Byłam w łaźni tureckiej

W Turcji trzeba zjeść kebab, zapalić fajkę wodną i pójść do łaźni

- Poczujesz się jak nowo narodzona. Tylko weź kostium - Murat, turecki znajomy, zadzwonił, żeby zaprosić nas do łaźni.

W Alani, najpopularniejszej turystycznej miejscowości na południu kraju, są dwie łaźnie. Kameralną, na peryferiach miasta, prowadzą znajomi Murata - sympatyczne małżeństwo ze szczuplutkim synem o twarzy dziewczynki. Miejsce jest przytulne. W drzwiach powiewają frędzelki, na ścianach wspólne zdjęcia gospodarzy i gości. Przy stoliku kilku mężczyzn pali mocne papierosy.

- Kawa, woda, herbata? - proponują.

Herbata gorąca, Turek w spodenkach do kolan zaprasza do szatni. Dostajemy chusty z materiału w czerwoną kratkę i plastikowe klapki, rozmiar uniwersalny. W sali za szklanymi drzwiami unosi się para i zapach mięty. Kładziemy się na gorącej jak ogień posadzce i odpoczywamy.

- W łaźni, wbrew oczekiwaniom, wcale nie jest tak czysto - dźwięczą nam w uszach słowa Amerykanki z naszego hotelu, która drugi raz z rzędu spędza w Turcji wakacje. Jedno spojrzenie na sufit i już wiadomo, co miała na myśli. Brązowe grzyby są widoczne nawet w słabym oświetleniu. - Przy takiej wilgoci pewnie trudno utrzymać czystość - kwituje moja przyjaciółka.

Chłopak z obsługi polewa nas miseczkami z zimną wodą. Trudno złapać oddech.

- Ty - wskazuje na mnie ręką i idę na pierwszy ogień.

Najpierw piling całego ciała ostrą myjką, potem okładanie pianą. Dużo piany. Turek rzuca mną o posadzkę jak mięsem. Piekielnie gorąco. Czuję się jak kurczak w garnku.

- Wszystko w porządku? Pierwszy raz? - pyta, widząc moją niewyraźną minę.

- W porządku, tylko gorąco - udaje mi się wykrztusić.

- Gorąco? A czego się spodziewałaś? To turecka łaźnia - śmieje się.

Myje mi głowę szamponem bez zapachu. Wcieleniem delikatności to on nie jest. Przyjaciółce zalewa szamponem oko. Musi wyjść, by wyjąć szkło kontaktowe, ale to nie pomaga. Oko jest czerwone i boli aż do następnego dnia. Do tego naskórek zdarty na dekolcie i siniaki na ciele. Cóż, to nie wina pracownika łaźni, że jest delikatna i szczupła...

Na koniec masaż, przed którym wypijamy po szklance zimnej wody. Czekamy nań przy stoliku z grupą Turków. Palą i oglądają telewizję, obok my w ręcznikach, z mokrymi włosami. Żadnych innych kobiet. Nasz "myjący" interesuje się już starszym Anglikiem. Po zabiegu głaszcze go po plecach i całuje w policzek. Panowie najwyraźniej bardzo się lubią.

- Przychodzę tu dwa, trzy razy w tygodniu - zagaduje do nas Anglik.

Masaż to chyba najprzyjemniejsza część wizyty. Kładziemy się na wysokich leżankach. Ale właściciel, ponoć najlepszy, nie będzie nas masował, choć skrycie na to liczyłyśmy. Do przyjaciółki przychodzi jego żona, do mnie - syn, na oko 12-letni. Wszystko jasne: kobiecie należy się kobieta albo dziecko, masażysta zajmuje się mężczyznami (gadają, żartują, zresztą "męski" masaż trwa prawie trzy razy dłużej). Chłopczyk masuje jednak wprawnie, od stóp do głów.

- Powiedzcie coś miłego na pożegnanie - prosi Murat.

- To było niezapomniane przeżycie - mówimy zupełnie szczerze.

Stroje brudne, włosy szorstkie, makijaż spłynął. Koszt imprezy - około 20 euro. Ale przecież w Turcji nie można sobie odmówić wodnej fajki, kebabu i łaźni.

- Byłaś naprawę brudna - kwituje ten od myjki. - Widzimy się za tydzień?

Więcej o: