Na egzotycznym szlaku: Bohoniki i Kruszyniany na Podlasiu

Wioska jak wioska: rzędy chałup, studnie z żurawiami, wokół pola i las. Ale skąd ten meczet?

Do Kruszynian jedzie się jak na koniec świata - tu kończy się szosa z Krynek i Białegostoku, do granicy białoruskiej tylko 2 km. Stare obejścia, piaszczyste drogi i niesamowita cisza. Wioska nie różniłaby się od setek innych na wschodzie Polski, gdyby nie seledynowy meczet z trzema wieżami. XVII-wieczny, drewniany, ze spadzistym dachem z gontu i półksiężycami na kopułach wież - ma w sobie coś z wiejskiego kościółka czy cerkiewki. Dwa oddzielne wejścia - dla kobiet i mężczyzn.

Otwiera nam staruszka. Czy porozmawia o Tatarach? Nie, nie chce. Czy możemy zrobić zdjęcie? Tak, za 50 zł (odmawiamy). W środku ciemne drewno i wysoka galeryjka, z której dawniej śpiewał muezzin; teraz nabożeństwa odprawia się rzadko - imam przyjeżdża raz na miesiąc i w święta.

Tuż obok, w sosnowym lesie - mizar, muzułmański cmentarz otoczony kamiennym murem. Najstarsze groby, z XVII w., to omszałe kamienie wkopane w ziemię. Na nich inskrypcje arabskie (a międzywojenny spis ludności sklasyfikował Tatarów jako analfabetów). Są i napisy rosyjskie - pozostałość po zaborach. Jeśli można przeczytać coś po polsku, fascynują imiona: Zelida, Aisza, Chadydża, Amurat, Mahmet, Mustafa...

***

Według legendy Tatarzy uratowali Janowi III Sobieskiemu życie w bitwie pod Parkanami w 1683 r. Podlaskie ziemie, z wioskami Bohoniki i Kruszyniany, nadał im w nagrodę (według bardziej prozaicznej wersji uczynił to, gdyż zabrakło pieniędzy na żołd). Mieszkańcy Kruszynian wskażą, gdzie mieszkał pułkownik Samuel Murza Krzeczowski, rotmistrz chorągwi tatarskiej i wybawca króla.

Dziś we wsi żyje jedna, wielopokoleniowa rodzina tatarska. - Przed 1939 r. było ich około stu - mówi Chalima Szachidewicz, przewodnicząca białostockiej gminy muzułmańskiej (obejmuje i Kruszyniany). - Po wojnie wieś podupadła, bo znalazła się w strefie przygranicznej. Żeby się tu dostać, potrzebna była przepustka od wojewody. Dlatego ludzie powyjeżdżali do Białegostoku.

Pani Chalima pokazuje zdjęcia i kasety z życia białostockich Tatarów: dziewczęta mają skośne oczy i kruczoczarne włosy, są śliczne jak malowanie; chłopcy - smagli i zwinni.

Coraz więcej rodzin tatarskich powraca do Kruszynian i stawia sobie dacze. Wioska czeka też na turystów - naprzeciwko meczetu wabi restauracja (i gospodarstwo agroturystyczne) Tatarskie Jadło Dżanetty Bogdanowicz. Jej kołduny tatarskie z wołowiną ponoć nie mają sobie równych na całym Podlasiu, a w pieczeniu babki i kiszki ziemniaczanej jest mistrzynią świata (zawody odbywają się od sześciu lat w Supraślu), http://www.suprasl.com.pl/html/archiwum.html ). Parę domów dalej, w odnowionym dworku urządzono elegancki zajazd Dworek pod Lipami (nocleg 35 zł). - Kiedyś to szkoła była, a teraz - kapitalist! - zagaduje nas babinka w chustce. I opowiada - na wpół po polsku, na wpół po białorusku - jak dobrze żyje się z Tatarami. Martwi się tylko, żeby wojna z Iraku do Kruszynian nie przyszła...

***

Wąskimi szosami, przez Puszczę Knyszyńską, jedziemy 40 km na północ, do Bohoników. Przed samą wsią droga zmienia się na piaszczystą, a potem brukowaną. Zieloną wieżę meczetu widać z daleka, góruje nad polami i starymi chałupami. Dach kryty gontem, na minarecie kula z półksiężycem.

Naprzeciwko meczetu stoi jedyny w zasięgu wzroku solidny dom murowany - tu mieszka opiekunka świątyni, pani Eugenia Radkiewicz. Każdemu, kto przyjedzie, otworzy meczet i opowie o Tatarach. - Po 10 zł od samochodu do puszeczki! - komenderuje na wstępie i przeobraża się w prawdziwą muzułmankę: wkłada zieloną dżelabę (dostała z Arabii Saudyjskiej, wyjaśnia z dumą), a na głowę białą chustę. Prowadzi do środka.

Uderzają nas kolory: zieleń, czerwień, róż. Ściany wyłożone ciemnobrązowym drewnem, na nich tabliczki z wersetami Koranu i widoki słynnych meczetów w Mekce i Damaszku. Na podłodze dywany: jeden taki sam jak w Mekce (no, prawie); inny mieli zdjąć, bo prócz kwiatów są na nim jelonki. - W meczetach nie wolno umieszczać przedstawień ludzi i zwierząt - wyjaśnia pani Eugenia.

W południowej ścianie drewniana zielona nisza (mihrab) wskazuje kierunek Mekki. Nad nią jaskrawo podświetlony półksiężyc z gwiazdą na zielonym tle, migają żaróweczki. Na prawo mimbar - schodki, na których podczas nabożeństwa staje imam.

Teraz rozsiada się tam pani Eugenia. I opowiada. O modłach w każdy pierwszy piątek miesiąca. O pielgrzymkach do Mekki sponsorowanych przez rodzinę Saudów, które załatwił mufti RP (przywódca duchowy polskich muzułmanów) Tomasz Miśkiewicz. O tym, jak trudno na wsi zachować post w czasie Ramadanu i przykazanie, by stronić od alkoholu.

***

Najhuczniej obchodzi się w Bohonikach święto kurban bajran (najbliższe 25 stycznia) upamiętniające ofiarę Abrahama z syna Izmaela, którą Bóg w ostatniej chwili zamienił na ofiarę z jagnięcia. Koło meczetu ustawiają wtedy rampę, do której przywiązują barany lub woły (po jednym od każdej z pięciu mieszkających tu rodzin tatarskich). Po nabożeństwie rytualnie zarzynają zwierzęta i dzielą się mięsem, wspólnie je spożywają, a część zanoszą na cmentarz.

A jak wygląda codzienne życie w Bohonikach? Dzieci jeżdżą do szkół muzułmańskich w Suchowoli i Sokółce (uczą się m.in. arabskiego). Kobiety nie noszą chustek na głowach; są posłuszne mężom, ale - jak z dumą podkreśla przewodniczka - w zarządzie gminy zasiada pięć pań i tylko jeden pan.

Bohoniki zwiedza z nami młodziutka muzułmanka z Maroka, która z nie kryje zdumienia, słuchając opowieści o jelonkach na dywanie, wódce i chodzeniu z odkrytymi włosami... Pod meczet co chwila podjeżdżają samochody z turystami. Pani Radkiewicz upomina się o opłatę - dodatkowo za foldery, pocztówki, a nawet wizytówkę. Jest zadowolona, że puszeczka zawsze pełna. Otwierają ją komisyjnie trzy osoby, ostatnio za pieniądze z datków ogrodzili siatką mizar (mamy koniecznie zobaczyć).

Na mizarze obok starych grobów bardzo dużo współczesnych: marmur, granit, lśnią złote półksiężyce. Kolejna porcja egzotycznych imion: Anserianna, Aminia, Chanifa, Faryda, Zejnaba, Zaira...

Opuszczamy Bohoniki o zmroku. Chałupy uśpione, mgły nad polami - jak w zwyczajnej podlaskiej wiosce.