Rzym: wszystko jest łaska

Nic, co nam się przydarzy w Rzymie, nie jest zasługą. Wszystko jest łaską - niezasłużoną, do której trzeba dorosnąć.

Po co? Coś okropnego - nic, tylko "po co?". Bezsensowne pytanie, sprzeczne z sednem i sensem. "Po nico" - chciałoby się odpowiedzieć, ale niesłusznie. Bo do Rzymu po coś się przecież jedzie, tylko tego przed podróżą nikt wiedzieć nie może. Owszem, istnieją jakieś preteksty - kongresy, wywiady, spotkania. Albo pielgrzymki, wycieczki czy studia. Lecz rzymskie "po co", czyli to, co się stanie naprawdę, objawia się dopiero na miejscu. "Po co" jest tym, czym jesteśmy po powrocie do domu. Spełnieniem jakiegoś losu, którego zawczasu zdefiniować nie sposób.

Kiedy pierwszy raz pojechałem do Rzymu - był to rok 1978 - myślałem, że moim "po co" jest jego poznanie. Kiedy po raz ostatni - w październiku 2003 - moim "po co" wydawało się czytanie wierszy na dwóch festiwalach poezji. Wyprawy te, a także kilkanaście innych, w niczym nie były do siebie podobne, prócz jednej rzeczy - nigdy nie wyjeżdżałem z niego taki sam, jaki do niego wjeżdżałem. I nigdy nie udało mi się przewidzieć, co mnie tam spotka. Bo Rzym jest jak fortunny, złożony poemat. Prowadzi pewną ręką, lecz zaskakuje. Nie pozostawia chwili oddechu na samozadowolenie.

Pierwszy raz - zmęczenie, rozczarowanie, chaos

We Florencji co krok mamy do czynienia z harmonią - geometryczne pałace, rozsądnie wyprowadzone place. A Rzym zbija z tropu, rozprasza. Co i raz wydaje się, że stajemy wobec czegoś, co można nazwać kwintesencją Wiecznego Miasta, że zaraz wsadzimy palec w jego bolesną czy radosną rozpadlinę, i powiemy: "Tak, to jest to - to jest Rzym, to jestem ja w Rzymie, każdy ma taki Rzym, na jaki sobie zasłużył, zasłużyłem na Rzym i wiem, jakie są moje zasługi". I figa - nic z tego. Nic, co nam się przydarzy w Rzymie, nie jest zasługą. Wszystko jest łaską - niezasłużoną, do której trzeba dorosnąć.

Cóż więc takiego zobaczyłem za pierwszym razem, jakie "po co" objawiło mi się podczas wędrówek i po powrocie? Po pierwszej wizycie na to pytanie nie umiałem sobie odpowiedzieć. Pojechałem do Rzymu z oddalonej o jakieś 200 kilometrów Sieny, gdzie odbywałem kurs włoskiego. Wygospodarowałem trzy dni, pieniędzy miałem ledwo tyle, żeby nocować na podrzymskim kempingu Tiber. Nie znając jeszcze cnoty cierpliwości ani reguły dochodzenia do sedna przez przypadek (miałem 18 lat, na Boga!) naniosłem na plan kilka punktów: Święty Piotr, Koloseum, Forum Romanum, Kapitol, Villa Borghese, św. Jan na Lateranie, św. Paweł za Murami, Santa Maria Maggiore... Plan wykonałem w stu procentach. Zobaczyłem wszystko, co przykazały mi ptaszki na planie. Biegałem z wywieszonym językiem, od miejsca do miejsca, i powtarzałem sobie w myślach niczym zaklęcie: u świętego Piotra zobaczyć Pietę, przystanąć na placu, żeby skonstatować doskonałość kopuły Michała Anioła, ogarnąć wzrokiem kolumnadę Berniniego, stwierdzić, czy kolumny ołtarza warte były oskubania starożytności z brązu, z którego odlano je dla papieży. Tu zobaczyć mozaikę, tak posadzkę, gdzie indziej fresk Giotta ze św. Franciszkiem...

Byłem jak terminator przestrzeni - odhaczałem obiekt za obiektem, nazwę za nazwą. Żadnego siedzenia przy fontannie, żadnego wytchnienia, żadnego skoku w bok od wyznaczonej marszruty. Marsz, marsz! "Kto tam znów rusza prawą?! Lewa, lewa!...".

Zmęczenie, rozczarowanie, chaos. Takie "po co" objawia się z wypraw po Rzymie, kiedy zakłada się "po co" z góry. Zamęt, zgiełk, niesmak - to słuszna zapłata za pychę. Za zapomnienie, że Rzym jest nie planem, lecz łaską - darem niezasłużonym, niewymuszonym przez oczekiwanie.

Dwa dni z księdzem Markiem - chaos scalił się w jedno

Kolejna okazja trafiła mi się trzy lata później. Michał Janocha, student ATK, mój najbliższy wówczas przyjaciel (obecnie ksiądz, wybitny historyk sztuki), został zaproszony na półtora miesiąca do Rzymu przez rektora Polskiego Kolegium Papieskiego na Awentynie Józefa Michalika (obecnie arcybiskup). Wizyta miała być połączona z malowaniem ścian kolegium na Piazza Remuria i porządkowaniem biblioteki. Zapytał rektora, czy może przyjechać ze mną. Nasze dni toczyły się ustalonym rytmem - rano pomagaliśmy przy remoncie, a po południu zwiedzaliśmy Miasto. Podczas posiłków przysłuchiwaliśmy się rozmowom wybitnych kapłanów, jak ks. Maliński (już wówczas otoczony sławą przyjaciela Papieża), ks. Marek Starowieyski, wybitny patrysta, znawca Rzymu, zwłaszcza jego starożytności chrześcijańskich. Do dziś nie rozumiem, skąd wybitnym i zajętym ludziom przytrafia się ochota, żeby poświęcić dwa dni na oprowadzanie nieznanych sobie młodzieńców. Jednak fakt faktem, ks. Starowieyski zabrał nas na dwie wyprawy po mieście. Złożyły się one na jedną z najważniejszych lekcji życia, piękna i sztuki, jakie kiedykolwiek odbyłem.

Santa Sabina, Sant'Alessio, Sant'Anselmo... Pamiętam, jak wygasał w nim animusz w miarę, jak dochodziliśmy na szczyt małego Awentynu do jednej z największych, a równocześnie najbardziej dyskretnych turystycznych atrakcji Rzymu, jakim jest "er buco", czyli dziurka od klucza w bramie klasztoru kawalerów maltańskich. Tak, wyraźnie nie lubił wytartych turystycznych szlaków. Ale cóż - zaliczyliśmy i to. Udało nam się, ze stosunkowo niewielkim poczuciem winy, zerknąć przez otwór w bramie na korytarz drzew prowadzący kuglarską perspektywą na drugą stronę Tybru, na kopułę świętego Piotra.

Żeby zrozumieć, dlaczego elegancki salonik placu kawalerów maltańskich z widokiem przez dziurkę od klucza wydał mi się nieuchronnie załamaniem stylu, trzeba zdać sobie sprawę, że doszliśmy do niego po wielogodzinnym wykładzie o tym, jak starożytne motywy życia natury przeszły w chrześcijańskie motywy życia wiecznego, po wykładach symboliki winorośli na ołtarzach i fal na sarkofagach. Byliśmy już po dłuższym przystanku w Ostii, gdzie ksiądz Marek wyjął "Wyznania" św. Augustyna i przeczytał nam fragment o spotkaniu ze świętą Moniką, jego matką. Co więcej - lektura odbyła się dokładnie w tym samym miejscu, w którym doszło do tego spotkania...

Dzięki księdzu Markowi, który ofiarował nam bezpłatne i najbardziej kompetentne przewodnictwo po mieście, jakiego za żadne pieniądze nie kupilibyśmy w żadnej agencji i u żadnego przewodnika, Rzym, który był dla mnie wcześniej chaosem, scalił się w jedno. Stał się miejscem rozumnych spotkań Najświętszej Marii Panny z Minerwą, na gruzach której wzniosła swoje świątynie, rozmów wszystkich świętych pogańskiego Rzymu ze Wszystkimi Świętymi z chrześcijańskiego już Panteonu. Kto wie, czy nie najbardziej wstrząsającym i najbardziej scalającym wydarzeniem nie była wizyta u świętego Klemensa, zejście do głębi ziemi przez warstwę XII-wieczną do warstwy z IV stulecia, aż po zakopaną ulicę z I wieku, z mieszkaniem żołnierza, który urządził sobie kapliczkę Mitry.

I powiem więcej - dobrze, że były to tylko dwa dni z księdzem Markiem. Na przyjęcie większej ilości wrażeń i wiedzy nie było mnie stać. I dobrze, że Michała - niestrudzonego pożeracza rzymskości - udawało mi się czasem namówić na spacer bez celu, włóczenie się po uliczkach, przesiadywanie na tarasach. Strata czasu? Wcale nie. Obrazki zwykłych ludzi, kłócących się, zapracowanych. Wielka szansa na zrozumienie, że rzymski tłumek to nie tylko księża, ale i zwykli chłopcy. A również artystyczne, szczęśliwie bezprzewodnikowe zaskoczenie - idziesz sobie i nagle bęc! Jak pałą po głowie dostajesz nieoczekiwaną ulicą lub skwerem, który otwiera się na prawo czy lewo.

Petrarka i Pasolini - przygoda z poezją

Było jeszcze wiele moich wizyt w Rzymie i każda łączyła się z jakimś "po co", które uświadamiałem sobie dopiero pod koniec pobytu lub po powrocie do domu. I każde "po co" jakoś zawsze pozostawało w związku z tym, kim byłem w tamtej chwili w Rzymie. Pamiętam wizyty jasne i mroczne, wizyty pełne ludzi i samotne. Pamiętam... No właśnie, dlaczego nie miałbym opowiedzieć o tak osobliwej przygodzie...

Niezwykle ważnym etapem moich przygód z Rzymem była poezja. Wspomnę o kilku epizodach poetyckich, które pokazują pewien rodzaj zaskoczenia, jakiego Rzym może stać się autorem. Po pierwsze - Petrarka. Dzielę się tu po raz pierwszy swoim przekładem sonetu XIV, który dobrze pokazuje różnicę pomiędzy "po co" zamierzonym a "po co", jakie w Rzymie wdziera się swoją prawdą obok naszych założeń.

Siwy mężczyzna odchodzi z krainy,

w której spokojnie starości dożywał,

a w ślad za ojcem, którego ubywa,

podąża wzrok przerażonej rodziny;

ledwie do marszu podrywa swe boki,

do kresu życia się wlokąc powoli,

nie siłą mięśni, lecz uporem woli

zmęczony życiem stawia chwiejne kroki;

do Rzymu zmierza z ogromnym pragnieniem,

by ujrzeć jeszcze wizerunek tego,

z którym nadzieję ma spotkać się w niebie.

Równie zmęczony, upartym spojrzeniem

próbuję dojrzeć u kogoś innego

rysy, co tylko należą do Ciebie.

Starzec idzie do Rzymu, żeby zobaczyć wizerunek Chrystusa, a Petrarka (żadne tam ja liryczne!), widząc go, pielgrzymuje w myślach do ukochanej kobiety. Taki jest ten Rzym - wyruszasz w pielgrzymkę, a zdobywasz miłość. Idziesz po kobietę, a znajdujesz Boga. Czytasz wiersz, a trafiasz na cmentarz. No właśnie... Poemat Pier Paolo Pasoliniego "Prochy Gramsciego" przeczytałem jednym tchem. Pod poematem zobaczyłem przypis, który wyjaśniał, że Antonio Gramsci, święty komunista, leży "w cudzoziemskim ogrodzie", czyli na cmentarzu przy piramidzie Gajusza Cestiusza, i że cmentarz ten nazywa się cmentarzem innowierców albo cmentarzem Anglików. Cóż, wiedziałem o piramidzie, ale nie wiedziałem o cmentarzu. Kupiłem więc książkę i poszedłem. I jeśli zechciałbyś pójść moimi śladami, Czytelniku, to z miejsca, w którym patrzyliśmy przez dziurkę od klucza, skieruj się na dół, wzdłuż via di Porta Lavernale, w kierunku Piazzale Ostiense. Zobaczysz tam piramidę, lecz nie zajmuj się nią długo. Poszukaj wejścia na cmentarz cudzoziemców. Nie dość, że zobaczysz rzymskie Powązki, to zyskasz okazję, by podumać nad grobami rosyjskich arystokratów, a także nad grobem Johna Keatsa i Percy Bysshe Shelleya. Wspomnij też niżej podpisanego, który przed grobem Gramsciego tłumaczył poświęcony mu poemat Pier Paolo Pasoliniego. A jeśli wspomnisz Pasoliniego, to wróć kawałek w kierunku kawalerów maltańskich, na Largo Gelsomini skręć w lewo, w via Galvani, i przejdź się do miejsca, gdzie Pasolini mieszkał i gdzie do dziś Rzym tętni wesołością najbardziej zwykłych, ubogich i wesołych swoich mieszkańców.

... na viale Marconi,

na dworcu Zatybrza, wieczór

wydaje się pogodny. Na swoje terytoria,

na swoje przedmieścia, w roboczych

kombinezonach, drelichach, gnani

świątecznym żarem, wracają motorowerami

chłopcy z przyjaciółmi na ramach,

roześmiani, brudni. Ostatni klienci

rozmawiają głosami, które nocą

rozbrzmiewają donośnie, stojąc przy stolikach

rozświetlonych jeszcze i prawie pustych lokali.

Wspaniałe i nędzne miasto,

któreś mnie nauczyło tego, co weseli i dumni

mężczyźni poznają jako dzieci...

Miasto nocy, cienia. Miasto, które sam Pasolini poznawał łapczywie i gdzie znalazł łapczywą, niepiękną śmierć. W Ostii, na śmietniku, nieopodal miejsca, gdzie święta Monika rozmawiała ze świętym Augustynem.

Miasto, w którym wszystko się miesza ze wszystkim. Miasto kotów i psów, które na Zatybrzu wygrzewają się, opierając na sobie mordki.

Więcej o: