Bolchery, bornholmery i cykelvej - tydzień na wyspi Bornholm

Tydzień na Bornholmie był jednym pasmem miłych niespodzianek i lekcją szacunku - dla ludzi i przyrody

Zaczęło się od szyszek. Na perfekcyjnie wysprzątanym kempingu w Dueodde właściciel z uśmiechem wskazał miejsce pod namiot i na klęczkach wyzbierał kilka świeżo opadłych szyszek. Potem codziennie coś mnie zaskakiwało...

***

Piasek z Dueodde stoi w słoiku na kuchennej półce i łatwo pomylić go z mąką. Jasny jak włosy Skandynawów, niemal miałki, ponoć najdrobniejszy na świecie, służył kiedyś do napełniania klepsydr.

Piasek ciągnie się wielkimi łachami - nigdzie indziej nie widziałam tak rozległych i pustych plaż, jak właśnie tutaj, na południowym skraju Bornholmu.

Kempingi i domki letniskowe są schowane w sosnowym, pachnącym żywicą lesie. Codziennie rano przed śniadaniem odbywał się radosny rytuał: golasy całymi rodzinami bawiły się w zimnych falach (Bałtyk mieni się tu kolorami: turkusowe zatoczki przy brzegu, czasem zielone smugi wodorostów, dalej rozbielona ultramaryna). Nagość kąpiących się i spacerujących rodzin nie wzbudzała sensacji. Rajskiego widoku dopełniały namioty na skraju wydm, przyczepione do sosen hamaki i sterczące z piasku świece. O świcie natrafiałem na młodych ludzi, którzy w wydmowych zakamarkach odsypiali nocne pogawędki.

Kemping w Dueodde to wzór nad wzory i miejsce idealne dla rodzin: pralnie, kryty basen, place zabaw, czyste kuchnie i łazienki. Przyciąga i studentów, którzy podróżują z własnym prowiantem, i zamożnych turystów, którzy parkują tu luksusowe kampery, a dzień zaczynają od śniadania na stole z obrusem i kwiatami. Pobliska Balka jest centrum windsurfingowym, często wiejące silne wiatry sprzyjają deskarzom.

Krajobraz w tej części Bornholmu jest dość monotonny, jednak brzeg wyspy zmienia się z każdym kilometrem. Najlepiej obserwować go oczywiście jadąc rowerem.

***

Dlaczego rower?

Bo samochodem objedziesz Bornholm w jeden dzień, a przyjechałeś raczej na dłużej.

Bo na wyspie, która ma ledwie 140 km wybrzeża, wytyczono aż 250 km tras rowerowych, które zaprowadzą cię niemal w każdy zakątek.

Bo rowerzyści są traktowani z sympatią.

Bo po prostu jeżdżą tu wszyscy, nawet niemowlaki w przyczepkach.

Ludzi na rowerach spotkałam częściej niż w samochodach. To dla nich są ciemnozielone tablice z napisem "cykelvej", z nazwami i odległościami (czasem krzyżują się z równie licznymi ścieżkami do jazdy konnej, jest tu kilka stadnin). Przed sklepami czy galeriami porzucałam rower niezapięty, i zawsze był tam, gdzie go zostawiłam, wśród wielu innych.

Południe Bornholmu to dla rowerzystów łatwe, płaskie trasy, północ jest bardziej zróżnicowana, z większą liczbą podjazdów. Tam jednym z żelaznych wycieczkowych punktów jest zamek Hammershus. Największe w Skandynawii średniowieczne ruiny leżą wysoko nad malowniczym wybrzeżem - skalistym i urwistym. Klify Helligdomsklipperne to dobre miejsce dla amatorów wspinaczki skałkowej.

Rowerem dojedziemy do Almindingen, największego kompleksu leśnego na Bornholmie. Spacerując między jeziorkami i torfowiskami, wśród buków, trudno uwierzyć, że wszystko jest dziełem ludzi: drzewa na wyspie wycięto na opał jeszcze w średniowieczu i dopiero w XIX w. zaczęto zalesiać tutejsze łąki.

Z roweru zobaczymy też z bliska niezwykłe kościoły. XII-XIII-wieczne białe rotundy chroniły również przed najeźdźcami. Znajdziemy je w Ny, Ols, Nylars i Osterlars. Warto zobaczyć przynajmniej ten ostatni - największy i najstarszy. Masywna, wzmocniona przyporami budowla kryje trzy poziomy: najniższy spełniał funkcje sakralne, na wyższych magazynowano żywność i deszczówkę oraz odpierano ataki wroga. Zachował się tu kamień z inskrypcją runiczną, tajemnym pismem powstałym w III w n.e. Na wyspie odczytano ok. 49 takich napisów, głównie o treści religijnej.

***

Bornholm to wyspa manufaktur i artystów. Rzeźbiarze, tkacze, malarze, szklarze oraz najliczniejsi ceramicy - ślady ich twórczości widać na każdym kroku, eksponaty wystawiają na sprzedaż pod domem.

W jednej z małych wytwórni w Svaneke obserwowałam, jak powstają wyjątkowej urody naczynia: kobieta kształtowała gorącą szklaną masę na oczach widzów i zamieniała ją w patery, misy i szklanki. Wszystko do kupienia na miejscu (najtańszy dwubarwny kieliszek kosztował ok.100 zł).

Pachnąca parafiną wytwórnia świec w Allinge wygląda, jakby czas się tu zatrzymał. XIX-wieczny trzeszczący młyn w Arsdale nadal miele, a ładnie zapakowaną mąkę turyści zabierają jako pamiątkę. Fabryka cukierków przy ryneczku w Svaneke przypomina filmy z Pippi: za ladą stoi dobrotliwa sprzedawczyni, a na ladzie - pękate słoje pełne bolcherów. Landrynki we wszystkich kolorach można samemu nakładać z pojemników, a potem usiąść na ławce i oglądać cukierkowy pokaz: dwóch rosłych mężczyzn wylewa gorącą masę z wiader na blachę, kroi ją, zagniata, dodaje barwniki, wałkuje, zarzuca na wieszak, wyciąga w długie spaghetti i kroi w drobne kawałki.

Do dziś pamiętam smak robionych na miejscu lodów i aromat domowej czekolady w Snogebak. To urocza manufaktura, w której powstają też wymyślne upominki - np. kubki wyklejone wewnątrz czekoladą, które wystarczy zalać gorącym mlekiem.

Przez wieki podstawą utrzymania mieszkańców było rybołówstwo. Zajadano się głównie i wędzonymi śledziami - pakowane w drewniane skrzynie bornholmery wędrowały nawet na królewskie stoły. Dziś wędzarnie są znakiem rozpoznawczym wyspy: to charakterystyczne niskie białe budowle z kilkoma kominami. Serwuje się tam znakomite ryby wędzone w dymie olchy. Klasyczny zestaw "sol over Svaneke" (słońce nad Svaneke) to śledź prosto z pieca podany z surowym żółtkiem, szczypiorem, rzodkiewką, kopczykiem gruboziarnistej soli i kromką ciemnego chleba. Swoich fanów ma też ser pleśniowy Danableu z miejscowości Klemensker.

***

Z 46 tys. mieszkańców jedna trzecia mieszka w największym mieście, Ronne.

Wydaje się, że Bornholm to wyspa ludzi szczęśliwych. Właściciele wypielęgnowanych domków z duńskimi flagami w ogródkach żyją niespiesznie, są serdeczni i życzliwi. W szczerym polu, gdzieś na odludziu albo przy domach stawiają małe, przez nikogo niepilnowane samoobsługowe straganiki, a na nich koszyczki truskawek, ogórki, grzyby, szydełkowe sukienki dla lalek, trolle z kamienia, szczapy drewna na ognisko. Obok skarbonka z drobnymi.

- W Polsce dawno zniknęłyby owoce, skarbonka i sam stolik - stwierdził znajomy.

Duńczycy szanują własność prywatną tak samo, jak przyrodę i ciszę (taką oazą ciszy są trzy 18-dołkowe pola golfowe: w Dueodde, Ronne i Ro). Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby katować innych radiem na kempingu albo nachalną muzyką w sklepach. Decybele nie dokuczają nawet w Joboland, ponoć najpiękniejszym duńskim parku rozrywki, który prawie sto lat temu założył na swojej ziemi tutejszy rolnik. W wypełnionej ciepłą wodą "crazy river" na gumowych kołach zjeżdżają i wnuki, i dziadkowie. Rodziny z dziećmi tłumnie pielgrzymują do wiszących mostów, parku wspinaczkowego, łodzi, huśtawek, zoo, basenów...

Spokój, harmonia, poczucie absolutnego bezpieczeństwa i piękne szkło - to przede wszystkim zapamiętałam z Bornholmu.

Więcej o: