W królestwie gorących źródeł i buddyjskich klasztorów

Kilkanaście minut w gorącej wodzie, potem skok do zimnego górskiego strumienia. Po takim relaksie byłam gotowa na pielgrzymkę do klasztoru w Kotohira

Od kilku miesięcy mieszkam w Tokio, gdzie z wielkim trudem uczę się japońskiego. Zagubiona wśród skomplikowanych alfabetów kanji, hiragana i katakana, zmęczona wielkomiejskim tłumem postanowiłam poszukać tradycyjnej Japonii. Znajomy polecił mi Sikoku - najmniejszą z czterech głównych wysp Kraju Wschodzącego Słońca. Słynie z pięknych skalistych wybrzeży, gorących źródeł, dzikich, niedostępnych gór Iya i ukrytych na ich szczytach osiemdziesięciu ośmiu buddyjskich klasztorów Sinto.

Wyruszyłam wczesnym rankiem pociągiem-błyskawicą Shinkansen. Mijałam malutkie wioski wśród wulkanicznych wzgórz i wielkie miasta: Jokohamę, Nagoyę, Kioto, Osakę, Kobe, Okayamę. W ciągu czterech godzin przejechałam ponad tysiąc kilometrów. Wczesnym popołudniem pociąg wjechał na most Seto Ohasi łączący Honsiu z Sikoku. Nie wierzyłam własnym oczom: lazurowe morze, z którego niczym wielbłądzie garby wyrastały wulkaniczne wyspy, kołyszące się statki i buzująca woda, czyli naruto (na powierzchni 40 m kw. woda wiruje z prędkością 20 km na godzinę).

Mocha koi duszę i ciało

Pierwszy przystanek - nadmorskie miasto Takamatsu, nazywane Shikoku no mon, czyli wrota Sikoku. To tutaj, w klasztorze Yashima-ji, wierni rozpoczynają pielgrzymkę do klasztorów z Sikoku.

Wiedziałam, że muszę zobaczyć park Ritsurin (Ritsurin Koen) z pierwszej połowy XVII w. u stóp góry Shin. Był drugą rezydencją (po niedostępnym, wzniesionym na morzu pałacu Ushitora Yagura) władcy Takatoshi Ikoma. Zielone jeziorka, w których pływają złote i purpurowe ryby, oraz miniaturowe wysepki tworzą bajeczny krajobraz pamiętający samurajów i gejsze.

Kamienny most Tokiwabashi zawieszony nad szmaragdowym kanałem zaprowadził mnie do królestwa zielonej herbaty. W niezliczonych herbaciarniach ukrytych wśród japońskich sosen obserwowałam ceremonię parzenia herbaty Mocha. Przed zaparzeniem wygląda jak sproszkowana zielona farba. W glinianym naczyniu shino rozpuszcza się ją w ciepłej wodzie, mieszając specjalnym bambusowym pędzelkiem, aż do uzyskania zielonej piany. Po kilku minutach uwalnia się niezwykły aromat i smak, który koi duszę i ciało.

Noc w minshuku

Potem udałam się w głąb wyspy, w kierunku gór Iya. Jadąc pociągiem z Takamatsu do Awa Ikeda wąską, pnącą się nad przepaściami drogą, widziałam dżunglę porastającą wulkaniczne wzgórza. Tysiącletnie drzewa, gęste paprocie, skaliste podłoże porośnięte mchem. Miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie o miliony lat i za chwilę nad moją głową przeleci pterodaktyl. Wiele osób, przyjeżdżając do Japonii, odwiedza ogrody Kioto, myśląc, że te misterne mozaiki kamieni, krzewów, sztucznych jezior to japońskie środowisko naturalne. Ale prawdziwa, nietknięta ludzką ręką przyroda jest o wiele piękniejsza, także tajemnicza i dzika.

Wysiadłam na stacji w Awa Ikeda, niewielkiej miejscowości w sercu gór Iya. Najpierw nocleg. W kasie biletowej dostałam adres minshuku, tradycyjnego hotelu. Prawie godzinę błądziłam, nie mogąc trafić pod wskazany adres. Przechodnie bardzo się starali mi pomóc, tłumacząc zawile, w którym kierunku powinnam pójść. Kiedy wreszcie udało mi się trafić, byłam zaskoczona, gdyż minshuku wyglądał jak setki innych domów w okolicy. Przekroczywszy próg, zdjęłam buty - tak nakazują japońskie obyczaje. Na parterze mieściła się recepcja i restauracja, w piwnicy sauna i łaźnia, na piętrach pokoje gościnne. Zdziwiło mnie, że nie dostałam klucza ani numeru pokoju. Pokojówka zaprowadziła mnie drewnianymi schodami na trzecie piętro, odsunęła pięknie zdobione drzwi i pokazała pomieszczenie bez mebli. Klęcząc na macie, zastanawiałam się, gdzie będę spała? O wyznaczonej porze znów zjawiła się pokojówka i przygotowała mi posłanie na podłodze: cienki materac, wełniany koc i twardą poduszkę wypełnioną ziarnami soi. Wyspałam się wyśmienicie.

O świcie dostałam na wielkiej tacy tradycyjne śniadanie: ryż, zupę z soi (miso), surową rybę (sashimi), gotowane na parze warzywa i zieloną herbatę. Takie śniadanie, jak mawiają Japończycy, zapewnia zdrowie i długowieczność.

W siarce po szyję

Z Awa Ikeda wyruszyłam autobusem do Koboke. Tam przesiadłam się do łodzi i popłynęłam do Kazura Bashi, w górę rzeki Iya, wzdłuż skalistego kanionu. Ostre skaliste brzegi pną się wysoko w górę. Gdzieniegdzie ze szczytów spadają białe kaskady wodospadów. Największy i najpiękniejszy z nich - Taki no shiraito - z wielką siłą uderza o taflę rzeki. Po drodze mijałam malowniczą wioskę Oboke. Drewniane i gliniane domy z dachami pokrytymi strzechą przypominały scenerie z filmów o samurajach. Wioska Kazura Bashi słynie ze starego mostu wykonanego z pnączy winorośli, zawieszonego nad skalną przepaścią. Jest on pamiątką po słynnej bitwie między klanami Heike i Genji w drugiej połowie XII w.

We wschodniej części Kazura Bashi znajduje się kompleks gorących źródeł - onsen Hikyu no yu Onsen. Aby skorzystać z ulubionej japońskiej formy relaksu, musiałam najpierw wspiąć się wysoko po skalistych zboczach na górę Hikyu. W ogrodzie na szczycie znalazłam skalne kąpieliska: osobne dla kobiet, dla mężczyzn i dla zakochanych par. Leżąc w aromatycznej, gorącej wodzie, podziwiałam zachód słońca nad ośnieżonymi szczytami gór i podnoszące się mgły w dolinach.

Niedaleko Kazura Bashi znajduje się słynny Iya Onsen. Tym razem, żeby skorzystać z kąpieli, zjechałam kolejką linową w dół potężnego kanionu rzeki Iya. Wśród wapiennych skał i szmaragdowych potoków z głębi ziemi strzelają fontanny gorącej, ostro pachnącej siarką wody, która spływa do wielkich drewnianych wanien. Zanurzyłam się po szyję w wodzie. Oddychałam z trudem, gdyż wydobywające się z niej gazy drażniły gardło i nos. Kilkanaście minut w gorącej wodzie, a potem skok do zimnego górskiego strumienia. Po takim relaksie byłam gotowa na pielgrzymkę do klasztoru w Kotohira.

Świątynia pod strzechą

Klasztor potocznie zwany Kompira-san stoi na szczycie góry Zozusan. Wzniesiono go ku czci bóstw rządzących morzem - Kotohira-gu O-tera.

Do głównej świątyni Okunoyashiro prowadzi 1368 kamiennych schodów. Długą i bardzo wyczerpującą wspinaczkę urozmaicają piękne krajobrazy. Po drodze zwiedziłam Kanamaruza - jeden z najstarszych teatrów kabuki w Japonii, Asahinoyshiro, czyli Świątynie Wschodzącego Słońca, oraz Emado - drewniany hol udekorowany tradycyjnymi japońskimi malowidłami. Na szczycie Zozusan zachwyciła mnie wielka drewniana świątynia z dachem pokrytym strzechą. W środku wśród dźwięków bębnów i zapachu kadzideł modlili się buddyjscy mnisi.

Z Kotohira nocnym pociągiem wróciłam do Tokio. Z ciężkim sercem żegnałam Sikoku, gdzie odnalazłam ukrytą przed cywilizacją tradycyjną Japonię.

Więcej o: