Trzebiechów

Jeszcze niedawno w Trzebiechowie nikt nie słyszał o Henrym van de Veldem. Pewnie nikt nie usłyszałby też o Trzebiechowie, gdyby nie van de Velde

- To na sto procent on! - wykrzyknął Erwin Bockhorn von der Bank, gdy zobaczył okucia na drzwiach wejściowych do budynku administracji Domu Pomocy Społecznej w Trzebiechowie. I tak wnuk ostatniego dyrektora sanatorium dla gruźlików (które kiedyś się tu mieściło) odkrył dla świata niedużą miejscowość w woj. lubuskim, 40 km od Zielonej Góry - niegdyś miasto włókiennicze, dziś wieś z urzędem gminy.

Na początku XX w. było tu sanatorium dla chorych na gruźlicę założone przez księżną Marię Aleksandrę Reuss, żonę ówczesnego właściciela dóbr trzebiechowskich (m.in. z myślą o chorej córce). Zbudował je w latach 1902-05 architekt Max Schoendler z Zwickau w modnym wtedy Jugendstilu - odpowiedniku młodopolskiej secesji. On też zaproponował, by wnętrza zaprojektował i wykonał Belg Henry van de Velde.

***

I tak okazało się, że w małym Trzebiechowie jest więcej dzieł ojca secesyjnej sztuki użytkowej niż w całych Niemczech. W dwóch trzypiętrowych budynkach z czerwonej cegły z wysokimi dachami pokrytymi czerwoną dachówką zachowały się balustrady, balkony, klamki, zamki, szyby, polichromia, a także ponad sto drzwi i okien.

Najlepiej oprowadzi nas Ryszard Urbański, który się tutaj urodził, a od 30 lat pracuje w DPS. Może to potrwać nawet kilka godzin, bo pan Ryszard pokaże każdy zakamarek, opowie historie związane z prawie każdym krzesłem, obrazem, meblem czy oknem. Zwiedzanie zaczynamy od... drzwi kuchennych. Wąziutka klatka schodowa ze stromymi metalowymi stopniami ułożonymi w spiralę nie zmieniła się od blisko 100 lat, czasem tylko ją malowano. Doskonale zachowały się metalowe poręcze i ażurowe motywy roślinne wykute na pionowych częściach stopni. To tędy służba schodziła z poddasza "na pokoje". Zaraz obok, u szczytu wielkiej klatki schodowej, znajduje się duży (nadal czynny) kominek z cegły z wmurowanymi obok siedzeniami. Przed nim wbudowana w ścianę holu sofa, której obicie pamiętające jeszcze księżną Marię jest, niestety, w opłakanym stanie.

Z budynku administracji przechodzimy przeszklonym łącznikiem z delikatną drewnianą więźbą dachową do pomieszczeń dla pensjonariuszy. To tutaj zachowało się najwięcej dzieł van de Veldego. Wstępujemy na szerokie schody z poręczą rzeźbioną we wzory roślinne, które prowadzą nas do holu, gdzie teraz jest sala telewizyjna. - Ten obraz wisi tu, odkąd pamiętam. Nikt nie wie, kto go namalował, ale widoczek ładny - pan Ryszard wskazuje duży ciemny obraz i, odwracając się, pokazuje windę. - Kilkanaście lat temu były tu wielkie drzwi z drewna wiśniowego, ale zepsuły się, więc je wyrzuciliśmy. Może to też było dzieło belgijskiego artysty?

Witając się z pensjonariuszami, przechodzimy przez korytarz z kilkoma drzwiami do sal zabiegowych i trafiamy do oranżerii. Stoi tu stare pianino, na którym dwa razy w tygodniu gra nauczyciel muzyki z pobliskiej szkoły. Mieszkańcy DPS tańczą i śpiewają, aż drżą szybki w przeszklonej ścianie i kopule nad oranżerią. Roślinność nie jest imponująca (kilka palm i bluszczy), ale zza szyb widać duży ogród ze starymi drzewami.

Ostatnio w jednej z sal odkryto ornament szablonowy - delikatne kwiaty i splątane liście na bordowym tle - prawdopodobnie również autorstwa van de Veldego. Jeśli to się potwierdzi, to będzie rarytas na skalę europejską, bo zachowało się bardzo mało malowideł artysty.

Na koniec pan Ryszard prowadzi nas na poddasze, gdzie jest zamontowany mechanizm starego zegara. Brakuje mu tylko jednej zębatki, by zaczął odmierzać czas. Ale ulubionym miejscem naszego przewodnika jest "bocianówka" - wielki taras nad kuchnią, z którego rozciąga się widok na całą posiadłość i okolice. Z boku są dwa nieczynne wysokie kominy, na które od lat przylatują bociany (stąd nazwa).

Dom Opieki Społecznej (mieszka tu 110 osób, ale nie przeszkadzają im zwiedzający), Trzebiechów, ul. Sulechowska, tel. (0-68) 351 41 26, 351 41 36, bilety: 6 i 4,5 zł, http://www.henryvandevelde.pl

Więcej o: