Sandwicz po singapursku. Byłam w Mieście Lwa

Przysięgłam sobie, że przyjadę tu kiedyś z wnukami. Singapur, czteromilionowe miasto-państwo, jest stworzony dla dzieci: pełno atrakcji, wygodnie i czysto. Dla dorosłych też się coś znajdzie. W dzień wielkie zakupy, a wieczorem eleganckie szaleństwo w setkach barów, dyskotek i klubów nocnych

Wysiadając z metra, które dowozi w 20 min do miasta z lotniska Changi (cacko nowoczesnej architektury!), zauważyłam z ulgą papierki na chodniku. Za to sikających po windach, bazgrzących po świeżo wymalowanych murach czy narkomanów tu nie znają. Grozi im grzywna, więzienie albo chłosta. Prowadzeni za rączkę mieszkańcy marzą, by się urwać ze sznurka. Na razie pozwolono im żuć gumę (ale tylko antynikotynową nicorette) i... tańczyć na ladach barów.

Historycznie kariera Miasta Lwa (Singapur po malajsku) jest dziełem jednego człowieka - sir Stamforda Rafflesa. Na początku XIX w. od malajskiego sułtana z sąsiedztwa kupił dla Wielkiej Brytanii dużą wyspę i 60 małych. Raffles był rzadkim okazem kolonizatora. Nie gardził tubylcami, ba, był nimi zafascynowany. Zabronił niewoli za długi, szanował miejscowe obyczaje. Aniołem jednak nie był. Imperium, nad którym słońce nie zachodziło, zarobiło w jego czasach na przydomek największego kartelu narkotykowego świata. Głównym produktem eksportowym Singapuru było opium. Kampania Wschodnioindyjska, dla której pracował Raffles, wysyłała je z Indii do Chin.

Dziś Singapur to kilka miast w jednym. Sąsiadują tu ze sobą kościoły, meczety, świątynie hinduskie i buddyjskie. Jest Chinatown, są Małe Indie, dzielnica malajska, arabska, kolonialna. Każda ze swoją architekturą, targami, świętami, zapachami i smakami.

Fascynująca jest zanikająca wspólnota mieszańców chińsko-malajskich, baba-nonya (dosłownie: chłopy i baby). Mieszane małżeństwa były koniecznością, bo chińskim emigrantom nie pozwalano zabierać ze sobą kobiet. W Singapurze baba-nonyów pozostało zaledwie kilka tysięcy. Mają swoją kulturę, język i pyszną kuchnię.

Wielokulturowość Singapuru najłatwiej docenić przy stole (wybór jest ograniczony jedynie kieszenią i apetytem). Najtaniej i bardzo smacznie można zjeść w "dziedzińcach z jedzeniem", tzw. food courts, ustawionych w podkowy dziesiątkach małych knajpek. Mieszka tu wielu Hindusów z południa, dlatego często je się palcami z liścia bananowca. Pyszne jest sambar, ognista mieszkanka warzyw i grochu, czy samosa - smażone pierożki w kształcie trójkąta, z ostrym farszem z mięsa lub warzyw.

Malaje podają laksę, pikantną zupę z mleczkiem z kokosa, kluskami, krewetkami, kurczakiem i jajami przepiórczymi, albo nasi biryani, ryż z szafranem z orzechami, migdałami i rodzynkami, Chińczycy serwują wszystkie swoje kuchnie: od ostrej syczuańskiej po łagodną kantońską, od mee z Hokienu, klusek przesmażanych z mięsem, gotowanym kalmarem i krewetkami po ka shou, rybne kluski. A te desery! Co za wspaniałe bomby kaloryczne, np. ais kacang, kombinacja lodów, syropu, owoców, skondensowanego mleka i żelatynek.

Warto spróbować wszystkiego, a dzieciom na dokładkę kupić "sandwicza po singapursku", wielką porcję lodów w czymś, co wygląda jak zielona gąbka, a jest bardzo smacznym ciastem. Albo zaryzykować zjedzenie duriana, kolczastego owocu, który "smakuje bosko, ale śmierdzi piekielnie" (do hotelu czy taksówki z durianem nie wpuszczają).

Gorąc niemiłosierny. Wsiadamy do klimatyzowanego metra lub autobusu i jedziemy prosto do Pałacu Cesarzowej, gdzie mieści się Muzeum Azji. Jego zbiory to kwintesencja kulturowej mieszanki Archipelagu Malajskiego, na którym spotkały się Chiny, Indie i świat arabski. Chińska ceramika i kaligrafia sąsiadują z hinduskimi rzeźbami, przedmiotami kultu islamskiego, jawajskimi kukiełkami wayang.

Z Pałacu schodzimy na nabrzeża. Między wysokimi dźwigami wisi gigantyczna, laserowo oświetlona huśtawka. Wrzaski z niej niosą się po całej rzece Singapur.

W tropikalną noc stoliki wyniesiono na dwór, grają kapele, barmani nalewają margerity. Najbardziej podobał mi się Bar Sa Vanh w Chinatown, w którym wśród dzieł sztuki wietnamskiej i laotańskiej wystawiono zabytkowe, sześciometrowej długości łoże dla palaczy opium.

Nieopodal jest pomnik brytyjskiego kolonializmu i symbol orientalnego luksusu hotel Raffles: "Najbardziej wykwintny karawanseraj na wschód od Suezu" - powiedział o nim Somerset Maugham. Ciąg lekkich białych budowli z kolumnami i galeryjkami, a między nimi ogrody z cudownie przystrzyżonymi trawnikami, palmami, orchideami i fontannami. Poczułam brak parasolki z koronek i służącego, choć umundurowanej służby kręciła się tu cała chmara. W Długim Barze podają słynne singapore sling: gin, wermut, słodki wermut, sok ananasowy z gorzką angosturą. Potem można pójść do pokoju, rozpakować skórzane walizki i wyciągnąć Conrada czy Maughama, którzy tu ulokowali akcje swoich książek. Pomarzyć chyba wolno...

Z hotelu widać kompleks teatrów Esplanada, z ogromną szklaną kopułą najeżoną metalowymi łuskami, która przypomina owoc duriana i jest symbolem miasta. Singapur nie żałuje na kulturę. Jest na trasie największych gwiazd, urządza międzynarodowe festiwale filmu, muzyki i teatru. Norman Foster, I Pei i inne sławy tworzyły architekturę miasta.

Następnego dnia po śniadaniu: chińska congee (zupa ryżowa), wietnamska kawa z chrupiącą bagietką albo kaya (malajski tost z kokosem i jajkiem) i ruszamy z dziećmi do Ogrodu Botanicznego. Czeka na nas największy ogród orchidei na świecie - 60 tys. gatunków. Niektóre wyhodowano dla ważnych gości. Ma swoją Nelson Mandela, księżna Diana, chiński premier Zhu Rongji.

Resztę dnia można spędzić na "wyspie dzieci" - Sentosa (dojedziemy tu autobusem, metrem lub kolejką linową). Cała służy zabawie. Trzeba się zorientować w systemie zniżek, kupić odpowiednią bransoletkę, a potem wsiąść do pociągu, który obwozi po wyspie.

Najpierw w oceanarium przesuwamy się ruchomym chodnikiem przez akwaria w formie tuneli. Za dopłatą możemy pływać z rybami, oczywiście w kombinezonie i z butlą tlenową. Możemy przyjść w czasie karmienia ryb albo zostać do nocy i oglądać je przy świetle latarek. W lagunie delfinów dzieci piszczą ze szczęścia, gdy na sygnał tresera delfin całuje wybranego gościa w nos.

Singapur jest jednym z dwóch miast świata, które ma w swym obrębie kawałek pierwotnej dżungli (drugim jest Buenos Aires). Wybierzmy się tam na nocne safari, które zaczyna się o godz. 11 i trwa godzinę. W 40-hektarowym parku żyje 120 gatunków zwierząt, w tym lwy, tygrysy i lamparty.

Warto pojechać na Orchard Road, do zagłębia domów handlowych i butików. Dostaniemy tu wszystko, po dobrej cenie (choć nie tak tanio jak w Hongkongu) i w dobrym guście. Singapur jest jednym z najlepiej ubranych miejsc na kuli ziemskiej.

A o godzinę od Singapuru jest już Malezja i pierwsza z wysp Indonezji...

Więcej o: