Byłem w... amerykańskim raju - wyspie Saint Thomas

Karaibską przygodę rozpocząłem od górzystej, wiecznie zielonej St. Thomas, największej z Wysp Dziewiczych, nazywanych American Paradise

Wyspa urzekła mnie słoneczną pogodą, pięknymi plażami, lazurową wodą i wspaniałymi zachodami słońca. Wyspy Dziewicze leżące w centrum archipelagu Wysp Karaibskich, tzw. Małych Antyli, to mekka entuzjastów sportów wodnych. Amatorzy golfa znajdą tu pięknie położone pola golfowe, zaś zwolennicy długodystansowych marszów - urocze szlaki. Jakby tego było mało, to obszar wolnocłowy...

Krzysztof Kolumb odkrył wyspy podczas drugiej podróży do Nowego Świata w 1493 r. Ogłosił je własnością Hiszpanii i nadał im obowiązujące do dzisiaj nazwy: St. Thomas, St. John i St. Croix (Św. Krzyż). Nazwano je Las Islas Virgenes (Wyspy Dziewicze) na cześć św. Urszuli, patronki dziewic.

Poszarpane, pełne zatok wybrzeże St. Thomas było pierwszym obiektem pożądania kolonizatorów, bo łatwo było ukryć tu statek przed pazernymi piratami. Od tego czasu wyspy przechodziły kolejno pod panowanie Anglii, Holandii, Rycerzy Maltańskich, Francji, Danii, Rosji i USA (do dzisiaj siedem flag wisi u wejścia do budynków administracji rządowej). Rosja sprzedała Wyspy Dziewicze Stanom Zjednoczonym za 25 mln dol. - dzisiaj wartość produktów wytwarzanych na wyspach (pomijając zyski z turystyki i handlu) to 1,25 mld dol. rocznie. I pomyśleć, że prezydent Hoover powiedział: "Kupiono kolejny przytułek, w dodatku z kompletem biedaków w środku".

Do Charlotte Amalie - stolicy St. Thomas - docieram deptakiem obok wijącej się wzdłuż wybrzeża Waterfront Highway. Dziwna to autostrada, na której można jeździć z maksymalną prędkością 40 km/godz. Towarzyszą mi pelikany, które niestrudzenie dziesiątkują ryby w zatoce. Nurkując, spadają do wody z dziesięciu metrów!

Upał obezwładnia (palmy rosną tutaj rzadziej niż w innych częściach wyspy). Kieruję się więc w stronę Emancipation Park, którego nazwa upamiętnia zniesienie niewolnictwa w 1848 r. Weekendową atrakcją parku są koncerty muzyki gospel. Znajduję wolne miejsce na ławce przed estradą, na której rozkołysany chór perfekcyjnie interpretuje religijne standardy - bardziej niż cieniem oczarowany jestem muzyką. Po drugiej stronie miasta znajduje się Market Square, dziś targowisko (ryby i owoce), ale jeszcze półtora wieku temu handlowano tu niewolnikami, szczycąc się największymi na Karaibach obrotami.

Ulice Charlotte Amalie mają nazwy po duńsku i po angielsku. Nie jest ich wiele, ale pokonując je, trzeba się mieć na baczności, bo na wyspie obowiązuje ruch lewostronny. Main Street (Dronningens Gade) jest niekończącym się ciągiem ekskluzywnych sklepów. Klimatyzowane wnętrza wiekowych budynków kuszą nowoczesną elektroniką, perfumami, kubańskimi cygarami, alkoholami i ubraniami od sławnych projektantów mody. Sklepy łączą się w labirynt pasaży handlowych z restauracjami i barami. Największym zainteresowaniem cieszą się butiki ze złotem i diamentami. Ceny o wiele niższe niż na stałym lądzie, np. aparat fotograficzny, który w Polsce kosztuje 500 dol., można kupić za 200. Pokazując sprzedawcy folder z kuponami rabatowymi (do zdobycia w informacji turystycznej), osprzęt do robienia zdjęć dostaje się gratis.

Wspinam się po osławionych 99 schodach. Zbudowano je w 1700 r. z wielokolorowych kamieni, wcześniej używanych jako balast statków handlowych. Przez wieki uważano je za modelowy przykład chybionej myśli architektonicznej duńskich urbanistów, którzy nigdy nie odwiedzili Wysp Dziewiczych. Odwiedzam jeszcze kościół luterański, duński kościół reformowany i synagogę, po czym idę do Fortu Christian, najstarszego budynku St. Thomas. Zbudowany w 1671 r. zawdzięcza nazwę Christianowi V Królowi Danii. Bilet wstępu (3 dol.) jest przepustką do poznania historii wyspy. Fort odpierający ataki piratów był także rezydencją gubernatora, kościołem, komisariatem policji, a w końcu więzieniem. W 1971 r. w jego podziemiach utworzono muzeum. Trudno uwierzyć, że ten niewielki budynek zapewniał spokojny sen mieszkańcom St. Thomas. Łatwiej zrozumieć nieustępliwość piratów, których Fort Christian nie był w stanie odstraszyć nawet krwistoceglastym kolorem tynków.

Na St. Thomas są trzy rodzaje taksówek: przestronne, klimatyzowane vany bez zwyczajowych oznaczeń (przejazd w dowolne miejsce 6 dol.), pick-upy z czterema rzędami zadaszonych ławek (4 dol.) i podobne samochody, ale z dwiema ławkami (można objechać wyspę za 2 dol.) - wsiada się do nich nie z boku, ale od tyłu. Wybierając się na moją ulubioną plażę Morningstar Beach w zatoce Frenchman, nigdy nie korzystałem z taksówek. A to za sprawą żyjących na wolności iguan, które można spotkać po drodze. Widok niezdarnie kroczących po szosie wielkich jaszczurów nawet na St. Thomas jest niecodzienny. Iguany pewniej czują się na drzewach, po których poruszają się z zadziwiającą sprawnością, a sztukę kamuflażu opanowały do perfekcji. Główną zaletą Morningstar Beach są leżaki w cieniu rozłożystych parasoli (z karaibskim słońcem nie ma żartów, kremy z filtrami UV są jedynym sposobem uniknięcia poparzeń). Karaibskie morze rekompensuje trudy półgodzinnego marszu. Jest tak słone, że można bez wysiłku unosić się na powierzchni, rozkoszując się chłodem wody. Po trzech dniach morskich kąpieli oczy przestają szczypać.

Kolejka linowa wiezie mnie na szczyt The Paradise Point (220 m n.p.m., 10 dol.). Z tarasu widokowego rozpościera się bajeczna panorama Charlotte Amalie, zatoki i portu o tej samej nazwie. Na okolicznych wzgórzach białe wille kryte wiśniową dachówką toną w zieleni. Niektóre są jeszcze do kupienia, niestety rzadko kiedy kosztują mniej niż milion dolarów. Za dolara tresowana papuga wyciąga z koszyka los. Czytam na głos wróżbę: "Jeśli chcesz, możesz zrobić wszystko". To prawda, może z wyjątkiem kupna domu na St. Thomas. Ale patrzeć na wyspę mogę do woli.

Więcej o: