Algieria: Sahara - Morze piasku

Na turystycznej mapie świata Algieria stanowi białą plamę. Ale to, że nie ma tam tak wielu turystów, to zarazem główny urok tego kraju.

Dziwne to uczucie, gdy dzieciaki wytykają mnie na ulicy palcami, a dorośli bacznie obserwują każdy mój krok. No cóż, w otoczonym piaskami Tamanrasset szukający atrakcji biali turyści sami stają się atrakcją. W spojrzeniach miejscowych nie ma jednak wrogości, wręcz przeciwnie. To raczej ciekawość, z którą łączy się okazywana na każdym kroku gościnność.

Większość tutejszych mieszkańców stanowią typowi Tuaregowie. Ubrani w charakterystyczne błękitne szaty (dlatego właśnie niektórzy nazywają ich "błękitnymi ludźmi"), z turbanem na głowie, różnią się od Algierczyków, których spotykałam w okolicach Algieru. Algieria to ogromny kraj - w położonej ponad 1,5 tys. km na północ stolicy często trudno odróżnić miejscowych od Europejczyków (modnie ubrani, nowocześnie myślący, są to często blondyni o niebieskich oczach). Ale im dalej w głąb Sahary, tym twarze ciemniejsze, wysmagane przez pustynne wiatry. - Praktycznie wszyscy Algierczycy to Berberowie. Ale choć każdy Tuareg jest Berberem, to nie każdy Berber jest Tuaregiem - robi mi namiastkę wykładu etnograficznego szef hoteliku, w którym zamieszkuję.

Snuję się po labiryncie wąskich uliczek Tamanrasset. - Tagalasah! - słyszę w pewnym momencie. To w dialekcie Tuaregów "dzień dobry". Spotkane dzieciaki ciągną mnie za ręce do domu. Siadam z nimi na podłodze, na dywanie, gospodarz przynosi nieco lepką szklaneczkę z miętową herbatą. Atai - tak się nazywa - jest bardzo słodka, ale mimo że przyprawia mnie o mdłości (nie wiem, czy ta słodycz, czy niedomyte naczynie), w imię dobrych kontaktów dzielnie ją wypijam.

Mohammed, bo tak nazywa się gospodarz, idzie ze mną na bazar. Wyraźnie jest dumny, że stałam się jego koleżanką. Wszystkim opowiada, że jestem z Polski, choć nikomu to nic nie mówi. Większość handlujących to przybysze z Nigru lub Mali - do granicy z każdym z tych państw jest jakieś 350 km, jak na tutejsze warunki przysłowiowy rzut beretem.

W miasteczku trwają przygotowania do święta. Przy płotach "parkują" wielbłądy, uliczne murki obsiedli mężczyźni, natomiast ubrane w kolorowe odświętne suknie kobiety, z obowiązkowo zasłoniętymi chustami włosami, tłoczą się na przeciwległym poboczu. Wszyscy przyszli na główną ulicę oglądać paradę. Wreszcie - zaczyna się. Słychać bębny, jadą na swoich dromaderach dumni nomadzi, defilują przedstawiciele kolejnych klanów, co jakiś czas rozlegają się strzały na wiwat. Tak przez jakieś dwie godziny; potem wszyscy idą na pobliski jarmark. Można kupić zarówno tuareską biżuterię, jak i siodło na wielbłąda. W ciągu trzech dni trwania festiwalu największą atrakcją są jednak wyścigi wielbłądów (jeden z ulubionych sportów w krajach arabskich). Dromader-czempion to szczyt marzeń każdego tutejszego mężczyzny.

Tanio, przyjemnie,ciekawie

Długie lata wojny domowej sprawiły, że nie kojarzy się Algierii z bezpiecznymi wakacjami. I choć krwawe lata to już przeszłość, trudno zmienić niekorzystną opinię. Dużo krzywdy czynią szukające sensacji media, które, jak się nie raz przekonałam, podają często nieprawdziwe lub przejaskrawione informacje. Ja z każdej mojej podróży po Algierii wracałam zauroczona - zarówno tym, co można tam zobaczyć, jak i ludźmi. Nawet nieznajomość francuskiego, a tym bardziej - arabskiego, specjalnie mi nie przeszkadzała. Plusem są ceny - bardzo atrakcyjne dla przybyszy z Europy. Co ważne - nie spotkałam się tu z żadnym zawyżaniem cen "jak dla białych", wyciąganiem ręki po pieniądze za zdjęcia, oszustwami w wydawaniu reszty, wymuszaniem napiwków. Nigdy też nie zdarzyły mi się w Algierii niebezpieczne sytuacje - jeżeli podróżowałam w pojedynkę, zawsze mi pomagano i to zupełnie bezinteresownie (mało tego - nieraz bywało, że nie brano ode mnie pieniędzy np. za bilety autobusowe czy drobne zakupy). A minusy? Podstawowym problemem w podróżowaniu po Algierii jest brak dostatecznej informacji turystycznej. Nie licząc źródeł francuskojęzycznych, to także jeden z nielicznych krajów, na temat którego nie udało mi się zdobyć żadnego przewodnika.

Pustynne morele

W przeciwieństwie do północy Algierii, gdzie ze względu na dobrze rozwinięty i tani transport (nawet przeloty są tu w bardzo przystępnych cenach) nie ma problemów z podróżowaniem w pojedynkę, w głębi Sahary raczej nie ma wyboru - żeby zobaczyć cokolwiek poza miastami, trzeba podłączyć się pod jakąś grupę. Tamaransset, stolica regionu Hogar, to zarazem turystyczna stolica algierskiej Sahary. Stąd właśnie wyrusza się jeepami na zwykle kilkudniowe safari.

Myli się ten, kto uważa, że Sahara jest monotonna. Każdy dzień to inne krajobrazy. Podczas wędrówki przez piaszczyste wydmy wprawdzie ją przeklinamy (żar się z nieba leje, a nam zachciało zobaczyć położoną na odludziu wioskę), ale już podczas zachodu słońca, kiedy te same wydmy stają się czerwone, a wokół nas nie widać żadnych oznak cywilizacji -jesteśmy nią oczarowani. Zaliczamy piaskową burzę i zakopanie się w piachu naszego samochodu. Mamy też okazję przesiąść się z jeepa na garbusy - mowa oczywiście o wielbłądach. Jak się okazuje - wielbłądy wcale nie mieszkały tu "od zawsze". Dowodem tego są prehistoryczne naskalne rysunki, na których można dostrzec... konie. - Kiedyś było tu chłodniej, więc były konie. Ale kiedy tereny te wysuszyły się, sprowadzono z Azji wielbłądy - opowiada Ahmed, przewodnik.

W położonej nieopodal wiosce na 200 mieszkańców przypada 140 wielbłądów. Oprócz dromaderów hoduje się też kozy i owce. W przeciwieństwie do centralnej Sahary, gdzie wodę czerpie się z ponad 100-metrowych studni artezyjskich, tutaj woda jest stosunkowo płytka, niecałe 16 m. Pozwala to na całkiem nieźle funkcjonujący system nawadniania i uprawę kukurydzy, zbóż, ziemniaków, a nawet drzew owocowych (dostajemy morele prosto z drzewa). Jednak poza oazami z roślinnością jest ubogo. Nie znaczy to jednak, że nie ma jej wcale. Tu i ówdzie spotykamy kolczaste akacje, choć najczęściej widzimy tzw. krankę. - Dla wielbłądów jest ona trująca - mówi Ahmed. - One dobrze o tym wiedzą i nawet jej nie ruszają...

Kurhan królowej

Jak miło w 50-stopniowym upale położyć się pod palmą... Pora na lunch - na rozłożonym dywanie pojawiają się talerze z naleśnikami z warzywami, nazywane elftat i kawałki mięsa kozy (nie ma sztućców; je się rękami). Na deser - słodkie daktyle. - Dżoodi - uczę się kolejnego tuareskiego słowa, znaczącego "dziękuję".

W takim gorącu nawet jeść się nie chce... Najważniejsza jest woda. Początkowo z obrzydzeniem reagujemy na podwieszoną na zewnątrz naszego jeepa wyprawioną kozę - służącą jako bukłak. Wkrótce jednak się przekonujemy do tego patentu - działa to jak termos, w związku z czym zawsze mamy pod ręką zimną wodę, niczym z lodówki. Równie szybko zmieniamy zdanie na temat turbanów. Długi zawój motany na głowie i wokół szyi najpierw wywołuje zwykle objawy współczucia, że trzeba coś takiego nosić. Przyśpieszony kurs wiązania turbanu traktujemy jako dobrą zabawę, robimy sobie turbany w celach sesji zdjęciowych, aż w końcu odkrywamy atuty jego noszenia na stałe. Po obiedzie ciąg dalszy zwiedzania - jedziemy zobaczyć wielki kurhan. Tak naprawdę to pochodzący prawdopodobnie z IV wieku grobowiec Tinhiny - berberskiej królowej,

przybyłej w ten rejon z Maroka. Odkryła go w 1952 roku ekipa naukowców amerykańskich i francuskich. Znalezioną wewnątrz grobowca biżuterię można teraz oglądać w godnym polecenia muzeum Bardo w Algierze. Swoją drogą w sąsiedztwie znajduje się wiele grobów. Zmarłych grzebano w pozycji embrionalnej lub na siedząco. Okryta nekropolia to dowód na to, że już przed wiekami istniała tu zorganizowana społeczność, której przewodniczył wódz.

Bez pośpiechu

Sahara to nie tylko piachy. Hoggar (powszechna na mapach nazwa jest pochodzenia francuskiego; po arabsku powinno być AL-Hajjar) to przede wszystkim góry. Sięgające 2918 m n.p.m. szczyty to mekka miłośników wspinaczki, zaś księżycowe krajobrazy kamienistych równin z potężnymi skałami, kojarzą się z westernową Monument Valley w USA. Wrażenie robią także przejazdy urokliwymi wadi - dolinami wyschniętych rzek. Raz zdarza się jednak i taka, w której płynie trochę wody, a już prawdziwym zaskoczeniem są... wodospady. Swoją drogą nieprawdą jest, że na Saharze nigdy nie pada deszcz . - To wprawdzie rzadkość, ale każdemu życzę, by na takie opady trafił. Pustynia wtedy zakwita... - rozmarza się Ahmed.

Jeden z Włochów z naszej ekipy pyta o żmije. - O tak, są! Nawet bardzo jadowite - mówi Ahmed. Tego wieczoru, kiedy rzucam hasło spania nie w namiotach, lecz pod rozgwieżdżonym niebem, jakoś nie ma chętnych. Za to długo siedzimy przy ognisku, popijając miętowy ulepek, który z każdym kolejnym dniem coraz bardziej nam smakuje. Nikt z nas - ani Włosi, którzy na początku denerwowali się brakiem zasięgu w telefonie komórkowym, ani tęskniący za gazetami Niemiec-biznesmen, ani ciągle spoglądający w lusterko Francuz - już nie tęskni za cywilizacją. Świadomość - że w promieniu setek kilometrów mamy tylko piachy i kamienie - uspokaja i pozwala nabrać dystansu do zwariowanego tempa życia w Europie. - Nie patrzcie na zegarki, tu obowiązuje czas saharyjski - upomina Ahmed. Szybko godzimy się z takim podejściem do życia. Nawet gdy samolot, którym wracamy do Algieru, spóźnia się, już nas to nie irytuje. Kiedyś w końcu przyjdzie pora, że odleci...

Czy podróżowanie po Algierii jest bezpieczne?

- odpowiada Ambasador Algierskiej Republiki Ludowo-Demograficznej - pan Tedjini Salaouandji

Nie ma problemów ze zwiedzaniem Algieru w ramach zorganizowanych wycieczek, pod opieką lokalnego przewodnika. Po północy kraju możemy podróżować również samodzielnie, choć tak jak w wielu miejscach na świecie lepiej nie spacerować poza centrum po nocy, a przemieszczać się między miastami też radzę tylko za dnia. Problem terroryzmu to w tej chwili naprawdę marginalna sprawa, ale właśnie z tego powodu odradzam wyjazdy w góry na północny-wschód od Algieru. Za to na Saharze jest zupełnie spokojnie, choć zagrożeniem jest tam natura, możliwość zgubienia drogi etc. Stąd właśnie konieczność jeżdżenia z przewodnikiem, znającym świetnie teren, a także - miejscowe realia, zwyczaje, ludzi. Jeśli będziemy respektować lokalne zasady - nic nam się na pewno nie stanie.

Więcej o: