Wyspy zielonego przylądka

Portugalczycy zachwyceni soczystym, zielonym widokiem, krzyknęli: Cabo Verde! I tak zostało

Samolot z Lizbony ląduje wieczorem na Sal, jedynej z wysp Zielonego Przylądka z międzynarodowym lotniskiem. Ciepło, choć to połowa stycznia. Lecący ze mną surfingowcy krzyczą z radości - poczuli wiatr. Taksówkarz wiezie mnie do Santa Maria, jednego z dwu miasteczek na Sal. Znajduję wolne miejsce w hoteliku nad Atlantykiem. Czysto, miło. Planuję zwiedzenie trzech wysp w ciągu tygodnia: Sal, Santiago i Fogo. Długa podróż daje mi się we znaki, natychmiast usypiam.

Na Sal pieją koguty, beczą kozy

Dzień w Afryce wstaje równie szybko, jak znika. Pieją koguty, niebo rozwidnia się. Z morza wytacza się pomarańczowa kula. Od razu jest gorąco. Gdyby nie góry pojedynczo rozrzucone na horyzoncie, wyspa Sal przypominałaby surfingową deskę. Santa Maria to kilka placyków i uliczek biegnących do morza albo kończących się na pustyni. Parterowe domki, często nieotynkowane, straszą szarością pustaka. Dach jest jednocześnie tarasem. Beczą kozy, wylegują się w słońcu psy na krótkich łańcuchach, biegają dzieci, brudząc suszące się pranie.

Plac w centrum miasta, resztki kolonialnej architektury, parę drzew, krzewy. Ulice ożywia handel. Towar porozkładany jest w koszach, miskach z plastiku lub wprost na ziemi. Natarczywi sprzedawcy kręcą się wokół cudzoziemców. Wchodzę do małego kościółka. Wygląda, jakby Pan Bóg wyprowadził się z niego. Skrzypią drzwi. Spłoszona kura ucieka oknem. Pod ścianami ławki, ołtarz z kamiennym krzyżem, jedyna ozdoba to plastikowe róże.

Kupuję bilet lotniczy na inne wyspy. Zbliża się południe, czas sjesty. Tubylcy chowają się w cień domów. Trzaskają zamykane okiennice i drzwi.

Puste, szerokie plaże ciągną się kilometrami, fale wściekle biją o piasek. Deski surfingowe pobłyskują w słońcu jak ważki. Obok mola kiwają się kolorowe łódki. Tu można wynająć łódź i popłynąć na połów marlina. Kiedy rybacy koło południa wracają z morza, molo zamienia się w rybny targ.

Na Fogo domki na lawie, dymi wulkan

Dziś lecę na Fogo. Dawno minęła wyznaczona godzina, czekam. Na lotnisku nikt nie wie, czy i kiedy odleci samolot. Wreszcie patrzę z góry na wyspę Fogo. Ślady erupcji wulkanu są wszędzie, w 1995 r. lawa wylała się jak krem z ciastka. Lądujemy na skrawku pastwiska, na który rzucono pasek asfaltu. W stolicy wyspy Sao Filipe jest jeszcze cieplej niż na Sal. Bezwietrznie. Jedno z większych miast Cabo Verde w sobotni poranek jest niemal wymarłe. Niskie domki z czerwoną dachówką, parę kolonialnych perełek - gotowa scenografia do "Stu lat samotności". Zbliża się wieczór. Krążę po mieście w poszukiwaniu restauracji. Negocjuję z właścicielem Las Vegas, wraz ze mną walczy grupka równie głodnych cudzoziemców. Mówi, że otworzy albo nie. Uśmiecha się miło, my też. W rezultacie w innym barze, z wymalowanym na ścianie wulkanem, jem smaczne rybne spaghetti.

Muszę znaleźć nocleg. Zdaję się na taksówkarza, który wiezie mnie na prywatną kwaterę. Kobieta w czerni pokazuje mi pokój - duży, czysty, z łazienką. Od ruchliwego placyku oddzielają mnie tylko szczelnie zatrzaśnięte okiennice.

W niedzielny poranek jadę taksówką zwiedzać wyspę. Droga wije się stromymi zboczami. Z prawej dymiący stożek wulkanu, z lewej urwiste skały nad Atlantykiem. Mijamy małe, biedne wioski. Niskie czarne domki stoją wprost na lawie. Miejscami teren wygląda jak wielkie żużlowisko, czasem zastygła lawa błyszczy jak spieczone szkło. Na żyznej wulkanicznej ziemi kwitną uprawy: papaja, mango, bananowce owocują nieustannie. Słodkiej wody jest jak na lekarstwo. Pochodzi głównie z jesiennych opadów, a odsoloną wodę morską rozwożą po wyspie cysterny.

Droga kończy się w Porto de Vale de Cavaleiros. W porcie grupa ludzi czeka na statek odpływający na inne wyspy. To najtańszy, ale i najpowolniejszy sposób poruszania się po archipelagu. Patrzę w górę. Wydaje się, jakby lawa zastygła przed chwilą. Piętrzy się, urwiskiem spada do oceanu, jak czekoladowy tort obcięty ostrym nożem. Coraz więcej ludzi na ulicach. Życie zaczyna się tu o zmierzchu. Samozwańczy przewodnik zaprasza "typową" na kolację. Tandetne, brudne wnętrze, starsza kobieta nakrywa stół bożonarodzeniowym obrusem. Główne danie - katchupa - nawet smaczne: tuńczyk, maniok, kuskus, ryż i dużo dobrej oliwy.

Rano idę na plażę. Jest pusta, kraby na mój widok chowają się do dziurek. Czarny wulkaniczny piasek skrzy się w słońcu jak śnieg. W bliższym kontakcie przypomina okłady z borowiny, parzy w stopy. Groźne, wściekłe fale tłuką o brzeg. Odlatuję na Santiago do Praia.

Na Santiago małpy i zielony wąwóz

Podróż zajmuje 15 minut. Zatrzymuję się w tanim hotelu. "Apartament" pomalowany farbą olejną w trudnym do określenia kolorze. Zamiast okna lufcik na korytarz, po podłodze biegają karaluchy. Zimna woda w łazience najmniej mi teraz doskwiera.

Jadę wąską asfaltową drogą do Cidade Vehla. W dole zielony wąwóz w korycie wyschniętej rzeki, rolnicze zagłębie wyspy. Z dostojnymi palmami ścigają się do słońca gęste, zielone bananowce, papaje i mango. Pierwsi Portugalczycy zachwyceni tym soczystym, zielonym widokiem krzyknęli: Cabo Verde! (Zielony Przylądek) - i tak już zostało.

Nad Cidade Vehla góruje potężny fort z czasów, kiedy trzeba było bronić wybrzeży przed piratami. Domki z kamienia, palmy, biały kościół na zboczu wtopiony w zieleń, obok grobowce z XVI i XVII w., z częściowo zdartymi herbami znakomitych portugalskich rodów. Kobiety z koszami ryb na głowie z gracją wspinają się do góry wąskimi uliczkami. Mała kawiarenka prawie wpada do morza. Bar kryty wystrzępioną słomą, z której zwisają resztki bożonarodzeniowych dekoracji, szeleszcząc na wietrze. Piję colę przy plastikowym stoliku. Krzykliwa zachodnia reklama wygląda groteskowo, burzy harmonię otoczenia. Dookoła mnóstwo dzieci. Grupka tubylców siedzi na kamieniach i żywo o czymś dyskutuje. Obok baru uwiązany cap, stara kobieta cierpliwie doi kozy.

Ostatnim etapem podróży jest Tarrafal i plaża. By się na nią dostać, przejeżdżam taksówką przez góry i przełęcze na drugą stronę wyspy. Domki przycupnęły na stromych zboczach. Krowy pasą się nad przepaściami. Przedmieścia Tarrafal to nieustający plac budowy. W malowniczej zatoce Baya Verde nocuję w bungalowie otoczonym przez palmy kokosowe. To moja ostatnia noc na Cabo Verde. Między domkami hasają małpy, cała rodzina chce mi złożyć wizytę: - Poszły stąd! - krzyczę. Uciekają na pobliskie wzgórza. Potem całą noc słyszę ich wrzaski.

O świcie taksówka wiezie mnie na lotnisko. Pusta droga wspina się zakolami ze wzgórza na wzgórze. Niebo wygwieżdżone. Widzę po raz pierwszy w życiu Krzyż Południa - mistyczne wrażenie.

Samolot jak objedzony bąk z trudem odrywa się od ziemi. Za chwilę wszystko staje się odlegle, bledną kolory, nikną zapachy. Lecimy w kierunku szarej, zimnej Europy.

Więcej o: