Trzy dni nad Orinoko - List z delty

Żyją tu jaguary, pumy, jadowite węże, pająki i 200 gatunków ptaków. Małe czerwone mrówki kąsały nas tak mocno, że miało się ochotę krzyczeć z bólu

Dotarliśmy tu pod koniec pory suchej (w drugiej połowie marca), więc woda w rzece osiągnęła najniższy poziom w roku. Mimo to zachwyciła nas swoim ogromem. Męczyło nas tylko wilgotne gorąco, zwłaszcza na lądzie, gdzie przy temperaturze ok. 36 stopni C wilgotność powietrza dochodziła do 93 proc. Pierwszego dnia usłyszeliśmy głośny, bardzo charakterystyczny dźwięk. Jak nam powiedział przewodnik Roger, były to owady chichara grillon, które zaczynają cykać na tydzień przed porą deszczową.

Podobno nad Orinoko żyje ok. 200 gatunków ptaków. Widzieliśmy czaple białe, ibisy, kormorany, kuraki, ale i drapieżniki, m.in. sokoły, orły i sępy. Podziwialiśmy przelatujące nad rzeką tukany i skrzeczące stada ar. Ale największe wrażenie zrobiły na nas bajecznie kolorowe miniaturowe kolibry, które z zadziwiającą prędkością machały skrzydełkami tak, że widzieliśmy jedynie mgiełkę. Na brzegach rzeki rosną palmy, ogromne drzewa balsa (sumauba), z których pni wyrastają nad ziemię potężne odnogi, połacie hiacyntów wodnych.

Woda w rzece ma ok. 26 stopni C, więc kąpiel była prawdziwą rozkoszą. Musieliśmy jednak pamiętać o zachowaniu ostrożności. Aby odstraszyć ogończe (płaszczki z jadowitym kolcem), przewodnik włączał silnik. Dopiero wtedy mogliśmy pływać bezpiecznie przez ok. 10 minut. Potem musieliśmy wrócić do łodzi, bo baliśmy się piranii, choć Roger zapewniał, że nie pływają w głównym nurcie rzeki, podobnie jak kajmany i elektryczne węgorze nazywane tremblador ("ryby odbierające ruch" jak nazywają je Indianie). Wszystkie te niebezpieczne zwierzęta występują głównie w dopływach i zamulonych kanałach, gdzie nurt jest spokojniejszy. W kanałach łowiliśmy też czerwone piranie, co wcale nie było łatwe. Sprytne ryby zjadały przynętę, ale nie nadziewały się na haczyk. Kiedy w końcu udało nam się kilka złowić, w osłupienie wprawiły nas ich ogromne zęby. Nie zobaczyliśmy kajmanów, które lubią się wygrzewać na słońcu w rzadko uczęszczanych miejscach. Podczas nocnego rejsu widzieliśmy tylko ich oczy świecące pomarańczowo w świetle lamp.

Dżungla porastająca deltę jest niezamieszkała i bardzo niebezpieczna. Żyją tu jaguary, pumy, mrówki, jadowite węże i pająki. Roger zabrał nas jednak na jednodniową wyprawę. Szliśmy gęsiego, przewodnik uzbrojony w maczetę - na przedzie. Zobaczyliśmy drzewa canon ball z owocami w kształcie kul armatnich, palmy o porośniętych kolcami pniach, dzikie ananasy, bananowce, orchidee i storczyki. Gęste liany zwisały z drzew. Pod koniec wycieczki napadły na nas małe czerwone mrówki, które gryzły tak mocno, że miało się ochotę krzyczeć z bólu. W pewnym momencie usłyszałam jakiś ryk. Spytałam Rogera, czy też to słyszy. Zmieszał się i zarządził odwrót. Potem powiedział nam, że mogła to być puma, która potrafi znienacka zeskoczyć z drzewa na człowieka.

Nad brzegami Orinoko mieszka ok. 24 tys. ludzi, w większości Indianie Warao. Utrzymują się z połowu ryb, hodowli bydła i uprawy, głównie manioku. Żyją w bardzo trudnych warunkach. Nie mają bieżącej wody, ich domy wyglądają jak tekturowe baraki. Biegającymi na bosaka dziećmi nikt się nie opiekuje. Śmieci wyrzucają do rzeki lub przed dom. Wiele razy widzieliśmy przydomowe podwórka zasłane papierami, butelkami itp. Żyją dzięki pomocy państwa. Są zwolnieni z wszelkich opłat. Prąd, który dostarczają generatory na ropę, a także szkołę i opiekę medyczną w pobliskich osadach mają za darmo.

Rejon delty opuszczaliśmy, kierując się w stronę plaż nad Morzem Karaibskim. Na pamiątkę część grupy zakupiła w pobliskiej osadzie maczety. Szkoda tylko, że widniał na nich napis "Made in China".

Więcej o: