Maoiści i turyści

Pod koniec listopada wybraliśmy się do Nepalu. Po kilku dniach w zatłoczonym Kathmandu pojechaliśmy do Pokhary (200 kilometrów w 8 godzin zdezelowanym mercedesem-beczką). Rozczarowanie. Trafiamy na spore zachmurzenie, nie widać gór. Wyrabiamy więc "trekking permit' na szlak "Annapurna Sanctuary' i wyruszamy do Birethanti. Stąd dalej na piechotę. Po drodze na ścianach domów albo na przyczepionych do drzew kartkach widzimy manifesty maoistów: "yankee go home", "no monarchy, no imperialism" itp. Nocujemy we wsi Tikedungha. Wieczór mija na słuchaniu opowieści gospodarza, emerytowanego żołnierza Ghurków. Łamaną angielszczyzną mówi o partyzantach maoistowskich nawiedzających okolicę. Radzi przygotować ok. 30 dolarów na osobę, na wszelki wypadek. Wyruszamy do Poonhill (3210 m n.p.m.). Następny nocleg w Ghorepani. Rano wycieczka na górę, aby zdążyć na wschód słońca. Po dwóch godzinach oczekiwania, znowu rozczarowanie - chmury. Postanawiamy wracać do punktu wyjścia. Mamy do wyboru tę samą drogę lub nieco dłuższą, przez Ghandruk. Na mapie jej fragment oznaczony jest uwagą: "sugerowany trekking w grupie". Miejscowy przewodnik i tragarz Salem wyjaśnia, że dosyć często zdarzają się tam napady, można się natknąć na posterunki maoistów. Bierzemy go ze sobą jako przewodnika i ani przez chwilę tego nie żałujemy. Docieramy do wsi Ghandruk. Kolejny nocleg i po śniadaniu ruszamy dalej, już bez Salema. Po kilku godzinach (mijamy właśnie sklepik z napojami) siedzący na kamieniu mężczyzna wstaje i zagradza nam przejście. Nienaganną angielszczyzną mówi: - Jestem reprezentantem partii maoistowskiej na tym terenie. Ten region podlega naszej władzy. Aby przejść dalej, musicie zapłacić po 25 tysięcy rupii lub 30 dolarów od osoby, dotacja na rzecz naszej władzy.

Stajemy jak wryci. Patrzę na niego: ortalionowa kurtka, dżinsy, świeżo ogolona twarz. Nie widzę broni. Trzy metry dalej siedzi drugi, z boku stoi właścicielka sklepiku. Sięgam do kieszeni. W tym momencie moja żona zaczyna negocjacje. - Tyle nie mamy. Musimy wrócić do Kathmandu.

Wtrącam nieśmiało: - Możemy dać 20 dolarów.

Żona nie traci głowy i wypala: - Nie ma mowy!

Po pięciu minutach negocjacji staje na 5 dolarach. Proszę o pokwitowanie.

- No problem.

Partyzant wyciąga bloczek i wypisuje imienne pokwitowanie na 5 dolarów.

- Możemy iść? - Tak. Miłego trekkingu.

Odwracamy się na pięcie i ruszamy. Nagle: - Stój!

Partyzant odbiera mi kwit i dopisuje na jego odwrocie: www...

W drodze powrotnej z Pokhary do Katmandu czytam w samolocie miejscową gazetę:

"Dwa dni temu nieopodal miejscowości Ghandruk wojska rządowe zlikwidowały dwóch partyzantów maoistowskich".

Więcej o: