Okazją do Europy

Moda na autostop trwa, a dzięki internetowi rozwinął się nowy jego rodzaj

Zacznę od sedna: autostop ma sens. Odpowiednio zaplanowany i zorganizowany nie jest ani szaleństwem, ani głupotą, ani brakiem odpowiedzialności. Jest ciekawą alternatywą dla "konwencjonalnych środków transportu". Świat się zmienił. Starsze pokolenie pamięta cudaczną akcję "Autostop" pod koniec lat 50. Każdy autostopowicz, posiadacz książeczki oszczędnościowej w PKO, dostawał kolejną książeczkę, z której kupony dawał zabierającym go kierowcom. Oni z kolei mogli wysłać kupon na ogólnopolskie losowanie nagród. Dziś trudno nawet wyobrazić sobie taką akcję. Nikt nie ma też złudzeń, że autostop jest niebezpieczny. Ale czy na pewno? Istnieje sporo ludzi, którzy uważają, że to mit. Ich zdaniem

nie taki kciuk straszny

James MacLaren, autor książki "The Hitchhiker's Handbook" ("Podręcznik autostopowicza"), jeździ autostopem od 30 lat. Uważa, że przestępczość nie wzrosła, tylko ludzie stali się bardziej strachliwi. Dlaczego? Dzieła guru autostopowiczów Jacka Kerouaca zastąpiły filmy o seryjnych mordercach i gwałcicielach, którzy jeżdżą po drogach, rozglądając się za naiwnymi młodymi, albo stoją na poboczu, łapiąc ofiary na kciuk. Przypadek Jacka Nicholsona w "Easy Rider" bardziej wystraszył współczesne pokolenie niż statystyki i doświadczenia. Strach ma wielkie oczy, zwłaszcza kiedy są one wpatrzone w ekran. Kierowcy również wolą nie ryzykować. Nie ufamy nikomu. Brak zaufania przeradza się w niechęć albo w ignorowanie: udajemy, że autostopowicza nie zauważyliśmy albo zauważyliśmy go zbyt późno. Mimo to

autostop ma się dobrze

Może dlatego, że dojrzał, zorganizował się, usprawnił. Powstają krajowe organizacje "kciukowców", odbywają się międzynarodowe konferencje autostopowiczów (zob. http://www.autostop.lt ), tworzone są strony internetowe dla fanatyków. Rozmawia się o bezpiecznym i skutecznym podróżowaniu stopem, ale przede wszystkim dzieli opowieściami o niesamowitych spotkaniach i przygodach, co dodaje otuchy i zachęca do kolejnych wypraw. Istnieją nawet mistrzostwa w autostopowaniu, gdzie pary ścigają się w docieraniu do oddalonego o setki kilometrów celu (ostatnie odbyły się w maju - 30 par ścigało się na trasie Gdańsk - Lwów, rekord - 15 godzin). Większość międzynarodowych imprez ma miejsce w Europie Środkowej i Wschodniej. To nie przypadek. Mamy mniej pieniędzy, ale większą determinację, żeby jechać w świat, zwiedzać, odkrywać. Po 1989 r. na europejskich drogach pojawiły się setki autostopowiczów ze Wschodu. Pchamy się na Zachód, jak możemy. Bo cóż z tego, że jesteśmy w Europie, trzeba jeszcze do niej dojechać. A dojazd, wiadomo, kosztuje. Na przejazd samochodem nie każdego stać, tanie linie lotnicze dopiero zaczynają wkraczać do Polski, a doby spędzone w autokarze zdrowo dają w kość. Dlatego wbrew potocznym opiniom moda na autostop trwa.

Wirtualne spotkania

Największym problem autostopu jest zawsze to, że nie wiadomo, kto dokąd zmierza. Jednak w epoce internetu można się dzielić z całym światem nie tylko własnymi myślami i dokonaniami, ale i celem podróży. - Od kilku lat na grupach dyskusyjnych pojawiały się listy z nagłówkiem: "Pojutrze zabiorę 2 osoby z Wrocławia do Warszawy" - pisze do mnie w mailu Maciej Murawa prowadzący serwis internetowy http://naszedrogi.pl . Naturalnym odruchem staje się stworzenie strony internetowej pozwalającej na spotkania potencjalnych pasażerów z kierowcami.

Pomysł nie jest nowy. W Niemczech, Holandii lub Wielkiej Brytanii to normalny sposób wspólnego podróżowania. Strony zaczęli robić autostopowicze sfrustrowani wielogodzinnym czekaniem na okazję. Środowisko internetowe ma tę wspaniałą cechę, że pozwala szybko zebrać ludzi o podobnych zainteresowaniach. Zaczęło się od paru internetowych znajomych, szybko doszły osoby dojeżdżające do pracy albo wybierające się na wycieczkę. Dziś codziennie znajdują chętnych tysiące propozycji na przejazdy od kilkunastu do kilku tysięcy kilometrów.

W Polsce z serwisów na razie korzystają głównie ludzie młodzi. Studenci, osoby, które nie chcą same dojeżdżać do pracy albo oszczędzają. Także ci, którzy znają ten system z innych krajów i nie wahają się z niego korzystać. Gorzej z pozostałymi. Wciąż jesteśmy nieufni, węszymy podstęp i niebezpieczeństwo. Nierzadko spotkania umawiane przez internet budzą obawy większe niż te przypadkowe na szosie. Wiele serwisów poszukuje więc sposobów, żeby potencjalni partnerzy podróży nabrali do siebie zaufania. Podstawą jest możliwość kontaktu z osobą, która zostawiła ogłoszenie. Dzięki temu możemy wcześniej dowiedzieć się, z kim pojedziemy. Niektóre strony, np. międzynarodowa http://www.compartir.org , zobowiązują uczestników do rejestracji i wypełnienia kwestionariusza. Na polskiej stronie http://jazdazagrosze.pl można oceniać kierowców, tak jak ocenia się sprzedawców w http://allegro.pl .

Zapłatę zainteresowani ustalają między sobą (administratorzy serwisów w to nie ingerują). Najtrudniej namówić kierowców. Niewiele osób szuka przecież strony, aby ogłosić, że dokądś jadą i mogą kogoś zabrać. Jeśli więc miłe towarzystwo nie jest wystarczającą zachętą, może będzie nią zmniejszenie kosztów podróży?

Istnieją co najmniej cztery aktywne strony polskie, ale i na międzynarodowych znajdziemy wiele przejazdów przez Polskę. Tymczasem webmasterzy, choć twierdzą, że połączyliby siły z inną stroną o podobnych celach, wcale się nie spieszą. Nie chodzi o interesy, bo wiele stron (w Polsce wszystkie) jest niekomercyjnych. Kiedy jednak włożyło się w ich organizację dużo pracy, trudno się dzielić z innymi (wyjątkiem jest http://www.hitchhikers.com , która pozwala innym stronom zamieszczać swoją listę przejazdów). Szkoda, bo poszukiwanie przejazdu staje się przez to bardziej czasochłonne i mniej skuteczne. To jednak nie zmienia rzeczy najważniejszej - dzięki internetowi podróżowanie z innymi stało się sprawniejsze. I bezpieczniejsze.