Wyprawa nie dla każdego: Malediwy z Club Mediteranee

Czy warto tak się starać na tym padole, żeby dostać się do raju? Odpowiadam: warto

Do raju leci się kilkanaście godzin. Wstaje słońce, samolot zniża lot, a morze rozjaśnia się od granatu po lazur. Małe księżyce okazują się wyspami z ciemnozielonym środkiem (palmy), okolonymi białym piaskiem plaż i jasnoturkusowym pasem płycizn. Wysp jest oficjalnie 1192, z czego 200 zamieszkanych. Ale gdy policzyć mniejsze - ponad 2000. Nie wiadomo, gdzie zaczyna się jedna, a kończy druga. Tworzą pasmo długości 800 i szerokości 130 km.

Male na końcu świata

Samolot siada na wąziutkim pasemku lądu. Jesteśmy w Male, stolicy Malediwów, archipelagu na Oceanie Indyjskim. Z perspektywy Europy to koniec świata, z tutejszej - sam jego środek. Tu przecinają się drogi między Indiami i Australią z jednej, a Europą, Azją i Afryką z drugiej strony.

Tętni port. Dziesiątki barek, setki rybaków, tysiące ryb. Chłopiec z wysiłkiem ciągnie za długi dziób wielkiego, srebrzystego marlina. Na horyzoncie złocista kopuła świątyni islamskiej i mniejsza minaretu.

Czarnoskórzy chłopcy walczą o nasze walizki. Ale my mamy już opiekuna z ozdobioną harpunem tabliczką Club Med.

Zaprasza gestem do "taxi", więc toczymy walizki do łodzi jak z bajki. Drewniana barka, z zadaszonym środkiem i ławeczkami o mosiężnych poręczach, ma dziób w kształcie liry i fantazyjnie wygięty ster, z którego wyrasta deska. Tę deskę utrzymuje się we właściwej pozycji... nogą, patrząc w kierunku jazdy.

Bardzo ciepło, ale nigdy gorąco

Nasza wyspa to Farukolhufushi w atolu Kaafu. Ma jakieś półtora kilometra długości i pół kilometra szerokości. Rosną na niej palmy, na których żyją duże nietoperze i małe, kolorowe ptaszki. Jest bardzo ciepło, ale nigdy gorąco. Ożywcza bryza po południu zamienia się w wiatr, który ku wieczorowi przybiera na sile.

Słusznie więc pisał św. Tomasz z Akwinu: "Należy myśleć, że raj znajdował się w okolicy o klimacie bardzo umiarkowanym bądź pod równikiem, bądź gdzie indziej". Miał rację Kolumb, który (z autopsji) zawzięcie polemizował z tymi, którzy twierdzili, że na równiku Ewie i Adamowi byłoby za gorąco.

Najlepsza kuchnia na oceanie

Mieszkamy w bungalowach stylizowanych na miejscowe chaty. Piękne drewniane meble, proste murowane formy, surowe terakoty, plecione maty.

Na wyspie są dwie restauracje. Ogromne, zwieńczone gigantycznym wielospiczastym dachem krytym gontem.

Pewien francuski kucharz powiedział mi, że mają tu najlepszą kuchnię na Oceanie Indyjskim. Faktycznie. Pyszne śniadania, z omletami na sto sposobów, croissantami, talerzami serów, wędlinami. Obfite kolacje, lunche trochę skromniejsze.

W poniedziałek dzień chińsko-japoński. Zajadałem się krewetkami, żeberkami na słodko i wielkim bogactwem sushi oraz - odkrycie! - japońskimi zupami.

Wtorek dzień meksykański: fajitas, nachos, tortillas, wciąż uzupełniane świeżutkie guacamole.

W środę francuska finezja: ślimaczki, żabie udka, pulardy.

W czwartek kuchnia wysp: od olbrzymich łososi po maleńkie smażone sardynkowate, i co za kalmary!

W piątek malediwskie przysmaki, m.in. latająca ryba, którą tego dnia upolowali amatorzy deep sea fishing.

I niezawodna Italia w sobotę: pasty, lasagne, mięsiwa, pizze.

Zawsze po kilkadziesiąt zakąsek, góry wspaniałych warzyw, kilkanaście dań głównych. Do tego najlepsze bagietki świata z własnej piekarni. Leciutkie kremówki, ciasta europejskie, słodycze arabskie i hinduskie, torty, lody, budynie, puddingi. Kosze owoców, o jakich można śnić: ananasy, melony, małe słodziutkie banany, figi, orzechy, mango, granaty, lyches o smaku między winogronem a melonem. Kucharze i cukiernicy z Europy i Azji sami podają swoje dania. Odkroją ci najlepszy kawałek indyka, dorzucą orzeszka na skrawek tortu, pokazują, jak się to wszystko przyrządza.

Tam-Tam i radość życia

Obok 250 gości i dobrej setki obsługi są tu jeszcze tzw. gentle organizers (GO), czyli tabuny młodych z całego świata, których Club Medy przerzucają z miasteczka do miasteczka. Ich zadanie - wyrażać radość życia. Wieczorami zwołują na show, w którym tańczą, śpiewają, odgrywają skecze. Potem zapraszają do dyskoteki, w której sami muszą się bawić.

Taka zawodowa radość życia jest męcząca. Opowiadał mi o tym Tam-Tam z Indonezji, najmilszy z GO-sów, talent komiczny pierwszej wody. Niewysoki, pucułowaty, czarny jak heban. Urodzony klown. Na przykład: na stoliku leżą trzy karty. Przechodzących Tam-Tam zaprasza do gry. - Closer, plus proche (podejdź bliżej), przysuń się, look in my eyes. Wpatrujesz się w jego ciemne, załzawione od śmiechu oczy. Zgadujesz, gdzie jest karta, raz dobrze, raz źle. - Skup się - ponagla Tam-Tam - patrz mi w oczy.

Zaczynasz wygrywać, cieszysz się, wszyscy dookoła chyba też, bo słyszysz śmiech. Wreszcie wygrałeś i odchodzisz, nie rozumiejąc radości, jaką wzbudzasz. Wreszcie zauważasz, że śmieją się z twoich stóp (gołych, bo w raju chodzi się na bosaka, ewentualnie w klapkach). Inny GO ukryty pod stolikiem pomalował ci paznokcie na amarantowo.

Ciągle w ruchu

Powiecie: i to ma być ten raj, skąd wygnano naszych Rodziców? Ot, konsumpcja, głupie żarciki, piwo z winem all inclusive, tyle że pod palmą. Ale jest jeszcze sport, ruch, bez których jedzenie by cię zabiło. Club Med to miejsce, gdzie masz być w ruchu. Na Faru GO-si bez przerwy zachęcają:

U do windsurfingu (uwaga na ostre rafy!); w Club Medach nie ma jednak profesjonalnej bazy, a sprzęt nie jest ostatnio wymieniany;

U do siatkówki - skrzykują się chętni i gracie na piasku, po pięciu-sześciu w zespole;

U do nauki tańca;

U do waterpolo w jednym z basenów w południe (nie gustuję);

U do badmintona - wściekłe mecze;

U o zmierzchu do stretchingu - dobrze zbalansowane rozciąganie na pomoście;

U w nocy do tenisa stołowego (w Polsce sport niedoceniany).

To wszystko jednak, macie rację, tylko wspaniałe wakacje. Na dodatek podszyte fałszem na pokaz. Gdy odwiedzam Tam-Tama w budyneczku (bez klimatyzacji!) w zakazanej dla gości części wyspy, skarży się, że zarabia mniej niż biały kolega z Australii, że w ogóle dostaje grosze. Opowiada, jak tęskni za rodziną.

W koralowym ogrodzie

Czystych duchowych doznań dostarcza noc. Blisko do równika, więc słońce, które wędrowało prosto nad głową, wskakuje około 8 do wody i w mgnieniu oka morze szarzeje, potem rozpływa się w mroku. Można godzinami leżeć i patrzeć w gwiazdy, zwłaszcza że niebo jest niepodobne do naszego. To skłania do zwierzeń, nawet między dziećmi i rodzicami. Ale nie to jest rajem.

Dwa razy dziennie kilka łodzi wypływa na morze. Fale robią się zaskakująco długie i gładkie. Cumujemy po półgodzinie.

Gdy pierwszy raz wchodzisz do wody i otwierasz oczy, to natychmiast je zamykasz. Boisz się, że tego, co widzisz, nie ma.

Wisisz nad głębią, która wciąga bezgranicznym mrokiem. Ale tym, co poraża wzrok, jest góra, która rozcina głębię i kończy się płaskowyżem ledwie przykrytym dwu-trzymetrową warstwą wody. Wpływasz do rajskiego koralowego ogrodu, który porasta ten płaskowyż. Nie jesteś w stanie tego pojąć, nasycić oczu bogactwem kolorów, kształtów, sposobów ruchu.

Ryby w paski, żółte jak kanarek, pływające motyle, ryby bezkształtne (właściwie ohydne, choć w pięknym, purpurowym kolorze), ryby przezroczyste, ryby-węże, koniki morskie, ryby kolczaste, z owadzimi czułkami, ogromne ławice błyszczące na srebrno, ryby w kropy, kropki i kropeczki, okolone płetwami jak welonem, płaskie ryby z dziobkiem, czasem zupełnie białe, ryby z gębą jak smok, ryby koliste, czasem z fałszywym okiem, a czasem bez, ryby nadęte, ryby prastare... Nurkujesz, póki starczy oddechu, wyciągasz rękę, niektóre się płoszą, inne niemal dają się dotknąć (to zakazane). Próbujesz jakoś to sobie uporządkować, zrozumieć zasady, ale kolejny stwór burzy to wszystko, co już zaczęło się układać. Bo nagle widzisz pływającą męską głowę, dostojną, mniej więcej naturalnych rozmiarów (nazywa się Napoleon). Ledwie się nauczyłeś, że średnioduże są zielono-niebieskie i pływają pojedynczo, a tu płynie ich gromadka i są czerwone.

Schodzisz niżej i widzisz odrażający ciemny pysk spod skały. Daleko widać czarny ogon innego stwora, podobnie spłaszczonego, bydlę porusza się i widzisz, że to jedna ryba (murena - tłumaczą ci potem). Potem w wodzie leci coś, co wygląda jak kilkumetrowy motyl z długim ogonem. Jest białe.

Mijasz innych nurkujących (a właściwie snorklujących), tak zakręconych jak ty, często na siebie wpadacie, czasem próbujecie sobie pomóc w poszukiwaniach.

Na krawędzi płaskowyżu ostrożnie wychylasz się, by zajrzeć w otchłań. I podpływa do ciebie żółw wielkości stołu, majestatycznie kręcąc nogami.

Nagle pojawia się rekin, który jest bardzo duży i - żeby tak rzec - zdaje sobie z tego sprawę. Spływa w dół i koczuje, ukryty między skałami i krzakami koralowca. Raz tylko widziałem go w akcji, gdy chłopak z Francji musnął go płetwą. Na parę chwil diabeł wstąpił do raju - rekin zerwał się i zawirował. Natychmiast przestaliśmy cokolwiek widzieć, bo zakurzyło się (nie wiadomo czym, w tym krystalicznym świecie) i poczuliśmy potężne uderzenia wody poruszanej rekinim cielskiem.

- Nurse shark - uspokajał bladego chłopca GO. Ale gdy Francuz doszedł do sobie, skrzyczał go.

Parę razy spotyka nas dodatkowe wyróżnienie. Stado delfinów płynie wzdłuż łódki, ściga się z nami, popisuje przed ludźmi, odwraca do nas "twarze" i najwyraźniej się uśmiecha. Popisują się skokami, tworzą grupowe kombinacje, chcą się zaprzyjaźnić. Nie mają innego powodu, by tak płynąć za nami - nie karmimy ich przecież. U wielu ludzi widziałem tę samą reakcję - wzruszenia ze spotkania tak bliskich nam stworzeń.

PS Strasznie dużo taki raj kosztuje i zapewne trafia doń wielu takich, którzy dorobili się w sposób niekoniecznie zasługujący na nagrodę. Cała wtedy nadzieja w rekinach

Malediwy

Niepodległe od 1965 r. Ludność - ćwierć miliona. Najwyższy szczyt - 4 m n.p.m.

http://www.visitmaldives.com.mv

Więcej o: