez miesiąc przejechaliśmy 6 tys. km: Białoruś, Ukraina, Rosja, Turcja, Stambuł. Dziękujemy sklepowi Turysta w Lublinie (bez śpiworów Yeti noce na Kaukazie byłyby dużo mroźniejsze) i naszemu uniwersytetowi - dzięki ich pomocy wyprawa kosztowała tylko 1400 zł od osoby

Więcej o: