Wrocław - tu się nie śpi, tu się żyje

Piwo jest tak dobre, że toczono o nie wojnę. Kobiety tak piękne, że palono dla nich miasto. Operowego śpiewaka możesz posłuchać, siedząc nad rzeką. Przyjedź do Wrocławia w gości, a zostaniesz na zawsze

Środek tygodnia, druga nad ranem. Wszyscy zapomnieli już o wakacjach, a na rynku tłum ludzi. Zegarków nie mają, czy co? A może w tym mieście nikt nie pracuje? Ależ pracuje! Kwiaciarki sprzedają róże (nad ranem bezpieczniej wrócić do domu z bukietem), miotacze ognia wyrabiają 300 procent normy Smoka Wawelskiego, a pod pręgierzem ktoś tańczy. Wrocław nie jest miastem do spania. Pełno pubów, knajp, kafejek, barów i herbaciarni. Tak było od zawsze. Trzy wieki temu i pół roku było mało, żeby odwiedzić wszystkie karczmy i popróbować w nich wrocławskiego piwa. Poprzeczka została wysoko ustawiona...

Byli i piwo pili

Duch Miasta hołubi ludzi ceniących zabawę, choć Opatrzność karze tych, którzy przesadzają. Wieże kościoła św. Marii Magdaleny przy ul. Szewskiej, doskonale widoczne z rynku, są połączone mostkiem Pokutnic. Podobno kłębiące się na nim cienie to duchy dziewcząt, które nie chciały wyjść za mąż, bo zbyt lubiły się bawić. Za karę muszą teraz zamiatać mostek.

Na ścianie budynku przy Szewskiej nr 50/51 (siedziba Etnologii i Kulturoznawstwa UWr) zobaczycie skamieniałe tancerki. To córki ubogiej wdowy, które całe noce spędzały na tańcach. Nie chciały zostać w domu nawet w Wielki Piątek, więc kiedy matka zamknęła drzwi na klucz, uciekły oknem. Gdy stanęły na gzymsie, powiał wiatr i panny obróciły się w kamień.

Czasem przedłużeniem karzącej ręki Opatrzności jest żona. Do czego zdolne są wrocławianki, widać po rzeźbie umieszczonej nad wejściem do Piwnicy Świdnickiej - on podchmielony, ona z pantoflem w dłoni szykuje się do udzielenia mu lekcji trzeźwości. Niesłusznie. On po prostu musiał iść do Piwnicy Świdnickiej. Wszyscy muszą, bo jak mówi stare porzekadło, "kto nie był w Piwnicy Świdnickiej, nie był we Wrocławiu". Najstarsza piwiarnia miasta mieści się w podziemiach ratusza. Czynna była już na początku XIV w., a goście dostawali nawet certyfikat, że tu byli i piwo pili.

W 1519 r. naprzeciwko wejścia do Piwnicy, w podwórzu kamienicy nr 22, miasto otworzyło browar. Piwiarnię połączono z nim szerokim podziemnym chodnikiem, żeby nie transportować piwa ruchliwą ulicą. Stąd też powstała popularna wrocławska zagadka: w jakim punkcie miasta mogą jechać dwa wozy - jeden na drugim? Tunel wciąż istnieje, choć turyści nie mogą doń zaglądać.

Tu serce moje

Wrocław nazywano "świętym kwieciem Europy, pięknym klejnotem między miastami". Zawsze był obiektem pożądania i przechodził z rąk do rąk. Należał do Czechów, Polaków, Węgrów i Niemców. Mieszkali tu Walonowie, Żydzi, Włosi, Rusini. Jest jedynym dużym miastem Europy, gdzie po II wojnie światowej wymieniono całą ludność. Nowi mieszkańcy przywieźli swoje zwyczaje, pomnik Aleksandra Fredry i skarby Ossolineum. Pokazali, że mają awanturniczego ducha, są zaradni, otwarci i tolerancyjni. Nikt was tu nie zapyta, z jakiej rodziny pochodzicie, ale z przyjemnością wysłucha opowieści o ciekawym pradziadku.

Sercem Wrocławia jest rynek. Od ośmiu wieków załatwia się tutaj interesy i zacieśnia więzy międzyludzkie. Wrocławianie cenią tradycję. Nic więc dziwnego, że w dawnym banku Heimannów, pamiętającym czasy Napoleona, wciąż jest bank, a w domu towarowym braci Baraschów handluje się od 99 lat. To jeden z największych i najpiękniejszych historycznych rynków w Europie.

Nigdy nie zamienił się w skansen, choć kamienice mają średniowieczne metryki i wyglądają bajkowo. Powstał na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacyjnych. Od wieków kwitł tu międzynarodowy handel - bogacili się na nim wrocławianie, a do kasy miasta płynęły ogromne sumy z podatków. W XV-wiecznym Wrocławiu więcej osób zajmowało się handlem niż w Pradze, Ypres, Brnie czy Frankfurcie nad Menem.

Pod numerem 2 wznosi się największa wrocławska kamienica kupiecka "Pod Gryfami" - ma 16,25 m szerokości oraz siedem kondygnacji. Mieści się tu antykwariat, winiarnia, kawiarnia, a nawet teatr. Stali bywalcy dostają "w wieczyste użytkowanie" filiżanki do kawy i herbaty. Goście zapadają się w pluszowe kanapy, a kelnerkę przywołują mosiężnym dzwonkiem. Można tu spotkać znanych aktorów, dziennikarzy, poetów. Zajrzał tu nawet na obiad książę Yorku Andrzej, który przyjechał we wrześniu na otwarcie wystawy o odkryciu DNA.

Kto handluje, ten żyje

Oprócz Rynku Wielkiego są jeszcze we Wrocławiu dwa inne rynki - Nowy Targ i plac Solny. Najmniejszy z nich, ale jednocześnie najruchliwszy to plac Solny. Zwano go tak, bo po północnej stronie placu stały kramy solne. Można tu było kupić także miód i wosk, drogocenne futra, kawior, herbatę, a nawet kozie mięso. Wprawdzie ostatnie kramy solne zlikwidowano w 1815 r., ale na placu wciąż robi się interesy. Do późnych godzin nocnych można tu kupić kwiaty. To także miejsce spotkań zakochanych, którzy umawiają się pod fontanną ze smokami lub pod kamienną iglicą.

Już w średniowieczu pod numerem 3 czynna była jedna z najbardziej znanych wrocławskich aptek. Jej godłem był Murzyn. Wciąż zresztą stoi na fasadzie i warto go obejrzeć, choć rodowód ma współczesny. Czarnoskóry, skąpo odziany mężczyzna to brązowy odlew postaci znanego wrocławskiego artysty grafika Eugeniusza Geta-Stankiewicza. Od oryginału różni się tylko kolorem skóry.

Jednak to nie Murzyn rozsławił aptekę, tylko dwie mumie. Aptekarz Jacobus Krause odziedziczył je w 1599 r. po śmierci dr. Laurentiusa Scholza, znanego wrocławskiego lekarza i przyrodnika. Mumię męską Krause poddał sekcji, a relację z jej przebiegu polecił opublikować w specjalnym protokole. Wśród klientów apteki krążyły opowieści, że proszek z zabalsamowanego ciała dodawano do lekarstw, aby zwiększyć ich skuteczność. Podobno w ten sposób męska mumia została przez wrocławian skonsumowana. Mumia kobieca przetrwała do dziś i można ja oglądać w Muzeum Człowieka przy ul. Kuźniczej 35.

Wytwornie na Świdnickiej

Od Rynku i placu Solnego rozchodzą się ulice ze średniowiecznym rodowodem. Odrzańska, Oławska i św. Mikołaja zachowały pamiątki swej świetnej przeszłości i mają wielu wielbicieli. Nie mogą jednak konkurować ze Świdnicką, która ma szyk i elegancję wielkiej damy, choć urodę trochę przykurzoną przez czas. Zmieniają się czasy i ludzie, ale na Świdnickiej wciąż bije puls miasta.

W średniowieczu prowadził tędy trakt z Pomorza i Wielkopolski na Śląsk, do Świdnicy. Były to czasy, kiedy na Świdnickiej spotykało się często opryszków. Nie bywali tam sponte sua, jako że wiedziono ich na miejsce kaźni. Towarzyszący skazańcom orszak gapiów mijał najpierw wewnętrzną bramę Świdnicką (stojącą u zbiegu ul. Świdnickiej z dzisiejszą ul. Leszczyńskiego), potem przechodził koło kościoła św. Doroty i przez zewnętrzną bramę Świdnicką koło kościoła Bożego Ciała wychodził poza obręb murów miejskich. Tu, na Przedmieściu Świdnickim, już od XV w. wykonywano publiczne egzekucje. Skazańcy przygotowywali się na śmierć w małej kaplicy cmentarnej pw. św. Gertrudy stojącej obok placu, na którym wzniesiono później dom towarowy "Renoma".

Najstarszymi i najbardziej monumentalnymi budowlami Świdnickiej są gotyckie kościoły Bożego Ciała i św. Doroty. Legenda mówi, że gdy Wrocław ma nawiedzić nieszczęście, z kościoła św. Doroty wychodzi widmowa procesja opancerzonych rycerzy. Idą z opuszczonymi głowami, nie dotykając ziemi, w dłoniach trzymają płonące gromnice. Ostatni raz widziano ich w XVII w., gdy Wrocław spustoszyła epidemia dżumy. Lepiej więc nie wypatrywać widmowej procesji, a obejrzeć... dach. To najwyższy gotycki dach w Polsce. Na jego strychu zmieściłaby się siedmiopiętrowa kamienica.

Począwszy od końca XVIII w. ulica stawała się coraz bardziej elegancka, żeby nie powiedzieć - wytworna. Wspaniałe sklepy i domy handlowe, pałacowe rezydencje wrocławskiej finansjery, galerie i kawiarnie, które wypadało i wciąż wypada odwiedzać.

Bajkowo na Ostrowie

Jeśli zmęczy was gwar wielkiego miasta, idźcie na Ostrów Tumski. To terra sancta Wrocławia. Aby się nań dostać, trzeba przekroczyć most Tumski, będący granicą, za którą obowiązywała kiedyś jurysdykcja kościelna. Z chwilą przekroczenia mostu, przedstawiciele władzy świeckiej, z książętami włącznie, byli zobowiązani zdjąć nakrycia głowy.

Wejdziecie prosto na Katedralną, najbardziej magiczną z ulic Wrocławia. Najpiękniej wygląda nocą. Pieczę nad nią sprawował sam biskup wrocławski, a samowola budowlana była srogo karana! Gdy kapituła świętokrzyska w 1375 r. usiłowała zbudować ciąg budynków gospodarczych, m.in. piekarnię i ogrodzenie zamykające w pobliżu kolegiaty ulicę Katedralną, została przez biskupa dwukrotnie obłożona klątwą.

Byli oczywiście tacy, którzy się nie bali gniewu swego pasterza i budowali domy poza ustaloną linią zabudowy, przez co ulica uległa zwężeniu o jedną trzecią szerokości zaplanowanej w końcu XIII i początku XIV w., zyskując nieco wygiętą linię.

Stoją tu monumentalne kościoły, wspaniała gotycka katedra, domy kanoników i pałac arcybiskupi. Gdy o zmroku zapalają się gazowe latarnie i specjalne reflektory podkreślające najpiękniejsze elementy architektoniczne, Ostrów wygląda jak z bajki.

Władczyni pierścienia

We Wrocławiu każdy znajdzie coś dla siebie. Wielbiciele modernizmu pomaszerują pewnie pod Halę Ludową, która w momencie swego otwarcia w 1913 r. była największą konstrukcją żelbetową na świecie. Przykrywająca ją kopuła ma 6384 m kw i waży 4200 ton (dla porównania - kopuła bazyliki św. Piotra w Rzymie ma powierzchnię 1646 m kw. i waży ok. 10 tys. ton). Dziś Hala Ludowa jest miejscem targów, wystaw, koncertów muzycznych i imprez sportowych. Wystawia tu swoje superprodukcje Opera Dolnośląska kierowana przez Ewę Michnik. Najpierw była "Aida" Verdiego w 1997 r. - sześć koni i sześć wielbłądów na scenie, 20 tys. ludzi na widowni. Potem "Carmen" z oddziałem jeźdźców, "Nabucco" ze słoniami, "Carmina Burana" z... jednorożcem, "Straszny Dwór" z sokołami i "Skrzypek na dachu" ze stadem kóz. Do 2005 r. zostanie wystawiona tetralogia Wagnera "Pierścień Nibelunga". Już oglądaliśmy jej pierwszą część "Złoto Renu". Pospieszcie się...

Więcej o: