Uciec z Kalkuty, zobaczyć Dardżyling

Zagony herbacianych krzewów wyglądają jak ogród francuski - układają się we wstęgi, wzory, desenie. Wagonik mikro-kolejki ociera się o kwitnące magnolie i rododendrony. Mógłbym tak jechać i jechać...

Gorąco, potworna wilgotność. Kilkanaście milionów osób, może więcej (nikt ich przecież nie policzy!). Wielu śpi wprost na ulicy. Wieczorem przeskakuję nad ich ciałami jak nad kałużami po deszczu. Ci, którzy umierają, znikają bardzo szybko - miasto ma w sobie jakiś tajemniczy mechanizm samooczyszczania. Ci, którzy jeszcze żyją, pogrążeni są w letargu. Z załamań popękanych ścian wyrastają drzewa. Nad głowami od świtu do zmierzchu kołują stada czarnych wronopodobnych ptaszysk. Kalkuta jest miastem Kali - bogini śmierci. Brytyjczycy, którzy stąd zarządzali swoją zamorską zdobyczą, gotowali się tu jak w kotle. Żeby odpocząć, uciekali na północ, w góry. Uciekali do Dardżyling. Uciekam ich śladem.

***

Dardżyling leży jakieś 500 km na północ od Kalkuty - ok. 20 godzin pociągiem albo autobusem i pociągiem. Po 12 godzinach docieram do Śiliguri - głównego skrzyżowania na indyjskim północnym wschodzie. Tam przesiadam się do pociągu-zabawki, jednego z najbardziej cudacznych środków lokomocji, jakie funkcjonują na naszym globie (można też dojechać do Dardżyling autobusem w trzy godziny). Po szynach (rozstaw ok. 80 cm) miniaturowa lokomotywa ciągnie maleńkie wagoniki. Coś pomiędzy kolejką elektryczną, jaką bawiłem się w dzieciństwie, a normalnym pociągiem. Jednak to maleństwo zaprojektowane i wykonane pod koniec XIX w. wciąż wozi ludzi!

Wsiadam. Lokomotywka sapie, dyszy i dmucha, wreszcie rusza z mozołem. Jedziemy wzdłuż ulic w korytarzu straganów, wydaje się, że można porwać wiszącego kurczaka albo kiść bananów. Ale pogoń na pewno by nas dopadła, bo pociąg toczy się z prędkością 10 km na godzinę. Kolejka bieszczadzka w porównaniu z nim to istne TGV. Dzieci wiszą w otwartych drzwiach, a ja nie mam odruchu, żeby wciągać je do środka - wypaść z takiego pociągu to jak spaść z żółwia.

Mijamy miasteczka, pociąg się pnie. Przez kilka godzin pokona różnicę wzniesień ok. 1500 m. Rzednie zabudowa, przedzieramy się przez tarasowo ułożone ogrody herbaciane, z których słynie Dardżyling. Z góry zagony krzewów wyglądają jak przemyślnie zaprojektowany ogród francuski - układają się we wstęgi, wzory, desenie. Wagoniki ocierają się o kwitnące magnolie i rododendrony. Mógłbym tak jechać i jechać. Mój japoński towarzysz nie wytrzymuje tempa, bierze plecak i najspokojniej wysiada w biegu. Pojedzie autostopem, ale i tak będzie w Dardżyling pierwszy.

***

Pociąg zatrzymuje się na tonącej we mgle stacji. Jest chłodno, cicho i spokojnie. Na peronie nazwa stacji Dardżyling dokładnie taka jak znaki londyńskiego metra. Z mgły wynurza się kamienna wieża jakby żywcem przeniesiona z Mayfair.

Jestem głodny. W drzwiach restauracji wita mnie trzech kelnerów. W karcie czytam: "Glenarys (to nazwa lokalu) od początku swego istnienia był widzem obserwującym zmieniające się czasy, świadkiem pełnej chwały historii Dardżyling. Byliśmy tu w czasach obecności brytyjskiej, przeżywaliśmy Dzień Niepodległości i okres kształtowania się współczesnych Indii. Trzy pokolenia restauratorów starały się sprawić, aby nasz Dom stał się nieodłącznym elementem Pańskiej wizyty w Dardżyling - Królowej Wzgórz. Bon appetit". Pomimo hindusko-brytyjskiego wysokiego stylu jest to świetne powitanie w mieście. Pozwala zrozumieć, jak dobrze i naturalnie brytyjskość wkomponowała się w tę podhimalajską dolinę.

Rozglądam się znad karty: biało-oliwkowe kafle na suficie, kwiaty w srebrnych dzbankach, stara tekowa podłoga z szerokich desek. Wchodzi oficer, salutuje, zakrzywiony nóż Ghurków za pasem, galowy strój, kolorowy tkany pas. Patrzę na wykrochmalone koszule kelnerów - są tak wyszkoleni, że wszyscy poruszają się w tym samym tempie, jakby naśladując siebie nawzajem. Chowam się za menu. W umorusanych błotem dżinsach pasowałbym raczej do Bazy Sokołowskiej...

Wreszcie pojawia się kolacja: ser pieczony w glinianym piecu tandoori, świeży płaski chleb pachnący ziołami, pikle z mango, na koniec herbata z ogrodu Mjakai Bari o lekkim aromacie hiacyntów.

Mgła trochę opada, przez chwilę mignął zarys Kanczengdżung. Proszę o rachunek, płacę jak za hot doga z colą na Dworcu Centralnym i wyruszam w miasto...

***

Jego serce i główny plac to Chowrasta, gdzie krzyżują się wszystkie szlaki. Żeby tam dotrzeć, trzeba się trochę namęczyć. Miasto leży na bardzo stromym zboczu, ulice tak ostro idą w górę, że można by poprowadzić nimi przyzwoite czarne trasy. Na placu Hindusi z nizin, którzy odstają wyglądem od tubylców co najmniej równie wyraźnie jak Europejczycy. Zamiast Anglików odpoczywają teraz w Dardżyling lokalne elity finansowe. Chodzą po Chowrastrze, kupują chedar, punktualnie o godzinie 5 piją herbatę i chrupią kruche ciasteczka w pięknym Windamere Hotel. Kupują książki w Oxford Bookshop, grają w sqasha w postkolonialnym gimnazjonie. I muszę przyznać, że jest im z tym do twarzy, pewnie dlatego, że dobrze się z tą angielskością we własnych niepodległych Indiach czują. Ten skansen kulturowy przenosi mnie w świat Dickensa. Tylko dlaczego po murkach, ławeczkach i billboardach reklamujących colę skaczą stada małp?

Kiedy jechać i za ile

Najlepiej odwiedzić Dardżyling od marca do maja, bo wtedy wszystko kwitnie, albo od października do grudnia, bo wtedy najlepiej widać góry.

Bilet z Warszawy do Kalkuty - ok. 600 dol. (w promocji 500).

Komunikacja w kraju jest tania - całonocna podróż pociągiem lub autobusem od 5 do 10 dol. (w zależności od klasy). Zawsze znajdziemy pokój w hotelu za 2 dol., obiad na ulicy - 20 centów, w dobrej restauracji - ok. 3 dol.

Więcej o: