Na schodach olbrzyma

Do doliny Baszil wchodziliśmy w lipcu przez przełęcz Granowskowo (3900 m n.p.m.). Pierwsze lodowcowe plateau udało się osiągnąć w miarę łatwo. Dalej zaczęły się schody

Dosłownie. Czuliśmy się jak na schodach olbrzyma. Jak pokonać kolejny stopień lodowcowych uskoków? Nerwowe poszukiwania, kroki ostrożne z obawy przed ukrytymi szczelinami. Pole minowe. W końcu wróciliśmy do punktu wyjścia. Trudno. Kilkanaście nerwowych minut i znowu płasko. Słońce. Rozprężenie. Nagle noga zapada mi się głębiej niż zwykle. Cofam się i spoglądam w dziurę po bucie. Ciemno i coś pluska w głębinie. Brrr. Szybko wchodzę na ślady prowadzącego. Powinniśmy się związać, ale lina jest daleko w przodzie, w plecaku Grześka. Na szczęście śnieg się kończy. Raki zgrzytają o żywy lód. Tak, naprawdę mam uczucie, że TO żyje. Słychać jakieś szmery, od czasu do czasu głuche tąpnięcia. Czkawka wieloryba? Po lewej stronie w oddali wielkie lodowe bryły - seraki. Błękitne i piękne. Dochodzimy do kolejnego uskoku. Przechodzimy w bok na piarżyste zbocze, ale drogę zagradza strumień. Nie jest szeroki, ale płynie bardzo stromo. Oceniamy - ta woda przewróci, zakotłuje i zapewne zabije każdego, kto postawi w niej stopę. Znowu musimy szukać drogi. Tymczasem dziewczyny biorą się do gotowania obiadu. Grzesiek idzie w górę potoku. Ja - na drugą stronę lodowca. Może tam będzie łatwiej? Idę ostrożnie. Pod nogami mam rzekę wypływającą z lodu, nad sobą spiętrzone czoło lodowca. Balansując na śliskich kamieniach, czuję lodowaty powiew. Zupełnie jak w alejce zamrażarek w supermarkecie. Na szczęście sceneria inna.

Spotykamy się przy garnku gorącego makaronu. Narada. Ze strony, którą ja penetrowałem, nie da rady - lita skała. Liny do zjazdu nie starczy, zresztą jesteśmy tylko zwykłymi turystami. Na szczęście Grzesiek znalazł przejście. Więc idziemy w górę potoku. Jeden długi krok nad rwącą wodą i jesteśmy po drugiej stronie. Trawa, ścieżka, błękitne łaty niezapominajek (zabieram jedną). To już chyba koniec trudności. Koniec tak, ale ścieżki i trawy. Dochodzimy do miejsca, w którym obsunęło się zbocze. Dalej droga wiedzie przez paskudne, świeże rumowisko. Schodzimy wprost do dołu, znów w stronę lodowca. Robi się ciemno, zaczyna padać, grzmi. Nagle słyszymy krzyki Grześka i Kaśki, którzy są nieco wyżej. Kamienie wielkości piłek do koszykówki toczą się w naszą stronę. Wykonuję parę susów do miejsca, w którym (jak sądzę) będę bezpieczny. Odwracam się. Magda kręci się w miejscu, nie może podjąć decyzji. Fatalnie. Z mojej perspektywy wygląda na to, że kamienie przetoczyły się jej po nogach. Lecą następne. Grzesiek próbuje je zatrzymać. Krzyk. Zamieszanie. Błyskawice.

W końcu docieramy do lodowego dna doliny. Jest ciemno, wyciągamy czołówki.

- Nic mi nie jest - mówi Magda. Nikt jej nie wierzy, pewnie jest w szoku.

Rozbijamy się na pierwszej kępie trawy. W namiocie okazuje się, że kamień trafił w menażkę Magdy. Jest o jakieś trzy centymetry niższa, dekiel rozklepany, plastikowy kubek, który był w środku, poszedł w wióry. Menażka była w pokrowcu karimaty przytroczonej pionowo do plecaka, na wysokości uda.

Uff. Było ciężko. Ale teraz idziemy w pełnym słońcu dnem doliny, trawa, kwiaty... Pojawiają się drzewa i strumienie. Mniejsze przechodzimy z marszu (buty i spodnie w taką pogodę za parę godzin wyschną). W radosnym odrętwieniu nie zauważamy, że woda grzmi już nie tylko z prawej strony. Od pewnego czasu potężna odnoga płynie także z lewej. Wpakowaliśmy się w rozwidlenie. Grzesiek jakoś przeszedł. Szykuję się i ja. Rozpinam pas biodrowy (w razie czego można się wyplątać). Idę mocno pochylony, bardzo ostrożnie stawiam stopy, zapierając je o leżące na dnie głazy. Jest tak, jakby grawitacja nie działała w dół, tylko w kierunku przepływu. Spiętrzona o ciało woda sięga kroku. Słyszę toczące się po dnie kamienie! Na szczęście to tylko pięć metrów.

- Niedobrze. Dziewczyny nie przejdą - mówi Grzesiek.

Zawracam, wchodzę do wody. Magda i Kaśka stoją na drugim brzegu. Jakoś do nich docieram, i wcale się nie dziwię, że nie mają ochoty na kąpiel. Kręcimy się bezradnie.

Nagle widzimy, że Grzesiek rozmawia z grupą rosyjskich turystów. Jest ich ośmioro. Dowodzi kobieta w szarym kombinezonie z emblematem szarotki, na pewno mastier sporta. Jest z nimi jeszcze filigranowa istota w bajecznie kolorowym kapeluszu. Reszta to chłopy na schwał. Idą w przeciwnym kierunku, w górę doliny. Po obu stronach naszej przeszkody rosną dwa rachityczne drzewka. Riebiata będą ćwiczyć kolejkę tyrolską. Lina z uwiązanym czekanem przelatuje na naszą stronę. Przywiązuję ją do drzewa. Wszystko idzie błyskawicznie. Człowiek pająk, prawa ręka komendantki z szarotką, przeciąga się na naszą stronę. Lina nośna, lina transportowa - ludzie i bagaże wędrują na odpowiednie strony. Z przeciwległych brzegów robimy sobie zdjęcia. Nie wyślemy, bo nie wymieniliśmy adresów.

Z przygody w dolinie Baszil Magdzie na pamiątkę została spłaszczona menażka. Mnie niezapominajka i pewność, że nigdy nie zapomnę schodów olbrzyma, błękitu seraków i toczących się po dnie kamieni. No i jeszcze to: choć maleńcy - znaleźliśmy drogę i mamy swoje miejsce pośród wielkich gór.

Dolina Baszil to górne piętro doliny Czegiem w środkowym Kaukazie, ok. 50 km na wschód od Elbrusu, po rosyjskiej stronie w republice kabardyno-bałkarskiej.

Dojazd pociągiem Warszawa - Terespol - Brześć - Mineralne Wody - Nalcik (tu trzeba załatwić rejestrację i przepustkę od straży granicznej). Dalej najprościej taksówką lub wynajętym mikrobusem. Potem już tylko piechotą.

Więcej o: