Kuchnia alpejska w Tyrolu - kaloryczna, syta i piekielnie pyszna. Czytasz na własne ryzyko

Ostrzeżenie: w tym tekście wysyłamy do diabła diety. Gardzimy sałatkami, kpimy w żywe oczy z „light” i „0 %”. O nie, tu o górskiej kuchni mowa. Zapraszamy do Tyrolu – na naleśniki, mięso, ser, słodycze i piwo.

Pal sześć, że utyję przed Bożym Narodzeniem. Zum wohl! Na zdrowie! - jak mawiają w Ischgl, stukając się kuflami pszenicznego piwa. Mój Wiener Schnitzel był znakomity, podobnie jak estetycznie podana sałata i przednie białe wino. Smaku niewątpliwie dodawał temu pożywnemu obiadowi widok ośnieżonych gór tuż za stołem.

 

A kiedy już całą ekipą National Geographic Traveler Adventure Team myśleliśmy, że już po prostu lepiej być nie może, że to miejsce – restauracja Idalp-Panorama w narciarskim kurorcie Ischgl, ta pogoda – pełne słońce, lekki mróz, znakomity śnieg do jazdy – że to wszystko razem łączy się w ideał – przynieśli na deser TO:

Naleśnik po tyrolskuNaleśnik po tyrolsku fot. Michał Gostkiewicz

Ta przepyszna kaloryczna bomba nazywa się Kaiserschmarrn. „Schmarrn” to posiekany na kawałki naleśnik. „Kaiser” to cesarz. Popularna legenda głosi, że pierwszym, który zjadł tę kulinarną delicję, był cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef. Gdy cesarska para, podczas podróży przez Alpy, zatrzymała się na posiłek u pewnego rolnika, austriacki bauer przygotował posiłek z najlepszych rzeczy, jakie miał pod ręką – czyli mąki, jajek, cukru, soli i mleka. Przepyszny naleśnik trafił jednak na cesarski talerz w cząstkach, bo zdenerwowany wizytą dostojnych cesarskich gośći kucharz pokroił go dość...hmm..., nieregularnie. A żeby przykryć to złe wrażenie, polał go delikatnym dżemem śliwkowym. A znany z apetytu na słodkości cesarz zachwycił się tym prostym, pożywnym deserem. Oto przepis na Kaiserschmarrn:

 

W kuchni u Tyrolczyka

Grubo ponad 100 lat później Kaiserschmarrn uległ wielu modyfikacjom. Gunther Döeberl, szef kuchni hotelu Romantica w Ischgl, podaje go z przepysznym musem śliwkowym. Inni kucharze - m.in. z orzechami, wiśniami, dżemem jabłkowym czy płatkami migdałów. Aha, obowiązkowym elementem są nasączone rumem rodzynki. Osią pozostaje jednak charakterystyczny, chrupiący, posypany skarmelizowanym na patelni cukrem i pokrojony na drobne części naleśnik, który w Austrii zjemy najczęściej jako deser. Nasza wersja to jednak sycący posiłek, dostępny w wielu górskich restauracjach w Alpach.

Bo w górach je się inaczej. Górska kuchnia jest prosta, ale nie nudna, sycąca, choć nie zawsze tłusta, ale przede wszystkim pożywna – bo na wędrówki po górach i jazdę na nartach biegowych i zjazdowych nasz organizm musi mieć siłę. Tak było 100 lat temu i tak jest teraz. Dowód? Proszę bardzo, przygotujcie się na prawdziwą ucztę.

FondueFondue fot. Michał Gostkiewicz

Na stole lądują najpierw deski warzyw – marynowanej kukurydzy, marchewek, panierowanych kawałków kalafiora. Potem koreczki z szynki parmeńskiej. Potem – pokrojone w grubą kostkę kromki świeżego pieczywa. Dalej grzanki z masłem ziołowym. Następnie półmiski z... kawałkami surowego kurczaka i równie surowej wołowiny, garnirowanych owocami. Kolejno kilka mini-palników gazowych. W części bulgocze olej – to do niego włożymy nabite na stalowe widelczyki kawałki mięsa.
Ale najważniejsza potrawa dnia, creme de la creme alpejskiej kuchni, dostępne w Austrii i Szwajcarii, bulgocze wesoło w trzech pokaźnych miskach. Pachnie tłusto, nieco czosnkowo, z solidną domieszką wina. I oczywiście „domieszką” sera.

Fondue

Ten przysmak nad przysmaki, ten koszmar dietetyka, to marzenie każdego miłośnika serów - fondue w restauracji Almhof, położonej malowniczo na stoku w miejscowości Galtur, to jest, wierzcie mi, to, co narciarze i górskie łaziki lubią najbardziej. Bo wyobraźcie sobie, że zdrożeni, zmęczeni, zmarznięci i głodni wchodzicie do gustownie urządzonej górskiej gospody, a przed waszym nosem wesoło bulgocze w garnkach przepyszny, gorący roztopiony ser z winem.

FondueFondue fot. Michał Gostkiewicz

No, to jemy. Maczamy mięso w gotującym się tłuszczu – to również odmiana fondue – tzw. szwajcarskie fondue bourguignonne. Szwajcarsko-austriacka granica jest zaledwie kilka kilometrów od hotelu i restauracji pana Hermanna Hubera, kuchenne wpływy przenikają się więc i wzbogacają. Maczamy też kawałki chleba w gorącym roztopionym serze. Wszystko razem z warzywami tworzy na talerzu kompozycję, której nie oprze się żaden łasuch. Ani każdy, kto kiedykolwiek już skosztował wybornej mieszanki serów (najczęściej ementaler, gruyere i appenzeller) z winem.

FondueFondue fot. Michał Gostkiewicz

Fondue jest aromatyczne i pyszne - właściciel Almhofu postawił sobie za cel dopieszczenie nawet najbardziej wyrafinowanego podniebienia. Mnie „kupił” po pierwszym kęsie. Nic dziwnego, ponieważ ser jest najwyższej jakości – produkuje się go na miejscu przy restauracji.

Wchodzimy do serowej piwnicy i... o mało nie wyskakujemy z niej znów na zewnątrz.

Serowa piwnicaSerowa piwnica fot. Michał Gostkiewicz

Skondensowany zapach różnych rodzajów sera wdziera się w nos, oczy, usta. Dusząca woń prawie odbiera oddech. Staram się cały czas pamiętać, że o ile dziesiątki takich krążków sera niestety tworzą nieznośną atmosferę, to już jeden taki krążek (potrzeba na niego 10 litrów mleka, produkcja jest ręczna, w 1 dzień państwo Huberowie robią 10 serów), podany na stół, zachwyca smakiem.

Inne alpejskie przysmaki

W maju tego roku, na pierwszej wyprawie Traveler Adventure Team, szef kuchni Markus Holzer z górskiej chaty Jora w Południowym Tyrolu we Włoszech uczył nas robić przepyszne knedle i kotleciki. Zapamiętamy je na długo. Teraz do tych delicji dołącza natychmiast fondue pana Hubera z Galtur i Kaiserschmarrn pana Döeberla z Ischgl.

A co jeszcze warto zjeść w austriackich Alpach? To będzie oczywiście subiektywny wybór. Żeby pomieścić wszystkie pyszności, naszemu reporterowi i wyprawie Traveler Adventure Team nie starczyłoby miejsca w brzuchach.

A warto je znaleźć np. na Tiroler Gröstl, czyli zapiekankę z bekonu, cebuli i ziemniaków, która zaspokoi życzenia nawet najbardziej głodnego narciarza. Albo Kasspatzln, czyli kluseczki lub pierożki połączone z pokruszonym serem i zapiekane z cebulką. Albo wreszcie Kiachl, czyli tradycyjne ciasteczko drożdżowe, które można podawać na dwa sposoby: na słono z kapustą lub na słodko z dżemem żurawinowym, posypane cukrem pudrem.

Kuchnia górska – trzeba mieć do niej kondycję

Tyrolska – i szerzej – alpejska kuchnia to prawdziwe kulinarne skarby. Ale uwaga – dobra rada! Potrawy, które znajdziemy w restauracjach na stokach narciarskich, są naprawdę sycące i kaloryczne – w sam raz dla osób aktywnych fizycznie, które poprzez sport i wędrówki po górach będą gotowe na taką obfitą ucztę. Dlatego, zanim usiądziecie do stołu, przed skosztowaniem koniecznie wykorzystajcie możliwości uprawiania sportu, jakie daje Tyrol. A jest ich sporo, sami zobaczcie, o tutaj.

Mamy nadzieję, że podczas czytania tekstu zrobiliście się głodni. Nie ukrywamy – taki był nasz cel: zachęcić Was do skosztowania alpejskiej kuchni, na przykład w tak klimatycznych, charakterystycznych dla regionu knajpkach jak ta w szwajcarskim Samnaun, gdzie z austriackiego Tyrolu możemy dostać się, nie odpinając nart od butów.

***

Wyprawa Traveler Adventure Team jest organizowana przez miesięcznik National Geographic Traveler Polska. Sponsorami wyprawy są Jeep, Victorinox, Varta, Olympus i LG. Partnerem National Geographic Polska na wyprawie jest Gazeta.pl. Relację z wyprawy możecie śledzić na blogu TAT.

Do Ischgl pojechała z nami dwójka zwycięzców konkursu:

Anna Lewańska, fotografka i podróżniczka, Zobaczcie jej zdjęcia i bloga, bo bardzo, bardzo warto.

Łukasz Ciechanowski, który zajmuje się tworzeniem filmów wideo nagrywanych z powietrza za pomocą drona. Jakie filmy kręci? Zobaczcie sami.

Na wyprawie TAT jest też z nami trójka blogerów:

Aleksandra Bogusławska i jej piękne, naprawdę piękne zdjęcia. Jeżeli myślisz o tym, żeby przeprowadzić się za granicę i zamieszkać w jakimś mieście w Europie – zajrzyj do Oli. Na pewno już tam mieszkała przynajmniej kilka dni, albo i lat.

Marcin Mossakowski. Jego blog Livealife.pl został laureatem Podróżniczego Bloga Roku 2013 w konkursie National Geographic. Wejdźcie tam i przenieście się do Ameryki Południowej. Albo do Azji.

Ula Fiedorowicz, czyli The Adamant Wanderer. Adamant znaczy „nieugięty”. Nieugięta podróżniczka Ula robi znakomite zdjęcia, które możecie obejrzeć TUTAJ.