Yunnan, czyli rozkosz dla oczu

Pospieszcie się z podróżą do Yunnanu. Lada chwila tamtejsza cudownie archaiczna wieś ubierze się w dresy i zamieszka w domach-klockach

Pakując się w listopadzie, nie wiedziałam, czy brać kostium kąpielowy, czy puchówkę? Przydały się oba stroje. Yunnan, prowincja na południowym zachodzie Chin, graniczy z jednej strony z Tybetem (podnóże krainy lodowców i ośnieżonych pięciotysięczników), z drugiej - z Birmą i Laosem (parno i wilgotno).

Od zielonego Kunmingu do starego Dali

Wystarczy wsiąść do autobusu, by znaleźć się w kadrze filmu z serii "National Geographic" - w towarzystwie powracających z targu kobiet w turkusowych lub granatowych zapaskach, kaftanach, srebrnej biżuterii i haftowanych, wymyślnych nakryciach głowy: od czepców przez turbany, po dziwne, piętrowe konstrukcje. W Yunnanie poza Chińczykami, czyli Hanami, mieszka 25 innych narodowości, m.in. Naxi, Bajowie, Yi, Miao, Bulang, Tybetańczycy. Stanowią połowę mieszkańców 43-milionowej prowincji. Narody te miały niegdyś swe królestwa, opierały się armiom chińskim, po wiekach walk uległy i uciekły w góry (gdzie Chińczycy, ludzie dolin, nie lubią się zapuszczać).

Autokar pędzi górskimi drogami. Za oknem przesuwają się wsie. Domy z niewypalanej cegły albo drewniane. Żółte, zielone, czarne, bądź kamienne okiennice. Co mniejszość, to inny styl i kolor. Kraina Bajów jest niebieska, Naxi naszywają hafty na białe ubrania, kobiety Yi mają na głowie nieprawdopodobne czarne welurowe motyle, Dai - czarne turbany.

Yunnan to paleta kolorów z przewagą brązu domów, żółci kukurydzianych kolb schnących na dachach, zieleni krzewów herbacianych i lazuru górskich jezior. Wiosną zielone zbocza pokrywają się fioletowymi i różowymi kwiatami, nad którymi unoszą się roje motyli.

Podróżowanie po Yunnanie jest rozkoszą dla oczu, a jednocześnie nie grozi już zwichnięciem biodra na wybojach. Władza postawiła na turystykę i buduje wygodne drogi. Od zielonego Kunmingu, stolicy prowincji, do starego Dali (yunnański Kazimierz i Zakopane w jednym) w jej centrum, dojeżdża się w kilka godzin szerokim highwayem.

W królestwie Bajów

Stare Dali (po chińsku Dali gucheng), dawna stolica królestwa Bajów - dziś już tylko ich okręgu autonomicznego - wygląda jak wycięte ze starej ryciny. Leży na wysokości 1900 m, zamknięte bramami i murami obronnymi, na tle góry Zhonghe i jeziora Er Hai. Wąskie, brukowane uliczki, drewniane domy o wygiętych dachach krytych szarą dachówką. Czerwone, rzeźbione drzwi i okiennice. Można zajrzeć w głąb labiryntu wewnętrznych podwórek. Nikt nie wygania. Przeciwnie, zapraszają mnie do środka i częstują pomarańczami.

Wystarczy zasiąść przy niskim stoliku w którejś z licznych jadłodajni, zamówić zieloną herbatę (mówiąc albo pokazując nawet na migi: proszę o wrzątek, no i dosypcie tam trochę tych listków), czy niezłe piwo Tsingtao, by chłonąć odwieczny spektakl życia miasteczka. Chłopki Bai w niebieskich zapaskach i granatowych czapkach z daszkiem niosą na targ kosze owoców. Muzułmańscy właściciele restauracji ćwiartują barany. Kobiety myją i farbują włosy przy chodniku. Lekarze w wysokich czepcach udzielają konsultacji na ulicy, w sąsiedztwie sprzedawców rodzynek i fig. Egzotyka miesza się z nowoczesnością. Za jedną z babć sprzedającą naleśniki na ostro z cebulką zauważyłam bankomat (- Niech żyje globalna cywilizacja! - krzyknęłam, bo byłam akurat spłukana), a nieco dalej - nowiutki telefon Alcatela.

Pierwszego wieczoru poznałam w kawiarni dwudziestolatka z Tokio. Mieszka tu już od roku, wypił hektolitry yunnańskiego piwa.

- Co tu robisz? - spytałam.

- Uczę się grać na gitarze - odpowiedział, brzdąkając wciąż te same trzy akordy.

Dali to mekka artystów i inteligentów uciekających z azjatyckich metropolii. Widać też wielu turystów z plecakami i egzemplarzem "Lonely Planet" w ręku. Mają nawet swoją ulicę, zwaną Ulicą Cudzoziemców. Można się nabijać, że jadą taki szmat drogi, by zamieszkać w hostelu z internetem, zajadać na śniadanie płatki na mleku, a na kolację pizzę. Ale to dzięki cudzoziemcom miasto ma czyste kibelki (choć trzeba w nich kucać), co krok wypożyczalnie rowerów i minibusów oraz kafejki internetowe. Dzięki licznym pensjonatom Dali stało się bazą wypadową do górskich wiosek. Tu można skonsultować każdą trasę i znaleźć taniego przewodnika.

Tuż za miastem wznoszą się słynne trzy pagody (najstarsza z IX w.). Wyglądają jak z kości słoniowej i lśnią na tle gór. Fotografowali się w tym miejscu chińscy przywódcy: Mao, Deng i Jiang. Możemy i my, ale nie warto w tym celu kupować drogiego biletu wstępu (kilka dolarów, cena wciąż rośnie).

Nie wolno za to przegapić targu za murem okalającym pagody. Niebiesko przed oczyma - modlą się stare kobiety Bai. Ustawione naprzeciw siebie w dwuszeregu uderzają rytmicznie w malowane na czerwono pałeczki i recytują mantry.

Za jedną z bram miejskich mijam szyld "Dom Publiczny Cherry'ego Li" . W rzeczywistości to tylko bar, więc śmiejemy się z efektów słownikowego tłumaczenia.

Konnym powozikiem z aksamitnym, czerwonym baldachimkiem dojeżdżam do wyciągu krzesełkowego na górę Zhonghe. Stąd jest wspaniały widok na miasto i jezioro. Inny powozik zabiera mnie nad samo jezioro Er Hai.

Tam można wsiąść na statek i płynąć leniwie cały dzień od wyspy do wyspy, od świątyni do świątyni, zaliczając po drodze obiad z wielu dań i zaprzyjaźniając się z załogą. Na brzegu niezwykły widok - rządkiem siedzą na łodzi kormorany ćwiczone do połowu, z obręczą na szyi, by nie połknęły ryby.

Można zamiast bryczki wynająć rower i w jeden dzień objechać jezioro dookoła. Nie ma dnia, by w którejś wsi nie natrafić na barwny targ. Dusza boli, że nie da się kupić wszystkich cudownych starych haftów, strojów i batików, choć miejscowi sprzedają je za półdarmo.

Lijiang, czyli Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka

Z Dali ruszam na północ do starego Lijiangu (czytaj Lidziang), yunnańskiej Wenecji. Kamienne miasteczko poprzecinane rzeczkami, w tle ośnieżony pięciotysięcznik. Po kamiennych mostkach i drewnianych kładkach można wędrować od knajpki do knajpki. Błądząc wąskimi brukowanymi ulicami, zaglądam przez szeroko otwarte okna w głąb warsztatów krawców, garbarzy, szewców. Mijam siedzących na progach właścicieli sokołów, którzy karmią ptaki surowym mięsem.

W Lijiangu warto się zatrzymać w jednym z hotelików przerobionych ze starych domów Naxi, na kolację zamówić u gospodyni pyszne miejscowe dania, a wieczorem pójść na koncert muzyki z czasów dynastii Han, Tang i Song w aranżacji miejscowej sławy kompozytora Xuan Ke, zarazem konferansjera (niestety, rozśmiesza widownię po chińsku). Na starochińskich instrumentach grają dostojni starcy z białymi brodami.

Nad Lijiangiem unosi się Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka, inaczej Satseto (5500 m n.p.m.) i najwyższy krzesełkowy wyciąg w Azji, który wywozi chętnych na wysokość 4506 m n.p.m., gdzie palacze, którym brak tchu, kupują zasobniki z tlenem. Stąd ma się rozległy widok na lodowce. U stóp góry rozciąga się wioska Baoshe, niegdyś stolica królestwa Naxi. Dziś kury i kaczki rozgrzebują trawnik wokół drewnianego pałacu i pagód z freskami. Nieopodal na podróżnych czeka słynny doktor Ho, założyciel Kliniki Chińskich Ziół na Śnieżnej Górze Nefrytowego Smoka. Zapewnia mnie, że potrafi wyleczyć najcięższe choroby herbatką z ziół i pokazuje listy od wdzięcznych pacjentów z całego świata. Gdy spytałam, czy jestem pierwszym gościem z Polski, sędziwy dr Ho przyniósł zeszyt cały zapisany przez Polaków i dwa artykuły z polskiej prasy sprzed wielu lat. Pospiesznie zapewniłam go, że jestem zdrowa i ruszyłam w tutejsze góry, by odszukać tybetańskie świątynie uszkodzone, ale nie zniszczone, trzydzieści lat temu przez czerwonogwardzistów Mao.

Świńskim korytem od wyspy do wyspy

Siedząc na słońcu w którymś z miejscowych hosteli możemy zaplanować wycieczkę do wąwozu Skaczącego Tygrysa, jednego z najgłębszych na świecie. Różnica wysokości od dna doliny po szczyt zboczy wynosi 3900 m. Dołem płynie spieniona Jangcy.

Można też wcisnąć się do często kursującego autobusu i ruszyć do Zhongdian, tybetańskiego miasta z 300-letnim klasztorem Ganden Sumstelling Gompa, w którym przebywa 600 mnichów.

Ja pojechałam w przeciwną stronę, do granicy Syczuanu, nad jezioro Lugu Hu.

Zamieszkałam na wysokości 3000 m w drewnianym domu nad turkusowym jeziorem. Rano wynajmowałam łódź wydrążoną z jednego pnia drzewa, którą miejscowy lud Mosu nazywa "świńskim korytem". Pływałam od wyspy do wyspy odwiedzając wioski.

Mosu zadziwiają całkiem niechińską swobodą obyczajów. W tych oddalonych od świata stronach utrzymał się starodawny matriarchat - to dziewczyna wybiera chłopaka. U Mosu wszystko jest proste: chłopak, rozochocony tańcem, skrobie lekko dziewczynę palcem w spód dłoni z niemym pytaniem - "co ty na to?". Jeśli i ona ma chęć, odpowiada tym samym. Zabiera go do domu, ale tylko na noc, w dzień ukochany wraca do mamy. Związku oficjalnie nikt nie ogłasza. Gdy dziewczyna ma dość wybranka, bierze sobie następnego. A jeśli urodzi się dziecko, należy do matki i tylko do niej. Wszystkich mężczyzn w wiosce będzie nazywało wujkiem.

Śmigus-dyngus w dżungli

Zapędzając się jeszcze bardziej na północ, można trafić do Tybetu. Można też powrócić do Kunmingu - stolicy prowincji - i jej zielonych bulwarów, by stąd pojechać na południe Yunnanu (w zupełnie innym typie), do regionu Xishuangbanna na granicy z Laosem i Birmą. Warto zjawić się w kwietniu, by zobaczyć śmigus-dyngus - kilkudniowy festiwal, któremu towarzyszą wyścigi łodzi, puszczanie balonów, targ, tańce i swawole. W tej części Yunnanu jest dżungla z tygrysami, lampartami i małpami. Atrakcją są wioski nad Mekongiem zamieszkałe przez wiele mniejszości nie-chińskich (główna mniejszość w okręgu Xinshuangbanna to Daiowie, krewni Tajów z Tajlandii), liczne buddyjskie świątynki w dżungli, a na deser rezerwat dzikich słoni, w którym można spędzić noc w wyściełanych - dla wygody turystów - konarach drzew.

Naprawdę warto się pospieszyć, by to wszystko zobaczyć, zanim Yunnan poprzecinają autostrady.