Jakuck - miasto

Po diabła było budować miasto na wiecznej zmarzlinie? I to w miejscu, gdzie latem dochodzi od plus, a zimą do minus 40 st. C? A mostu przez Lenę nie przerzucisz, bo rzeka ma od kilku do kilkunastu kilometrów szerokości. W żadnym mieście na świecie nie ma tak ekstremalnych warunków

Jakby tego było mało, obok płynie Lena, dziesiąta rzeka świata - Jakuck leży w połowie jej liczącego 4400 km biegu. Lena jest spławna od maja do października, potem skuwa ją lód. A kiedy późną wiosną lody ruszają, poziom wody potrafi się podnieść nawet o 19 m. Taka fala zalała kilka lat temu miasto Lesk, powodzianie do dziś koczują w barakach. Jakuckowi się upiekło - pod wodą znalazły się jedynie przedmieścia. Ale mostu przez Lenę nie przerzucisz, bo rzeka ma od kilku do kilkunastu kilometrów szerokości. Najbliższy, kolejowy, jest niemal 2 tys. km w górę rzeki. Kolej zresztą dalej nie dochodzi (zmarzlina). Drogi nawet są, ale przez Lenę samochody przeprawiają się promami. Przystani za to raczej nie ma i maszyny zjeżdżają prosto na rozorany kołami brzeg. Sadząc po stanie jakuckich ulic, może to zresztą i lepiej. Za to zimą wygodniej, wprost przez skutą lodem rzekę.

No więc po co tam miasto? Ano dlatego, że Jakucja, w której zmieściłoby się - jak wszyscy powtarzają - trzynaście Francji z okładem, ma w sobie całą tablicę Mendelejewa. Węgiel w obu postaciach: antracytu (wokół kopalni w Niuryngri stanęło kilkanaście lat temu 50-tysięczne miasto) i diamentów (ich sprzedaż pokrywa 70 proc. budżetu Jakucji), srebro i złoto, ropa, rzadkie metale... Jakuci powiadają, że gdy Bóg, tworząc świat, przelatywał nad Jakucją, zmarzły mu dłonie i wypuścił z nich wszystko, co miał.

Oprócz słońca. Krótkie letnie upały niestraszne wiecznej zmarzlinie zaczynającej się tuż pod powierzchnią. Budynki trzeba stawiać na kilkunastometrowych, wrąbywanych w ziemię betonowych palach. Pod blokami hula wiatr. Stare drewniane domki, których trochę się zachowało, choć w fatalnym stanie, podnoszą się i opadają z wiosennymi roztopami wykrzywiającymi podłogi i ściany, jakby budował je Dali. A rur w ziemi w ogóle kłaść nie sposób, oplatają miasto upiorną napowietrzną pajęczyną, z której smętnie zwisają pasy cieplnej izolacji. Między nimi zaś wyrosły w ostatnich latach potężne biurowce ze szkła i aluminium, dowody potencjalnie niezmiernego bogactwa republiki. W jednym z nich, obok nowoczesnego i drogiego hotelu Tygym Darchan, mieści się skarbiec, w którym podziwiać można ponadstukaratowe brylanty, złote samorodki wielkości pięści dziecka oraz arcydzieła tradycyjnej i współczesnej sztuki zdobniczej (tradycyjna lepsza). Tamże zakupy, dla dzianych.

Zmarzlina wszystko przechowuje w niezmienionym stanie. Gdy potomkowie zesłanych do Jakucji za Stalina Litwinów przyjechali, by ekshumować i pochować na ojczystej ziemi swych zmarłych, okazało się, że zamarznięte ciała nie uległy najmniejszemu nawet rozkładowi. Zaś w Muzeum Mamuta w podziemnej lodowatej sali można oglądać zachowanego w całości włochatego potwora; kolejnego znaleziono tej wiosny. Samych zaś szkieletów nie zliczysz. Z ich kłów ciągle wyrabia się turystyczne pamiątki, bardzo skądinąd piękne. To świadectwo niezwykłych artystycznych uzdolnień jakuckich narodów, które już przed wiekami dobywały i kowały srebro, rzeźbiły w rogu i kości, szyły lekkie i ciepłe ubrania ze skóry renifera, zaś z włosia jakuckich kudłatych koni tkały gobeliny. Muzeum etnograficzne, gdzie cuda te pokazują, godne jest wizyty. Zaś od przybywających na lato do miasta Ewenków można za 200 dol. kupić parę reniferowych butów wytrzymujących 40-stopniowy mróz. Lekkie i miękkie jak rękawiczki, haftowane w rodowe wzory, lepiej jednak będą się czuły w tajdze niż na brudnym śniegu naszych ulic.

Koniecznie trzeba też spróbować lokalnych rybich specjałów. Indygirka, siekana surowa mrożona ryba podawana z cebulą i pieprzem, znakomicie pasuje do świetnej wódki, np. Złota Jakucji. Rewelacyjne wędzone czyry i nielmy starczają za cały posiłek, i to dla całego towarzystwa - mniejszych niż półmetrowe się nie odławia. Zaś dla odważnych jest pieczeń ze źrebaka zapijana kumysem. Restauracji dużo, lecz drogie, zwłaszcza dla chlebojadów (kanapka z kawiorem 2 dol.). Ikra wprawdzie tania jak barszcz, lecz mąkę trzeba sprowadzać. Hoteli kilka. Stercz (nazwa lokalnego żurawia) w samym centrum ma dość zadowalające pokoje od 35 dol. za noc.

Dostać się tam najlepiej samolotem - z Moskwy sześć i pół godziny. Można też koleją transsyberyjską dojechać do Bolszowo Newera, lub BAMem do Tyndy i dalej autobusem (z przeprawą promową przez Lenę). Latem można dojechać do Ust-Kutu (samolotem do Bracka) i statkiem spłynąć Leną. Widoki fantastyczne, towarzystwo zapewnione, a podróż trwa cztery i pół dnia. Lecz z powrotem tydzień, bo pod prąd.

Więcej o: