Andy jak magnes... List z Méridy

Chyba nigdzie na świecie nie ma tak mocnej i aromatycznej kawy jak w Wenezueli, i tylu kwiatów na domowych patio, na ścianach, fasadach domów, tarasach

W Wenezueli można znaleźć wszystko: rafy koralowe i plaże Morza Karaibskiego, ośnieżone szczyty Andów, duże miasta i małe indiańskie wioski, wielkie sawanny, tropikalną dżunglę... Jest bardzo gorąco i bardzo zimno, duszno i wilgotno. Wybierając się tu, trzeba zabrać czapkę i rękawiczki, kostium kąpielowy i górskie buty.

Mérida leży w wenezuelskiej części Andów, na terasie o wysokości ok. 1600 m n.p.m. Z Caracas można tam dojechać autobusem w 12 godzin. Mérida jest jednym z najbardziej znanych ośrodków turystycznych Wenezueli. To spokojne, ciche miejsce (250 tys. mieszkańców), gdzie można odpocząć. Andy okalające dolinę przyciągają jak magnes.

Ulice są dość strome, wąskie i bardzo kolorowe. Avenidas biegną w górę starego miasta, callas przecinają je pod kątem prostym, tworząc przejrzystą siatkę szlaków oznaczonych numerami. Taki układ ulic charakteryzuje wszystkie miasta założone w Ameryce Południowej przez Hiszpanów. Centralny plac otoczony przez palmy to oczywiście Plaza Bolivar z pomnikiem bohatera narodowego Wenezueli Simona Bolivara i katedrą. Tam właśnie i na kilku wąskich uliczkach wokół koncentruje się życie mieszkańców. Mężczyźni handlują drobnymi przedmiotami, prowadząc ożywione dyskusje. Kobiety sprzedają warzywa i owoce na małych straganach lub wprost z ulicy, często zajmując całe chodniki. Wszyscy coś kupują, gdzieś biegną, lecz nie jest to wielkomiejski zgiełk, ale żywiołowy codzienny ruch uliczny w małym miasteczku. Aby odpocząć, można wstąpić do jednej z wielu restauracji. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, gdyż rozmaitość lokali pozwala spróbować wszystkiego, od kuchni europejskiej do miejscowych specjałów. Jest np. w Méridzie słynna lodziarnia z 600 gatunkami lodów, także gorzkich, kwaśnych i słonych. Mieszkańcy nowocześniejszej i bogatszej części miasta, oddzielonej od tej starszej mostem na rzece Chama, zwykle spędzają wieczory w kilku ulubionych barach w starym centrum. Można tam posłuchać muzyki i napić się piwa. O tym, że jesteśmy w Ameryce Południowej przypomina caipirinha, koktajl z soku limonki, cukru, lodu i alkoholu z trzciny cukrowej cachaça. Łatwo znaleźć tu nocleg w jednym z licznych posadas, czyli pensjonatów. Kolorowe domki kryją za swymi fasadami mnóstwo pokoi otaczających patio, a w małych wewnętrznych ogrodach można spędzić najgorętsze godziny dnia. Choć klimat Méridy jest jak na Wenezuelę umiarkowany (średnia temperatura 19 st. C), to zdarzają się wyjątkowo upalne dni. Ulice pustoszeją wtedy niemal zupełnie, a mieszkańcy kryją się w kawiarniach, pijąc ulubione cafe negro. Chyba nigdzie na świecie nie ma tak mocnej i aromatycznej kawy jak w Wenezueli.

Z Méridy, która leży w południowym paśmie wenezuelskich Andów, można robić wycieczki górskie. Najwyższe jest pasmo Sierra Nevada de Mérida z trzema ośnieżonymi szczytami: Pico Bolivar (5007 m n.p.m.), Pico Humboldt (4942 m) i Pico Bomplard (4883 m). W Méridzie jest najdłuższa (12,6 km) i najwyższa kolejka linowa świata - Teleférico. Pokonując pięć stacji: Barinitas (1577 m n.p.m.), La Montana (2436 m), La Aguada (3452 m), Loma Redonda (4045 m) i Pico Espejo, wjeżdżamy nią na wysokość 4765 m n.p.m, skąd możemy podziwiać zatopioną w chmurach panoramę Andów.

Warto wysiąść na stacji Loma Rodonda i pójść na wycieczkę do Los Nevados, indiańskiej wioski położonej na wysokości 2700 m n.p.m. Pieszo zajmuje to ok. pięciu-sześciu godzin (można też wynająć muła z przewodnikiem lub wjechać dżipem wprost z Pargue Las Heroinas w Méridzie). Tylko pierwsza godzina to dość uciążliwe podejście, reszta drogi jest przyjemnym spacerem. Los Nevados to ciche, malutkie pueblo z szeregiem białych domków położonych przy głównej - jedynej - ulicy. Prowadzi ona do placu, na którym jak zwykle w Wenezueli stoi wysoki pomnik Bolivara i kościół. Na miejscu można przenocować, zjeść kolację, poleżeć w hamaku na tarasie z widokiem na góry. Spokój panujący w Los Nevados na długo pozostaje w pamięci.

Inne typowo andyjskie pueblo, bardziej nastawione na turystów to Jaji, 38 km na zachód od Méridy; dojedziemy tu busem w godzinę. Miasteczko jest wybrukowane, a główny plac (Bolivara!) otaczają biało-niebieskie domy wyremontowane w latach 60. z myślą o turystach. Nastrój jest nieco senny. Można tu zjeść dobry obiad, wypić doskonałą kawę, kupić pamiątki i pozachwycać się architekturą.

Jeśli szukamy mocniejszych przeżyć, pojedźmy do gorących źródeł (aguas calientes) w Parku Narodowym Sierra Nevada. Po wyjściu z autobusu czeka nas dwugodzinna dosyć stroma wspinaczka. Źródło z trzech stron otaczają góry. Jest tak ciepłe, że można się w nim kąpać nawet po zapadnięciu zmroku. Nad powierzchnią wody unosi się wtedy delikatna mgiełka, gdyż temperatura powietrza dość gwałtownie spada. A jeśli niebo nie jest zachmurzone, świetnie widać gwiazdy. Moment zapadnięcia zmroku jest dla Wenezuelczyków bardzo ważny. Zachód słońca trwa krótko i wyraźnie oddziela od siebie dwa światy, jakimi są dzień i noc. Ożywienie podczas dnia i pewien namysł po zmroku odzwierciedlają bardzo silne związki tej społeczności z przyrodą. Indianie często mówią o roślinach, lubią je mieć jak najbliżej, więc hodują ich mnóstwo.

Kwiaty na domowych patio, kwiaty w doniczkach na ścianach, fasadach domów, tarasach. Rośliny są integralną częścią ich życia, podobnie jak otwarta przestrzeń. Jak pisał Aleksander Humboldt na początku XIX w.: "Llanero, czyli mieszkaniec stepów (llanos), tylko wtedy czuje się dobrze, gdy - jak to prosto określa lud - może się swobodnie rozejrzeć dookoła".

Więcej o: