Przepis na młodość

Kiedy podróżuję sama, uwielbiam nocować w tzw. hostelach czy - jak kto woli - schroniskach. Raz, że tanio. Nie muszę wynajmować pokoju, bo decydując się na dormitorium, czyli salę wieloosobową, płacę tylko za łóżko. Dwa, bo zawsze można poznać fajnych ludzi. Zawieraniu znajomości sprzyja kuchnia. Jedni gotują zupki z proszku, inni mieszają ryż, ktoś zmywa (zasada: każdy sprząta po sobie), ktoś pożycza sól, łyżkę, garnek. No i gada się. O wszystkim. Co zobaczyć w okolicy, jak kupić tanio bilet na samolot, której knajpy unikać, gdzie lepiej nie jechać.

Schroniska mają wiele plusów. Jeden z nich uświadomiła mi spotkana w hostelu na Tajwanie 74-letnia Amerykanka. Pokłóciła się z wnuczkami, które nazwały ją "starą". Uniosła się honorem, zapakowała plecak i... wyjechała w świat. Kiedy się poznałyśmy, miała za sobą pięć miesięcy podróżowania, tryskała szczęściem i energią. Spała na łóżku nade mną (z podziwem patrzyłam, jak sprawnie się tam wdrapuje).

- Wiesz, w takich schroniskach czuję się naprawdę młodo - powiedziała kiedyś przed zaśnięciem.

Niedawno dostałam od niej list. Ze schroniska w Buenos Aires...