Trzy Marie, gejzery i Lustro - List z... pustyni Atacama

Resztę czasu w Chile zamierzaliśmy spędzić nad Pacyfikiem. Ale Bruno Nashelsky, właściciel agencji turystycznej, z którym zwiedzaliśmy Santiago, tak barwnie opisywał najsuchszą pustynię świata, że zamiast do Valparaiso polecieliśmy do Calamy, a stamtąd 120 km mikrobusem do San Pedro de Atacama. W centrum miasteczka oniemieliśmy ze zdziwienia. Wszędzie zieleniły się eukaliptusy i araukarie, kwitły brezylki i opuncje, szemrał płynący gdzieś w pobliżu strumień. W dodatku, jak się dowiedzieliśmy, ostatni (i to mizerny) deszcz spadł tu siedem lat temu, a poprzedni w 1971 r. Zieleń zawdzięcza Atacama rzece o tej samej nazwie, która bierze początek z lodowca spływającego ze stoków Cerro de Tocopuri.

W przytulnej knajpce na głównej ulicy, której właścicielem okazał się Fin spod Turku, zjedliśmy świetną tortillę de papas, popijając pisco z lodem. W samym San Pedro nie ma co zwiedzać, poza niewielkim muzeum założonym w 1955 r. przez belgijskiego księdza i archeologa Gustava Le Paige, w którym zgromadzono eksponaty z dziejów regionu.

Za to bliższe i dalsze okolice są fascynujące. W odległości 3 km od wschodnich rogatek miasteczka leży oaza Pozo z ciepłymi mineralnymi źródłami, które wpływają prosto do basenu. Pojechaliśmy tam wypożyczonymi rowerami, by pławić się do woli w najsuchszym miejscu na świecie.

Wybraliśmy się też do Valle de la Luna (Doliny Księżycowej) i do Valle de la Muerte (Doliny Śmierci), w której co roku gubią się lekkomyślni turyści, niektórzy tak skutecznie, jakby chcieli koniecznie uwiarygodnić nazwę tego pustkowia. Przewodnik opowiadał, że jest ona 50 razy suchsza od słynnej Doliny Śmierci w Kalifornii i bardzo podobna do marsjańskich. Dlatego właśnie tu testowano aparaturę do pobierania i analizowania próbek gleby na Marsie. "Gdyby Viking wylądował w tym miejscu, zamiast na Marsie, to również nie znalazłby żadnego życia" - stwierdzili naukowcy z NASA. Podziwialiśmy fantastyczne formy skalne powstałe na skutek erozji: olbrzymie grzyby, stwory przypominające dinozaury, trzy kobiece postacie nazwane Trzema Mariami czy wreszcie Lustro - wielką wydmę z ciemnego, niemal czarnego piasku. Obejrzeliśmy z jej grzbietu zachód słońca, ale nie był aż tak nadzwyczajny, jak zachwalał go przewodnik.

Jedna z największych atrakcji Atakamy - gejzery El Tatio tuż przy boliwijskiej granicy - oddalone są od Atakamy o 95 km marną drogą. Wstaliśmy w środku nocy, by o 4 nad ranem odjechać sprzed hotelu wycieczkowym mikrobusem. O świcie byliśmy na miejscu. Gejzery trzeba oglądać tuż przed wschodem słońca, kiedy temperatura powietrza jest ujemna. Wówczas gęste kłęby pary strzelają w górę szczególnie wysoko i są wyjątkowo fotogeniczne. Fotografowaliśmy je, uważając na kruchą nawierzchnię w pobliżu bulgocącej wody. Zdarzało się, że pękała pod nogami nieostrożnych turystów, których potem wyciągano z wrzątku na wpół ugotowanych. Mimo pięknych widoków chętnie opuściliśmy to miejsce. Silny wiatr, trzaskający mróz (10 st. C poniżej zera), a przede wszystkim 4300 m n.p.m. i pierwsze objawy choroby wysokościowej zrobiły swoje. Zresztą wraz ze wschodem słońca gejzery maleją i para nie bucha z nich tak intensywnie. Więc jeszcze kilka zdjęć, kąpiel w niewielkiej sadzawce, gdzie temperatura wody nie przekracza 40 st. C, i ruszyliśmy z powrotem.

Kolejny dzień na pustyni spędziliśmy nad słonym jeziorem Salar de Atacama (2300 km kw.), 30 km od San Pedro de Atacama. To gigantyczne, grząskie bagno wypełnione mułem i solą, pokryte suchą skorupą z wykrystalizowanych soli potasowo-magnezowych, soli kamiennej i boraksu. Tylko gdzieniegdzie widać było tafle wody, większe nazywane są lagunami. Nim dotarliśmy do laguny Chaxa, aby podglądać żerujące tam flamingi, podziwialiśmy czynne i uśpione wulkany, zwłaszcza najwyższy z nich Licancábur (5916 m n.p.m.) z idealnym stożkiem. Po przeciwnej stronie biegło niskie pasmo gór z polskim akcentem w nazwie Cordillera Domeyko. W lagunie Chaxa kilkanaście flamingów brodziło w płytkiej wodzie dość daleko od nas. Kiedy podeszliśmy bliżej, poderwały się i odleciały.

W San Pedro de Atacama z przyjemnością włóczyliśmy się wąskimi uliczkami, zaglądając do knajpek, próbując miejscowych specjałów i słuchając latynoskiej muzyki. Wieczorami przesiadywaliśmy na ryneczku. Bieli się przy nim XVII-wieczna Iglesia de San Pedro (kościół św. Piotra) zbudowana z suszonej na słońcu cegły i drewna kaktusów cordón powiązanego rzemieniami zastępującymi gwoździe. Obok stoi 464-letni dom Pedro de Valdivii - zdobywcy Chile dla korony hiszpańskiej, który przeciągnął tędy ze swoim orszakiem w 1540 r. Nie mogliśmy nadziwić się księżycowi w nowiu, który skierował oba swoje rogi do góry.

Atacama w internecie:

http://www.sanpedroatacama.com

http://www.gochile.cl/htm/SanPedro/SanPedro.asp

http://www.lonelyplanet.com/theme/deserts/deserts_atacama.htm

http://www.frc.ri.cmu.edu/atacama/

http://www.ladatco.com/ATA-INFO.htm